środa, 22 lipca 2015

Lazy day czyli kawa z widokiem




Dawno nie było takiego lazy day w Domku pod Orzechem. Samochód u mechanika, więc i Ślubnemu nic się  nie chce... Wszystko go boli.... Oj, on chyba odczuwa ból wężyka przewodu paliwowego. Siedzi, kręci się, czyta. Ja początkowo próbuję odegnać stan marazmu. Maluję, potem składam zaległy film z maratonu. Porzucam pracę w połowie,idę dozbierać szczawiu na zupę. Snuję się po łące, myśląc, że po obiedzie wybiorę się na wycieczkę. Szczawiu ledwo,ledwo, ale uzbierałam. Zupę zrobiłam (i zupa to jedyne czego nie porzuciłam tego dnia) Po obiedzie zamiast zebrać się na rower, wyłożyłam się w półcieniu przed domem.... Sielanka.... Tylko czasem wieje...

Zaczynam czytać książkę ( a raczej pdf na tablecie) „W poszukiwaniu straconego czasu”. No świetna lektura na taki rozciągnięty jak guma do żucia czas... Opisy tak esencjalne,zmysłowe, że można odczuć przeżycia narratora wszystkimi zmysłami. Genialne, ale mnie zaczynają drażnić owady gryzące wściekle.
Czas na rower. Ociągam się, zastanawiam nad trasą. Wsiadam i... nie dojeżdżam do Gierczyna, bo najeżdżam na ostry kamyk i … pssss.... Koniec wycieczki. Ślubny szybko uporał się z dętką, ale ja wychodzę z założenia, że intuicji trzeba słuchać i skoro nie miałam jechać, to już nie jadę.
Ale przed domem nie chce mi się leżeć...
-Może pójdziemy na spacer?- proponuję nieśmiało.
-Nie chce mi się.- odpowiada Ślubny.
Idę sama sprawdzić, czy po deszczu kurki wyrosły. Wołam psa na spacer, zejdzie sobie do Czarnotki, wychlapie się,wychłodzi... a pies... oczy otworzył, spojrzał na mnie spode łba... leży... Ślubny próbuje go zachęcić,nawet wstał z krzesła,udając, że też idzie. Pies się ruszył, ale jak zauważył, że  Ślubny wraca,też wrócił. Na nic zdało się moje wołanie... Lenistwo ogarnęło nawet mojego psa. Grzybów brak..., ale trochę jagód i malin nazbierałam. Będzie na jutrzejszy obiad, bo coś jeść trzeba, a samochodu brak, więc wyjadamy zapasy.
I tak jakoś dotrwałam do wieczora, gdy mój Ślubny  się uaktywnił i... zaczął palić suchą trawę zgrabioną przed domem i obcięte kilka dni temu gałązki... Nie wiem,jak długo siedział wpatrując się w ogień,bo ja zmęczona lenistwem poszłam spać.

Na koniec moja zupa szczawiowa wersja gierczyńska:
boczek wędzony lub parzony
drobno posiekana cebula
3 ziemniaki
kostka rosołowa
2 łyżki śmietany
2 jajka
łyżka mąki
szczaw
pieprz
Ziemniaki pokroić w plastry i zblaszować. Boczek i cebulkę podsmażyć razem z zblanszowanymi ziemniakami. Szczaw ugotować z kostką rosołową. Zabielić śmietaną zmieszaną z mąką. Dodać podsmażone ziemniaki z boczkiem i cebulą. Do gotującej się zupy wlewać powoli dwa jajka. Gotować tylko tyle, by ścięło się białko.
Smacznego


7 komentarzy:

Olimpia Werol pisze...

O matko, jak ja dawno zupy szczawiowej nie jadłam... Nie wiem, ostatni raz to chyba z 20 lat temu... Dzięki za przepis, na pewno zrobię, tylko najpierw kupię szczaw ( ale to chyba tylko taki w słoiczku, co ?) Serdeczności

Anna Kruczkowska pisze...

Jak w pobliżu brak łąki, to niech jest i że słoiczka. Nigdy nie próbowałam, bo zawsze zbierał na łące.

Malgosia pisze...

Fajnie tak troszkę odpocząć! :D Zupa super - uwielbiam szczawiową :-)

Lucia pisze...

W takie upały trzeba zwolnic i leniuchować. A szczawiowej nie zjadłam w Polsce :(

Anna Kruczkowska pisze...

Bez odpoczynku się nie da :)

Krzysztof Gdula pisze...

Czytasz Prousta?! Gratuluję! Życzę mnóstwa estetycznych i intelektualnych oczarowań. Dzień opisałaś realistycznie, poczułem jego leniwy nastrój. Twoich tekstów nie powinno się czytać wieczorem, jeśli nie chce się jeść drugiej kolacji -:)

Anna Kruczkowska pisze...

Czytam- wydawał mi się odpowiedni na izerski czas,tylko pogoda zachęcała raczej do wędrówek i jazdy niż doczytania (odwrotnie niż teraz na Wybrzeżu)