środa, 15 lipca 2015

Bałtyk- Izery. Podejście drugie



Na początku zawsze jest marzenie. Potem decyzja i realizacja. Przynajmniej w moim wypadku. Gdy rok temu w ciągu dwóch dni dojechałam rowerem z domu w moje ukochane Izery (pokonując przy tym rekord długości trasy), wiedziałam, że to nie koniec, że przede mną kolejne wyzwania. Jeździłam coraz dłuższe dystanse, sprawdzałam swoje możliwości. Wreszcie, gdy nadszedł urlop, wsiadłam na rower.
Było bardzo wcześnie, jeszcze nie rozpoczął się świt. Pierwsze kilometry pokonywałam przy blasku lampek rowerowych i nikłej poświacie gdzieś na północnym wschodzie.



Dzień wstawał powoli i leniwie, chmury pokrywały niebo, ale było stosunkowo ciepło. Pierwsze sto kilometrów pokonałam spokojnym równym rytmem, chociaż powietrze było gęste, parne i utrudniało oddychanie. Zatrzymałam się w Stargardzie, obejrzałam basztę, bo do baszt i murów obronnych mam przecież słabość.
Chciałam się napić kawy, ale nie bardzo było gdzie. Trochę pokluczyłam, wreszcie wyjechałam w stronę Witkowa, bo taką trasę wybrałam. W pierwszej napotkanej „żabce” zamówiłam kawę. Rozsiadłam się na schodach, rozłożyłam moje centrum dowodzenia- tablet z wyrysowaną trasą, telefon, który zaczął żyć własnym życiem po tym jak włączyłam aplikację endomodo, poinformowałam kogo trzeba, że żyję i mam się dobrze, podłączyłam telefon do przenośnej ładowarki,wyjęłam batonik. Kilka minut odpoczynku i ruszam dalej w stronę Barlinka. To jedyny fragment trasy, który znam tylko kawałkami. Rok temu na części był objazd, a potem wybrałam jakieś wertepy, czego tym razem nie zamierzam robić. Druga setka jest  najprzyjemniejszym fragmentem tripu. Pogoda zdaje się być wymarzoną. Ciepło, pochmurno, ale zza chmur wygląda słońce. Lekki wiatr po skosie w plecy ułatwia jazdę. Nim się spostrzegłam mijałam Barlinek.
Do Gorzowa śmigałam po trasie maratonu, świetny, gładki asfalt i całkowita równina. Te 50km pokonałam najszybciej. Pierwsze krople deszczu poczułam za Gorzowem, już na tzw. starej trójce, czyli idealnej drodze rowerowej. Miałam jeszcze nadzieję, że to przelotny opad, więc zatrzymałam się w przydrożnym barze na obiad. Akurat minęło 200 km. Zamówiłam kawę i pierogi z mięsem, rozłożyłam centrum dowodzenia. Póki co byłam „w czasie”.

Mimo 200km w nogach nie byłam zmęczona, tylko deszcz nie przestawał padać... I nie przestał przez następne 50 km. W deszczu mijałam Gościkowo, gdzie rok temu zjeżdżałam na nocleg. W deszczu przejeżdżałam most nad S3 w Świebodzinie. Na szczęście nie było zimno. Tylko mokro. Za Świebodzinem deszcz ustał. Nawet udało mi się podeschnąć.
Jednak po zjechaniu z trójki zobaczyłam jak zaciąga się nie bo nad Zieloną Górą i wzgórzami, na które za chwilę miałam się mozolnie wspinać... Może gdybym przewidziała ulewę,zdecydowałabym się na przejazd przez centrum Zielonej Góry i przeczekała deszcz przy kolacji? Ale nie wjechałam do centrum,tylko podobnie jak rok temu skręciłam na Jany, Stary Kisielin, Raculę. W coraz intensywniejszym deszczu wjeżdżałam na pagórek, gdzie usytuowany jest Stary Kisielin. W Raculi przeżyłam chyba oberwanie chmury, ale najbardziej ekstremalnym przeżyciem była kąpiel,którą zafundował mi kierowca jadący z naprzeciwka. W pełnym pędzie(teren zabudowany,ulewa,kręta droga) wjechał w głęboką kałużę, której wody wylądowały na mnie. Błoto miałam wszędzie... Mam nadzieję,że ktoś mu kiedyś za mnie odda z nawiązką (wierzę w sprawiedliwość dziejową). 
To nie był koniec przygód. 300 km minęło w miejscowości Drzonków, która była totalnie rozkopana. Weszłam do sklepu przy drodze i tam siedząc na podłodze wysyłałam informacje do bliskich. Była już 19.00. Ślubny zaczął się niepokoić. Próbowałam go uspokoić, obiecałam, że zadzwonię z jakiegoś bardziej cywilizowanego miejsca. Po wyjściu ze sklepu przeprowadziłam rower po rozkopanej drodze,sama tonąc po kostki w błocie,potem był „objazd” a raczej obejście, bo „objazd”  drogi powiatowej poprowadzono po... piachu. Jechać się nie dało, gdyż ulewa zamieniła trakt w grzęzawisko. Czas płynął nieubłaganie...
Wreszcie wróciłam do cywilizacji i co sił w nogach ruszyłam w stronę Kożuchowa licząc na stację benzynową, na której napiję się gorącej kawy i zadzwonię do Ślubnego. Naiwna... Na szczęście przestało padać.
Było koło 21, gdy zatrzymałam się na zadaszonym przystanku autobusowym. Zjadłam co nieco, nasmarowałam wazeliną skrzypiący łańcuch, a swoje nogi balsamem rozgrzewającym, nałożyłam długie leginsy, zadzwoniłam. Poinformowałam,że dojadę do Bolesławca, miałam dodać, że tam odpocznę i o świcie ruszę dalej, ale nie zdążyłam. W słuchawce usłyszałam:
- To ja po ciebie wyjadę.
Nie protestowałam. Ostatnie 50 km przejechałam w gęstniejących ciemnościach. Droga była coraz bardziej pusta, a ja coraz bardziej zmęczona. Najbardziej doskwierał mi brak kawy ;). 20 minut po północy wjechałam na parking w Bolesławcu, gdzie czekał już stęskniony Ślubny.
Nie udało się przekroczyć 400 km. Licznik zatrzymał się na 386,7 km. Może to i lepiej? Mam cel na przyszły rok.
Dzisiaj odpoczywam, słucham ptaków i świerszczy. Zbieram emocje. Czego się dowiedziałam o sobie? Że dobrze rozplanowałam siły i że... lubię po być sama z sobą. I jeszcze, że każdą drogę najpierw trzeba przejechać w głowie...
Zdjęć mało, ( gopro zrobiło :) ) bo co tu fotografować? Deszcz? Ale będzie film drogi. Tylko muszę go złożyć.
AKTUALIZACJA!
UDAŁO SIĘ ZŁOŻYĆ FILM:


20 komentarzy:

Marchev ka pisze...

Szacun. Każdy Twój wyczyn śledzę z wielkim podziwem, radością i trochę zazdrością, ale teraz... No, naprawdę, aż zabrakło słów. Otworzyłam sobie mapę i mniej-więcej prześledziłam... Mnie by się nie chciało samochodem jechać, wybrałabym pociąg, a Ty przejechałaś tę trasę rowerem. Jesteś niesamowita! Najszczersze gratulacje przesyłam!

gwiezdna pisze...

super sprawdzian! gratuluję wytrwałości :)

Klarka Mrozek pisze...

podziwiam!

Johny Kowalski pisze...

Gratulacje Aniu. Apetyt rośnie w miarę jedzenia :-) Kolejne wyzwania przed Tobą. Oczywiście trzymam kciuki. Taka drobniutka istotka na tak długich dystansach....
Janek

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Powtórzę: drobniutka Aniu, jesteś wielka! odpoczywaj zdrowo; pozdrawiam.

Anonimowy pisze...

Trzeba było jechać przez Białystok. Tam nie padało :-).
A poza tym najszczersze wyrazy zazdrości. Należysz do ludzi, którzy robią coś wielkiego, bo nie wiedzą, że się nie da.
Jak będziesz wracać i przyjdzie Ci do głowy Oder Neisse Radweg, to może się spotkamy. Oczywiście jechać razem nie da rady bo ja mam to rozpisane na 4 dni. Też dlatego, że reflektor na kierownicy za słaby, co by nocami nie uronić krajobrazu. Ale nie tylko dlatego.
Irek

Anna Kruczkowska pisze...

Gdyby nie Wasze wyczyny, nigdy bym pewnie nie przekroczyła setki! Ale Twoje uznanie mi schlebia.

Anna Kruczkowska pisze...

Następnym razem może się na Odra- Nysa wypuszczę. Ale ją właśnie fajnie byłoby zrobić w kilka dni i najlepiej w towarzystwie.

Anna Kruczkowska pisze...

Dziękuję pięknie za wszystkie ciepłe słowa!

Krzysztof Gdula pisze...

Witaj, Anno.
Ojej, widzę, że mam spore zaległości w lekturze. Tłumaczę się urlopowym czasem: przyjechała do mnie rodzina.
Anno, przejechałaś kawał drogi i gdyby nie pogoda, dojechałabyś do celu, czego jestem pewny.
Ten kierowca, który sprawił Ci błotnisty prysznic, warty jest reprymendy, ale sporo winy jest też po stronie szkół jazdy. Jeżdżąc „gabarytem”, jak to się mówi w slangu kierowców ciężarówek, czyli pojazdem, którego wymiary przekraczają normy (mój ma długość 28 metrów), nader często widzę pukanie się w czoło lub słyszę trąbienie, gdy, na przykład, z pasa jazdy na wprost skręcam w prawo, a zrobić tak muszę ze względu na prawa fizyki. Tyle że ci kierowcy nie znają ich. Nie pomyślą też o skutkach, dla pieszych czy rowerzystów, swojej szybkiej jazdy przez kałuże. Jeśli jeszcze brak szkolenia spotka się z brakiem wyobraźni lub kultury…

Anna Kruczkowska pisze...

Jest Ci wybaczone, domyśliłam się, że Twój pisarski zastój spowodowany jest pobytem bliskich. Mam nadzieję, że to był radosny czas. A kierowca jechał zdecydowanie za szybko, nie dostosował prędkości do warunków na drodze.

Krzysztof Gdula pisze...

Dzięki za wybaczenie:)
Rodzina jeszcze kilka dni będzie u mnie. Niedawno wróciliśmy, ja i Helena, z karuzel; teraz mała szykuje się do spania, ja na chwilę otworzyłem laptocika.

felicity004 pisze...

Znam temat rozciągających się granic kilometrowych..ja ostrzę sobie pazurki na 500 na raz...tylko w pewnym momencie ta granica się nie rozciągnie dalej (bo zasnę..)...ale jeszcze dużo może...(tym bardziej, że jeżdżę na MTB, a jak przesiądą się na szosę to....w ogóle jak się "nastawię"..na razie moje około 3setki robiłam spontanicznie..."będęw domu za 2 godziny albo 20..").

felicity004 pisze...

też słyszysz ciągle pytania: "sama"....? albo "taka chuda"/ "skąd w tej dziewczynie tyle energii?"...? albo chłopaki, co do Ciebie zaczynają startować, jak sobie coś gdzieś chcesz zjeść, czy zapytać o coś, czy w ogóle sobie jedziesz uciekają jak mówisz skąd jedziesz...? (w sensie, że to np 2setny km...)

felicity004 pisze...

http://nakreconakreceniem.blogspot.com/2015/09/krakow-warszawa-na-raz-365-km.html

Anna Kruczkowska pisze...

Ja też mam swój szatański plan, ale wszystko w swoim czasie ;)

Anna Kruczkowska pisze...

No, ba ! Najlepiej, jak takiego mijasz jadąc spokojnie 25- 30 km/h. Ten cię dogania, no bo ambicje- baba go wyprzedziła??? A potem dowiaduje się, że ty już tak w sumie to kręcisz te 200 i drugie tyle przed tobą ;) Miny niedoszłych towarzyszy- bezcenne ;)

SUPERJACK11 pisze...

SUPER !!! :) Jestem pod wrażeniem :) Ja dopiero zaczynam przygodę rowerową i planuję kupić rower za ok 2-3 tys zł lecz się nie znam i chętnie przyjmę poradę od tak zaawansowanej i pełnej pasji osoby :) Pozdrawiam i życzę kolejnych sukcesów :)

Anna Kruczkowska pisze...

Dziękuję!

Anna Kruczkowska pisze...

A jeśli chodzi o rower to w tej cenie można dostać porządnego górala, jeśli chce się jeździć w terenie, dobry rower trekingowy, jeśli w planach są wypady z sakwami oraz taką sobie szosówkę dla początkującego pożeracza asfaltów. Mnie brakuje tylko porządnego górala.