poniedziałek, 20 lipca 2015

Na targ, na targ!

-W sobotę jadę na targ do Mirska.- oznajmiłam w piątek wieczorem.
-Jadę z tobą. - zadeklarował Ślubny, czym niesłychanie mnie zadziwił.
-Na pewno chcesz jechać ze mną NA TARG? - upewniłam się, akcentując ostatnie wyrazy.
-No przejadę się.- potwierdził Ślubny.



W sobotni poranek, obudziłam rzeczonego o nieludzkiej dla niego godzinie, bo przecież na targ nie jeździ się w południe! Nawet nie protestował zbytnio, tylko przed wsiadaniem do samochodu okazało się, że to ja będę go prowadzić.
-Prawa wolna-usłyszałam na pierwszym skrzyżowaniu. - uważaj, coś jedzie z naprzeciwka.
-trzymaj się prawej strony! nie machaj rękami! patrz na drogę! nie rozglądaj się! Uważaj! Szybciej!wolniej!
Nie wytrzymałam. Zjechałam na pobocze. („co robisz? Do rowu zjedziesz!”) Zatrzymałam samochód. Spokojnie, ale dobitnie wycedziłam przez zęby:
-Ja prowadzę. Jak ci się nie podoba możesz biec za autem.
Ślubny naburmuszył się, ale do Mirska miałam spokój. Zaparkowałam przy biedronce, bo przecież bliżej już nie było wolnych miejsc (na targowisko jedzie się rano!)

Idziemy, przed nami kolorowe stragany, aż mi się oczy świecą, a myślami już biegnę do ustawionych w dalszej części kartonów z rupieciami i stoisk z używaną odzieżą. Najpierw jednak kupujemy warzywa. Zagaduję przy tym do sprzedawców, rozmawiamy o plonach i pogodzie. Ślubny przejawia pierwsze oznaki zniecierpliwienia. Żartuję, ze przecież nie przyjechałam na zakupy, tylko na targ. Patrzy na mnie zdziwiony...
-To nie to samo?- w jego głosie słychać nutkę niepewności. Chyba zaczęło do niego docierać, na co się zdecydował. Zatrzymuje się przy stoisku z narzędziami i coś kupuje, ja w tym czasie przeglądam bieliznę.
-Nie potrzebujesz czegoś?- pytam z nadzieją w głosie,może uda się go udobruchać parą skarpet?
-Nie- słyszę burczenie.
Przede mną kolejne stoiska z butami,na które spoglądam tęsknie,kolorowe legginsy, używana pościel, ręczniki... Ślubny coraz bardziej zniecierpliwiony. Wreszcie są moje upragnione kartony z rupieciami. Nurkuję po pierwszą filiżankę bez talerzyka. Tego Ślubnemu już za wiele...
-Idę do auta.-oznajmia złowrogo.
-Idź, idź.-potwierdzam z roztargnieniem jego decyzję, właśnie dojrzałam śliczny talerzyk- bez filiżanki.

Przez następne minuty próbuje skompletować talerzyki z filiżankami i gdy wreszcie mi się udaje triumfalnie podchodzę do sprzedawcy podając mu trzy komplety.
-9 zł.- słyszę decyzję,która mnie w zupełności satysfakcjonuje i nawet się nie targuje (a powinnam )
Z uznaniem przyglądam się kilku letniemu chłopczykowi,który z równym mojemu zaangażowaniem kompletował plastikowego tira- w dwóch różnych pudełkach znalazł ciągnik i naczepę i teraz podaje mamie swój łup. Mama jest bardziej przytomna niż ja i udaje się jej stargować złotówkę.
-Zuch chłopak-chwalę dziecko.
-Ma wprawę- potwierdza dumnie mama.
Przede mną jeszcze stoiska z meblami, kwiatami, i czym popadnie, ale przygląam się im tylko pobieżnie, bo w samochodzie siedzi Ślubny.
Ech... do komisu też nie zajrzałam. Czuję niedosyt... Dobrze, że filiżanki ładne. Teraz już tylko szybkie zakupy w dyskoncie i wracamy do domu („ja prowadzę”- decyduje Ślubny)
Ta.... następnym razem dwa razy się zastanowi nim nieopatrznie wybierze się ze mną na targ.

A w niedzielę na Izerską Galę Folkloru się wybraliśmy. Trochę zawiedziona byłam,bo stoisk z rękodziełem nie było, za to zespoły ludowe pyszne jedzenie serwowały,alem się serników objadła! I babki ziemniaczanej spróbowałam- to zdecydowanie mój smak. Trzeba do jadłospisu dodać.






A gdy już rozsiedliśmy się,żeby kolejnych piosenek ludowych posłuchać, znad Izerów zaczęła nadciągać burza, więc szybko pojechaliśmy na naszą górkę. Ta pierwsza nas tylko liznęła,trochę popadało, drugą oglądałam z Kufla, jak przewala się przez Pogórze. Trzecia... tak... to była prawdziwa burza w górach. Świat zniknął za ciemnymi chmurami, siekło deszczem, zdało się, że wichura chce zmieść nasz Domek pod Orzechem z powierzchni ziemi. Przez moment mieliśmy wrażenie, że płyniemy z chmurami i tylko my się ostaliśmy, bo nawet najbliższych drzew nie było widać.
A potem wszystko ucichło...

9 komentarzy:

Marchev ka pisze...

To chyba taka przypadłość czynnych kierowców, że pouczają innych i źle się czują na miejscu pasażera. Mój ojciec regularnie mnie "prostował" więc teraz nie ma siły, która by sprawiła, że poprowadzę samochód, kiedy on jest pasażerem ;)))
Targ super, tylko ja się na takich nie umiem odnaleźć, a szkoda, bo naprawdę można czasami coś fajnego wyszperać. Burze w ostatnim czasie mnie przerażają...

Inkwizycja pisze...

My też byliśmy na targu... szkoda, że się nie spotaliśmy ;) Cosobotnie wyjazdy "na targ" to już nasz świecka tradyja ;) A potem do Czech po winko i piwo...

Olimpia Werol pisze...

Na targ do Mirska? Hmm... w sumie miejscowość tę znam tylko i wyłącznie z opowiadań mojej mamy, która tam własnie uczyła się swego czasu w jednej ze szkół... Targ jak widać cudny, moje klimaty... Pozdrawiam

Anna Kruczkowska pisze...

A ją uwielbiam targ! Zawsze z czymś przyjadę. Burze, tak masz rację. Przerażające są prze tę ich nieokiełznaną gwałtowność.

Anna Kruczkowska pisze...

Inkwi, moją też! Szkoda, że się nie odnalazłyśmy!

Anna Kruczkowska pisze...

Olimpia, świat jest mniejszy niż nam się wydaje... A jeśli lubisz starocie, to czułabyś się świetnie.

Olimpia Werol pisze...

Oj... uwielbiam

Krzysztof Gdula pisze...

A ja podziwiam Twojego Ślubnego: tyle czasu wytrzymał! :)
Chociaż, z drugiej strony, gdyby wytrzymał dłużej, posmakowałby serników.

Anna Kruczkowska pisze...

Serniki były następnego dnia- ale on wybrał pierogi;)