czwartek, 9 lipca 2015

Jadąc w upale

Pierwszy prawdziwie letni tydzień, ciepło, wręcz upalnie... a ja nadal nie mam urlopu. Siedzę za biurkiem, a moje myśli odpływają na bezkresne drogi. Dobrze, że jest weekend. W piętek, nie patrząc na nikogo wyrywam się z pracy o 12.00. Wspólnie z Chudą zjadamy pospiesznie obiad, pakujemy samochód (w tym mamy już wprawę) i ruszamy w drogę. Nie jedziemy daleko. Cel naszej podróży oddalony jest od Trzebiatowa zaledwie o 70 km. To Świdwin, w którym zamierzamy przebyć kolejny maraton. Na miejsce dojeżdżamy bez problemu, powoli, bo na drogach tłok, ale bezpiecznie. Znajdujemy naszą kwaterę- jednorodzinny domek stoi praktycznie na wzgórzu. Nachylenie drogi jest takie, ze podjeżdżam na dwójce. Pokoiki niewielkie, ale wygodne. Gustownie urządzona kuchnia, w której jest wszystko, czego nam potrzeba, dwie łazienki. Jest dobrze. Po rozpakowaniu spacerkiem schodzimy do miasta- za chwilę nadjedzie pociągiem Robert, potem Gui. Odbieramy ze stacji Roberta, potem meldujemy się w biurze zawodów po pakiety startowe. Spotykamy znajomych, Chuda jeszcze się zastanawia, czy jechać dystans giga, czy mega (jest przeziębiona). W końcu decyduje się na mega, tak jak jej koleżanka z kategorii. Ja pozostaję na zadeklarowanym dystansie.


Gdy chcemy zrobić pierwsze fotki, okazuje się, że nie oddałam Chudej karty pamięci i nie ma jej w aparacie (nie pierwszy raz). Trzeba więc podreptać do sklepu po nowa kartę pamięci, przecież musimy mieć zdjęcia! Zakup karty był w planach- do kamerki przydałaby się taka o większej pojemności. 16 GB wystarcza na 1,5 godziny filmu, a ja niejednokrotnie potrzebuję więcej.
Po udanych zakupach szukamy miejsca, gdzie moglibyśmy zjeść. Nie szukamy daleko- przy samym basenie jest hotel z restauracją. Zamawiamy pierogi i gdy kończymy jeść, dzwoni Gui, że i ona nadjeżdża z Krzysiami z Wrocławia. Zamawiam więc kolejną porcję przepysznych pierogów z kurkami i czekamy na Gui. 
O 20.00 wracamy do biura zawodów na odprawę techniczną. Jak dobrze, że na niej jesteśmy! Następnego dnia nieobecność na odprawie zemści się na kilku Gigantach, którzy mylą trasę!
Mimo ciepła humory dopisują, ale na twarzy Orga Romka widać ogromne skupienie. 
Wieczór upływa nam na przygotowaniu rowerów, pogaduszkach. Chciałoby się gadać więcej, ale rano trzeba wyruszyć na trasę- startuję o 7.39, reszta trochę później, bo Chuda z Robertem jadą 155 km, a Gui 86 km. 
Sobotni poranek wita nas bezchmurną pogodą. Jak zwykle przygotowuję kawę i śniadanie, potem cała nasza czwórka zjeżdża na start. To miłe, że chcą tam być razem ze mną. 
Ruszam. Trasa jest mi właściwie znana, bo Świdwinie byłam już kilkakrotnie. Mijam łąki, pola, zagajniki, podjazdy i zjazdy, bo maraton w Świdwinie wcale nie jest płaski, jak się niektórym wydawało. Ponieważ startuję w ostatniej grupie rowerów szosowych, trochę trwa nim dojeżdżają do mnie pierwsi koledzy na rowerach "innych". Ci pierwsi są dla mnie za szybcy, nawet nie próbuję ich gonić, macham tylko i odpowiadam na powitania. Wreszcie pojawia się i Pancernik. Przez chwilę jedziemy razem, rozmawiając, po czym Adam ucieka (a niepotrzebnie, bo nie był na odprawie i kilka kilometrów dalej gubi trasę). Długo widzę jego postać przed sobą, a gdy na krzyżówce już nie ma go przede mną, wiem, że pobłądził. 

Kolejne kilometry i pojawiają się ci, na których po cichu czekałam. Najpierw dogania mnie Romek. Przez następne kilometry będę zwiedzała Ziemię Łobeską z przewodnikiem. Romek zwraca moją uwagę na bociany, których jest tu mnóstwo. Z czasem dojeżdża do nas Krzyś. Najpierw nas wyprzedza, ale potem łapie już nasz rytm i jedziemy we troje. Jest coraz cieplej, ale wiatr daje ochłodę. Pachną lipy, truskawki i kwitnące ziemniaki, a w ogrodach panoszą się róże i powojniki. Gdy zjeżdżamy w kierunku jezior, wiatr przynosi wodny chłód i zapach wilgoci. Na punkcie żywieniowym można polać się wodą z wielkiej miski- rewelacja! 
Kolejne kilometry. Rozgrzany las, łąka, pole, wioska... i... tylne koło roweru przede mną. Jadę albo skupiona na tej oponie przede mną, wtedy docierają do mnie przede wszystkim zapachy, albo wyjeżdżam na prowadzenie, by widzieć rozległe pejzaże przede mną.
W pewnym momencie wjeżdżamy na niewielkie wzniesienie i... mam przed sobą panoramę od której serce się zatrzymuje... Z jednej strony błękitne pole łubinu, z drugiej srebrzysto-zielone zboża, na krańcach horyzontu ciemna linia lasu, bliżej jakieś zagajniki. W dole niewielka miejscowość z wieżą kościoła w centralnym punkcie. Okrzyk zachwytu jest bezwiedny, niekontrolowany... 
A potem myśli same układają się w modlitwę...

Ty, który stworzyłeś piękno,

w chwili mojego zwątpienia
przypomnij mi ten moment,
gdy serce oniemiało z zachwytu,
a dusza trwała w uniesieniu...



Trasa staje się coraz bardziej "górzysta". Doganiamy Tereskę, trochę jedziemy wspólnie, grupka rozrywa się, miesza. Zjazd, podjazd. Na punkcie żywieniowym jeszcze składamy się w jedną całość, ale w końcu na 120 km trasy panowie odjeżdżają i zostaję sama...
Lubię jeździć sama, bo wtedy więcej zauważam, mam czas na bycie sama z sobą. Tym razem jednak odjazd chłopaków działa na mnie demotywująco. Myślę o Gui, która pewnie jest już na mecie i pije zimną kawę frappe,o znajomych, którzy zdążą odjechać nim dojadę do mety... Jadę coraz wolniej, przestaję się spieszyć... Podejmuję decyzję- skracam dystans. Gdy poprzednio taką decyzję podejmowałam, była to walka z samą sobą. Tym razem jest inaczej. To nie ciało mówi, nie mam siły, ale głowa decyduje- nie mam motywacji do dalszej jazdy. Koniec. W samym Świdwinie jeszcze się kręcę, bo nie zauważam którejś strzałki. Jadę na pamięć.
Na mecie okazuje się, ze takich jak ja jest więcej. Moją decyzję pochwala Beata, która już też odpoczywa. Widzę też Romka. Od razu mi lżej ;) Teresa i Krzyś pojechali ambitnie dalej. Doskonale ich rozumiem, zwłaszcza Tereskę- na mecie czeka na nią różowa koszulka liderki, która ja w Świdwinie tracę (co wynikało z czystej matematyki już przed zawodami).
Na mecie mam wreszcie czas na rozmowy. Dużo rozmów. Z wieloma osobami poprzednio się tylko mijałam na trasie, część to były znajomości czysto wirtualne, nazwiska na listach startowych. Teraz mogę zamienić kilka słów, przywitać się. Opowiadamy o drodze, o upale i przygotowaniu trasy, wodzie na punktach. Smakujemy pyszną zupę gulaszową, sączymy zimną frappe. Przyglądamy się dzieciom, które dzielnie pokonały etap rodzinny. Jedne przysypiają, inne bawią się na placu zabaw- już zregenerowały siły. 
Nadjeżdżają Chuda z Robertem. Mój widok trochę ich dziwi, ale tylko trochę. 
Dochodzi 17.00. Czas zakończenia maratonu. Romek odwleka ten moment, czekając na ludzi, którzy jeszcze nie zjechali z trasy. Nie chce, by ktoś poczuł się tak jak ja w Gorzowie. Dociera Małgosia z Renią, Tereska, Basia z mężem (ci ostatni także pogubili trasę).
Wreszcie, gdy Krzyś i Pancernik mają już do mety ostatnie kilometry uroczystość się zaczyna (Obaj dojadą jeszcze w czasie jej trwania).
Stajemy na podium, odbieramy trofea. Jeszcze losowanie nagród i znów mamy szczęście ( to ponoć zasługa Mai, która ma szczęśliwą rękę- dziękujemy Maju!) Mamy nową podsiodłówkę, lampki i łatki do dętki. 
Uroczystość dobiega końca. Zbieramy się, gdy panowie składają nam ławki. Żegnamy organizatorów, znajomych. 
To była kolejna dobrze przygotowana impreza, a czasie której czuje się dbałość Orgów o zawodników, ich bezpieczeństwo i komfort jazdy. 
Wieczór spędzamy we trzy w pokoiku. Mamy czas na babskie pogaduchy. 
W niedzielny poranek skorzystamy jeszcze z basenu w parku wodnym i wracamy do domu. 
Następny maraton dopiero 25 lipca w Zieleńcu.


4 komentarze:

Krzysztof Gdula pisze...

Cześć, Anno:)
Czułaś zapach kwitnących ziemniaków? Niesamowite! Widziałem Twój widok, ten ze wzniesienia. Ze swoich podróży pamiętam podobne. Są urocze.
W te upalne dni byłem w Koninie, przy temperaturze trzydziestu kilku stopni bliski byłem roztopienia się. Dla odmiany teraz jest zimno i wietrznie, czekam (w Ustroniu Morskim) na powrót syna, który wybrał się do… Trzebiatowa, jednego ze swoich ulubionych miasteczek na Wybrzeżu.

Anna Kruczkowska pisze...

Nie da się ukryć, jest zimno, wietrznie i mokro :( NO i tłoczno, bo turyści przyjechali znad morza zwiedzać średniowieczne miasto :) Baszta Kaszana tętni życiem. Warto teraz zajrzeć do Chudej na Basztę.

Niania w Paryzu pisze...

Z wielka przyjemnoscia przeczytalam twoj opis... i jakze cudowne slowa wiersza! Podziwiam cie za te forme. Sama niestety nie moge sie taka poszczycic! Widoki cudne i ten zapal! Byle tak dalej! Kiedy masz wakacje?

Kruszywa pisze...

Świetny wpis - nigdy jeszcze nie trafiłem na opis wyścigu od tej strony. Zazwyczaj każdy wspomina o adrenalinie, wysiłku, rywalizacji itp. Czasami warto odpuścić i zauważyć jak piękny świat nas otacza. I cieszyć się nim, tak po prostu.