sobota, 18 lipca 2015

Jestem Czereśniową Księżniczką

Wychowałam się w cieniu ogromnej rozłożystej czereśni. Jej ciemnozielona korona była pierwszą rzeczą,jaką widziałam po przebudzeniu i rozsunięciu ciężkich zasłon w babcinej sypialni, gdzie wspólnie z siostrą nocowałyśmy w wielkim małżeńskim łożu, zajmując połowę, którą umierając opuścił dziadek. Druga połowa należała do babci.

Od wczesnej wiosny czereśnia stroiła się niczym młoda panna w białe pachnące kwiatki, które opadając tworzyły śnieżny kobierzec na ścieżce prowadzącej w głąb sadu. Przez całe dnie słychać było bzyczenie owadów, które podobnie jak my cieszyły się z obfitości kwiecia. Później, w okolicy Bożego Ciała, dojrzewały żółte, soczyste,niesamowicie słodkie owoce. Któryś z domowych mężczyzn- tato lub wujek-podstawiali wysoką drabinę i obierali tę słodycz do 10-litrowych wiader. Czasem ze szczytu drabiny zrzucano gałązkę najpiękniejszych owoców, a my dzieci, łapałyśmy je w locie z radością przyjmując ten oczekiwany dar. Dziewczynki, a było nas trzy, robiłyśmy sobie nausznice, paradując z czereśniami zatkniętymi za ucho. Potem z drzewa leciała ogromna gałąź, którą ścinało się, gdyż nie dało się do niej dostać z drabiny. Teraz my brałyśmy się do pracy i obierały lepkie od soku, rumiane owoce.
Na końcu cały ten zbiór był przerabiany na kompoty i dżemy, które ustawiałyśmy na piwnicznych półkach równymi rzędami.
Jesienią nasza wielka czereśnia żółkła,a jej złociste liście zabarwiały trawnik szeleszczącym dywanem.
Wspomnienie tamtej czereśni pojawiło się, gdy Ślubny podstawił wysoką drabinę do naszej gierczyńskiej czereśni. Tej samej, która rosła tu, gdy Tato pierwszy raz zobaczył Domek pod Orzechem. Nigdy nie bałam się chodzić po drzewach, choć drabina nie jest moim ulubionym narzędziem. Odkąd jednak wyzbyłam się lęku wysokości, darzę ją pewnymi względami. Wszak pozwala mi spojrzeć na świat z wysokości, no i sięgnąć tam, gdzie przy moim wzroście nigdy bym nie dosięgła.

Zgodnie zatem z pewnym rysunkiem, który kilka dni temu przesłała mi Chuda nie tylko nadal jestem dzieckiem, ale na dodatek Czereśniową Księżniczką. Ba, powiedziałabym nawet Czereśniową Królową, bo nie tylko łaziłam po drzewie, zrywając czereśnie i delektując się tymi najdojrzalszymi, ale po oberwaniu 30 litrów tychże wzięłam się za przetwórstwo. Teraz w moim kaflowym piecu trzaska ogień, a na blasze stoją gary z drylowanymi owocami na dżem oraz sokownik. 

5 komentarzy:

awiola pisze...

I narobiłaś mi ochoty na czereśnie. Mniam!

adatoniewypada pisze...

mniam mniam pozdrawiam :)

Krzysztof Gdula pisze...

Ładny tekst, Anno. Słoneczny, lekko nostalgiczny, ciepły i.. słodki. Dobrze się go czyta, a i budzi wspomnienia z mojego dzieciństwa na wsi, u babci, w ogrodzie otoczonym szeregiem wysokich trześni. Pamiętam swoje karkołomne wspinaczki na te drzewa i słodycz ich owoców zrywanych całymi garściami.

Anna Kruczkowska pisze...

Czasem drobne zdarzenie otwiera nas na wspomnienia dzieciństwa i dopiero wówczas zdajemy sobie sprawę z zasobów naszej pamięci.

Krzysztof Gdula pisze...

O tak!
Jako osoba pisząca miewam często takie sytuacje, gdy trzymam palce nad klawiaturą i nie potrafię wydobyć z siebie słów tłumaczących wrażenia, a bywa, że jakiś drobiazg uruchamia lawinę wspomnień i pojawiają się odpowiednie słowa. Wtedy takie teksty, niewymuszone i spontaniczne, są z reguły udane. Takich Ci życzę, Anno.