wtorek, 28 lipca 2015

Od świętej Anki...-czas pożegnać Izery

Ludowe przysłowie mówi: „Od świętej Anki chłodne wieczory i zimne ranki”. Przekonałam się o tym,gdy w poniedziałkowy poranek wyszłam przed dom. Kawę piłam w … zimowej kurtce. 
Spojrzałam na zgasłe już ognisko,które jeszcze wczoraj dawało przyjemne ciepełko, gdy siedzieliśmy przy nim świętując moje imieniny, bo przecież bez „Imienin Any na Fersztlu” nie mogło się obejść. Było jak zwykle wesoło i gwarno. Przygotowałam mnóstwo smakowitości z grillowanym mięsem,które serwował Ślubny,takimiż warzywkami oraz moimi ulubionymi drożdżowymi bułami na patyku. Każdy znalazł coś dla siebie. Miałam wreszcie możliwość pokazania domku pod Orzechem Inkwi, która znalazła czas,by mnie odwiedzić. Wśród imieninowych prezentów przeważały w tym roku filiżanki, nie zabrakło także przeróżnych pyszności, kwiatków. Był nawet cudnej urody świecznik. Ależ lubię te gierczyńskie prezenty!

Niestety moje imieniny to też sygnał, że czas powoli pożegnać góry. 

W południe wybrałam się na pożegnalny spacer do lasu, obejrzałam domek z ulubionej przeze mnie perspektywy. Sprawdziłam postępy prac w pobliskim pensjonacie,który pamiętam jeszcze jako dom kolonijny KWK Marcel. ( Oj buduje się buduje... no i budowlańcy, niestety, słuchają radia zagłuszając moją ulubiona ciszę) Potem weszłam w las...  było cicho, spokojnie. Tu i ówdzie słychać było pokrzykiwanie ptaków, jakieś trele i świergoty. Chciałam nawet uchwycić kilka ptaszków, które dojrzałam na gałęziach, ale kiepski ze mnie fotograf. Na pewno widziałam dwa goniące się po gałęziach dzięcioły, kowalika, sikorki. Potem zaszumiało coś w liściach i igiełkach -duże krople deszczu nawet nie spadły na ziemię, zatrzymały się w koronach drzew. 

Pod stopami chrzęściły szyszki i suche gałązki- las bardzo potrzebuje dżdżu, nawet czerwone maliny jakieś drobne,przysuszone w tym roku, ale słodziutkie jak zawsze. Pachniało igliwiem, wrotyczami rosnącymi na pograniczu lasu,malinami, gorzko pachniały paprocie, zwłaszcza moje ulubione orlice,które bywają ode mnie wyższe..Tylko zapachu grzybów brakowało, bo suchy rok i pora księżycowa nie sprzyjają wysypowi tychże.
Skróciłam spacer, odwiedziłam sąsiadów, tyle miałam do pogadania... bo to i opowieść o tym,jak jechałam rowerem, i o tym pół roku,które minęło tak szybko...






Wieczorem chciałam jeszcze uchwycić zachód słońca. Zamiast tego sfotografowałam ciągnące Pogórzem chmury, z których gdzieś hen nad Leśną i dalej padał deszcz, a widok mimo zachmurzonego nieba był daleki... aż na Czechy i Niemcy,w głębi majaczyła Bogatynia... 
Nocą rozcykały się świerszcze. Pierwszy raz tak głośno, czysto, tęsknie...

Czas wracać nad morze...
Z czym wyjeżdżam z Domku pod Orzechem? Jaki był ten pobyt w górach? Na pewno udany. Pogoda choć zmienna pozwoliła mi na realizację planów. Obejrzałam kilka miejsc, które zobaczyć chciałam, ze znajomymi się spotkałam, czereśnie przetworzyłam.
Był czas na ciszę i czas na rozmowy. Czas planów,które jakby zaczęły się krystalizować i czas marzeń. Był czas Góry i czas przyjaznych spotkań.


Przede mną jeszcze kilka dni urlopu,które zamierzam spędzić najpełniej jak potrafię.

6 komentarzy:

consek pisze...

Anno Jesienna Panno :) Izery nie zając, nie uciekną. Oby do następnego razu. Aha... spóźnione ale szczere życzenia Wszystkiego Najlepszego przesyłam. Uściski :)

Krzysztof Gdula pisze...

Nostalgiczny tekst – jak czas pożegnań.
Anno, kiedy odwiedzisz Domek? Stoi on pusty przez większą część roku? Nie masz kłopotów z nieproszonymi gośćmi?

Anna Kruczkowska pisze...

Dziękuję :)

Anna Kruczkowska pisze...

Mam dobrych sąsiadów,Krzysztofie. Dopilnują. A do Domku pod Orzechem wybieram się zimą.

Jan Łęcki pisze...

A góral na góry spoziera
I łzy rękawem ociera..

Jan Łęcki pisze...

Doña Anna – to turkawka złota, przytulona do piersi żywota… Doñy Anny porzucać nie wolno! Wolno tylko powtarzać jej z wolna: O paloma, o paloma mia!
Maria Pawlikowska-Jasnorzewska