piątek, 5 czerwca 2015

Z niezamierzoną wizyta u Słowian

Pogoda wymarzona na rower. Bezchmurnie, bezwietrznie. Jest przed 6.00. Wychodzę z psem, ale myślami jestem już daleko. Za chwilę pojadę przed siebie. 
Wyjeżdżam o siódmej i... po bezwietrznej pogodzie nie ma już śladu. Dmie zimny, dosyć uciążliwy zachodni wiatr. Przez moment zastanawiam się, czy nie odwrócić zaplanowanej trasy, ale wiem, że na nadmorskie asfalty mogę wskoczyć tylko o poranku, bo potem będą zatłoczone. Jadę więc pod wiatr. 

Jest Boże Ciało. W kolejnych wioskach wierni przygotowują ołtarze. przydrożne krzyże, obeliski, wejścia do domostw zamieniają się w kaplice. Zastanawiam się, ile wiary jest w tych twórcach ołtarzy, a ile zwykłej ludzkiej chęci zaistnienia, pokazania się. Przyglądam się obrazom, kilimkom, wycinankom z wizerunkiem Chrystusa, nachodzi mnie refleksja: "po co". Jest i odpowiedź. Z Bogiem jest trochę ja z liczba np. trzy. Niektórzy, żeby zrozumieć liczbę potrzebują trzech jabłek. Inni rozumieją nawet trzy miliardy. 
W Rewalu ołtarz usytuowano na rondzie, słyszę też dzwony przywołujące wiernych. 
Moja droga jest spokojna i pusta. Nie jadę szybko, nigdzie mi się nie spieszy. Cieszę się widokiem coraz bardziej letnich pól, zieleni, która utraciła już wiosenną różnorodność i jest jednolitą zieloną zielonością, na tle której odznaczają się ciemne sosny. 
Nad morze zjeżdżam w Międzywodziu- tu jeszcze nad Bałtykiem nie byłam. Jest przed dziesiątą, a na plaży już koczują plażowicze szczelnie ukryci za parawanami. Wieje tak, że parasole odfruwają. 
Siadam z kawą na tarasie widokowym, ale wiatr wygania mnie do wnętrza lokalu. 
Gdy wychodzę zaczepia mnie dwóch młodych mężczyzn:
- ile już pani dzisiaj zrobiła?
- niewiele, trochę ponad 50 km., jakaś setka jeszcze przede mną.
- to skąd pani jedzie?
- z Trzebiatowa.
- A o "Ironmanie" pani słyszała?
- Tak, ale nie jestem w triathlonistką.
- a trzysta km jest w pani zasięgu?
- Tak, przejechałam miesiąc temu w 13 godzin.
-O... szacun.


Miny moich rozmówców- bezcenne.
Zjeżdżam z nadbałtyckiej promenady słońca, jadę w stronę Wolina. Przyspieszam, bo wiatr mam teraz boczno-tylny. W Wolinie planuję przerwę, może posiłek. Jestem jednak zbyt wcześnie i nie odczuwam potrzeby jedzenia. Przerwę jednak wymusza procesja Bożego Ciała. Przy ołtarzu wysłuchuję Ewangelii wg Marka, tej o rozmnożeniu chleba. Gdy wierni zmierzają w stronę kościoła, ja po kwietnym dywanie zbliżam się do mostu. 
W planach mam dojazd bocznymi drogami do Golczewa, po skręcie do Recławia kusi mnie jednak wiosna Słowian i Wikingów. Tyle się o niej nasłuchałam od Chudej, a jakoś nigdy nie było mi po drodze. Skręcam więc do skansenu. 

Spaceruję między drewnianymi chatami, przyglądam się sprzętom, ciekawią mnie zwłaszcza stroje, porównuję je z tymi, które my szyjemy. przez chwilę rozmawiam z rodzinką odtwórców- wystawili kram z nasionami, przy chacie bawią się dwie dziewczynki. Chciałabym zobaczyć wioskę tętniącą życiem (ale nie w czasie festiwalu, gdy są tu dzikie tłumy)
Turystów jest niewielu, dopiero, gdy szykuję się do wyjazdu pojawiają się grupy rowerzystów. 
Jadę w stronę Stepnicy. Z naprzeciwka ciągnie nieprzerwany sznur samochodów. Zastanawiam się, czy na S3 nie było jakiegoś wypadku i jest objazd, nie, po prostu wszyscy wpadli na pomysł, żeby długi weekend spędzić w Międzyzdrojach i wszystkie drogi prowadzące nad Bałtyk są zakorkowane (w Przybiernowie przejeżdżam pod S3 i widzę taki sam sznur aut) 
Droga do Przybiernowa i potem do Golczewa, to jedyny kawałek trasy, który widzę pierwszy raz. Nigdy tędy nie jechałam. 
Asfalt całkiem przyzwoity, a po obu stronach pagóreczki, dolinki, letnie łąki pokryte wielobarwnym kwieciem , z przewagą różowego (tym różnią się od żółtych, wiosennych), pola srebrzyste urozmaicone chabrami, makami i kąkolem, zielone lasy i zagajniki, wioseczki. 
W Przybiernowie znów trafiam na nabożeństwo- tym razem przygrywa ludowa kapela. 
Nareszcie jest ciepło, wiatr nieco osłabł. Świetnie się jedzie, prędkość średnia w granicach 24 km (przedtem ledwo przekraczała 20).
Mijam Golczewo, dojeżdżam do Truskolasu i.... brzdęk! Na podjeździe pęka łańcuch. Koniec wycieczki.
Dzwonię po "wóz techniczny", czyli syna, który niedawno zameldował mi, że już jest w Trzebiatowie. Umawiamy się w Trzygłowie, bo w ciągu pół godziny, jakie potrzebne jest Synowi, aby do mnie dotrzeć, ja do tej wsi powinnam dojść. I rzeczywiście - gdy syn dzwoni, że wjeżdża do Trzygłowa, ja też do niego dochodzę.
Pakujemy rower do autka i tak kończy się moja wycieczka. 
(Dobrze, że mam na kogo liczyć. Już w Trzebiatowie wystarczy jedno zdanie na facebooku i mój rowerek jest już sprawny)

3 komentarze:

Krzysztof Gdula pisze...

Dobry wieczór, Anno.
Szkoda mi się zrobiło tej przerwanej wycieczki… Jechałaś sama, spokojnie, a tu łańcuch. Anno, jestem zaskoczony jego zerwaniem, wydawało mi się, że łańcuch co najwyżej może się wyciągnąć po długim używaniu, ale nie zerwać. Jak to jest?
Parę miesięcy temu dałem się namówić na rejestrację w facebooku, ale na drugi dzień wymeldowałem się stamtąd, bo czułem się obserwowany i podsłuchiwany, nie wiedziałem, co tam jest moje i prywatne, co publiczne i do przeczytania przez wszystkich. Tutaj dowiaduję się, że jednak może się przydać.
Anno, życzę Ci, żeby następny łańcuch zerwał Ci się za 20 lat, nie wcześniej. I najlepiej pod domem.

Anna Kruczkowska pisze...

Mnie też zdziwił ten łańcuch, ale już kiedyś moi koledzy rowerzyści śmiali się, ze mam za mocną nogę ;)
A jeśli chodzi o facebooka, to takie samo medium jak inne- jeśli umiesz się z nim obchodzić możesz sporo zdziałać. Ja przez faceboka kontaktuję się z rodziną, przyjaciółmi i uczniami. Pewnie, ze część kontaktów jest bardzo powierzchownych, ale są też bardzo ciekawe znajomości, które bez tego portalu by się nie rozwinęły.

consek pisze...

Też mam wrażenie, że większość ludzi na procesji chce się pokazać, a nie pokazać, iż wierzy w Boga :(