poniedziałek, 27 lipca 2015

Jelenia Góra, czyli nie należy nas wpuszczać do Empiku

W czwartek umówiliśmy się z Gui w Jeleniej Górze, aby odebrać jej rower – nie będzie miała możliwości przywiezienia górala do Trzebiatowa, a przecież wybieramy się w trasę! I tak, ponieważ każdy powód do spotkania jest dobry, spędziliśmy rodzinnie kilka godzin.



 Do Jeleniej przyjechaliśmy przed czasem, więc Ślubny zaproponował, żeby poszukać na Zabobrzu sklepu z częściami do naszego Kruczkowozu. Ruszyliśmy na spacer. Rzadko zapuszczamy się w te tereny, więc z zainteresowaniem przyglądałam się rzece, mostkom na niej oraz domom. Moją uwagę zwróciła ulica Drzymały, która właśnie jest odnawiana i muszę przyznać, że secesyjne kamienice wyglądają po renowacji ciekawie. Niestety czasu nie było tak dużo, jakbym chciała i ponaglana przez Ślubnego zrobiłam tylko kilka fotek (sklepu nie znaleźliśmy). Na dworzec przyszliśmy kilka minut przed przyjazdem pociągu wiozącego naszą Gui. Ustaliliśmy plan na dzień - obiad, kawa, sklep rowerowy (trzeba było kupić dętki), wałęsanie się po rynku, bo na zwiedzanie innych zakątków miasta Ślubny nie wyraził zgody.

Obiad zjedliśmy w pierogarni "Z gitarą i piórem"– micha różnorodnych pierogów i kubek kefiru całkowicie zadowoliły nasze podniebienia i zaspokoiły głód. A knajpkę polecamy, bo jedzenie pyszne, a miejsce ciekawe. Potem zgodnie z naszym niezbyt ambitnym planem kupiliśmy dętki i znaleźliśmy się na rynku. Parę minut zajęło nam obejrzenie kilku wielkich tablic z graffiti – ciekawy pomysł na zagospodarowanie przestrzeni miejskiej i pokazanie sztuki ulicy.
Do BWA Ślubny nie dał się wyciągnąć, więc same obejrzałyśmy wystawę plakatów teatralnych. Gdy właśnie dyskutowałyśmy nad symboliką któregoś dzieła, usłyszałyśmy głos Ślubnego pytający, czy te dwie panie tu jeszcze są. Cóż... nawet wystawy nie można w spokoju obejrzeć! W poszukiwaniu wolnego stolika i dobrego ciasta wróciliśmy na deptak, gdzie rozsiedliśmy się w kawiarnianym ogródku. Obie z Gui zgodnie zamówiłyśmy czekoladowy torcik, a gdy go spróbowałyśmy, stwierdziłyśmy, że poprzednim razem byłyśmy w tym samym miejscu i... jadłyśmy to samo słodkie cudo! Przy kawie obgadywałyśmy szczegóły dojazdu do Zieleńca na maraton i planowałyśmy naszą bałtycką wyprawę.

Ponieważ do odjazdu pociągu Gui wciąż mieliśmy sporo czasu, zaproponowałam wizytę w EMPIKu. Gdzie jak gdzie, ale w księgarni  możemy spędzić mnóstwo czasu! Zanurkowaliśmy między półkami... książki, mapy, przewodniki, artykuły dla plastyków... Ech... mieć walizkę pieniędzy... Walizki nie mamy, ale i tak wyszłyśmy ze sporymi zakupami, bo jakże oprzeć się obniżkom cen! Gui stała się posiadaczką prozy Kinga, ja zgarnęłam pastele, szkicownik, podkładkę pod laptop (ach jak mi tego gażetu brakowało!) i dwie książki Pawlikowskiej. Zdecydowanie nie należy mnie wpuszczać do EMPIKu !


3 komentarze:

adatoniewypada pisze...

:) znam to, choc ja korzystajac z karty rabatowej - nie mozna mnie wpuszczac do Matrasa . Pozdrawiam

Inkwizycja pisze...

Ja też uwielbiam jadać w "Z Gitarą i Piórem"! Pan właściciel lubi zagadywać ;)
Dzięki za wczoraj ;) Pozdrawiamy!

Anna Kruczkowska pisze...

Tym razem PAN trafił na takie, które same zagadują! GUI o cytrę pytała.