poniedziałek, 3 sierpnia 2015

Pobiegliśmy dookoła świata na rzecz chorych na padaczkę

Upał .Ludzie smażą się na plaży, a my...my smażymy podpłomyki. Gdy miesiąc temu poproszono Chudą, by Chąśba wsparła Marsz i Bieg Dookoła Świata, ta nie wahała się ani chwili. Szczytny cel,dogodny termin. Dlaczego nie mielibyśmy rozłożyć się obozem na łące i piec podpłomyków?
Takie było założenie, a jak się skończyło? O tym za chwilę. 

"Biegi Marsz Dookoła Świata" to element kampanii "Zauważ mnie" mającej na celu zwrócenie uwagi na problemy osób z padaczką. 
Głównym elementem projektu jest marsz organizowany w lutym (14 lutego przypada dzień chorych na padaczkę,któremu,podobnie jak zakochanym patronuje Walenty) W tym roku trasa marszu liczyła 530 km i przebiegałam.in. przez Trzebiatów. To wtedy dowiedziałyśmy się o tej inicjatywie, wtedy też kilku trzebiatowskich zapaleńców skupionych w stowarzyszeniu "Królewski Gaj" postanowiło dołączyć do inicjatywy i w naszym mieście zorganizować całodniową imprezę biegową. 
I tak w niedzielny poranek spakowałyśmy nasz obóz i przetransportowałyśmy go na trzebiatowski stadion.Zaopatrzyłyśmy się w najróżniejsze materiały,by dzieciom zapełnić czas siedzenia na trawie. Były włóczki i bartka, płótno i igły,mąka i dżem, Szybko okazało się, że niepotrzebnie. Założyłyśmy, że każde z nas chąśników zgłosi swój udział w marszu i przebiegnie lub przejdzie jedno, liczące 1,5 km okrążenie po naszym parku. Gdy Chuda rozkładała jeszcze obóz, ja poszłam sprawdzić trasę i tak zrobiłam swoje pierwsze w tym dniu okrążenie.
 Zaraz potem dobiegu zgłosiły się pierwsze z naszych dzieci. Ponieważ są  to dzieci, wyruszyły na trasę ze mną. W ich ślad poszli nasi kolejni wolontariusze i ok.godz.11.00 każde z naszych dzieci miało już na koncie przynajmniej jedno okrążenie. Nawet najmłodsza Werka,mimo początkowych oporów stwierdziła, że idzie ze mną na spacer. Najstarsze biegały już wtedy samodzielnie. W obozowisku zazwyczaj było zaledwie dwoje , troje wolontariuszy pod opieką Chudej lub moją. Pilnowali ognia i podpłomyków, którymi posilali się w przerwach między kolejnymi startami. Dzięki temu, że na trasę można było wejść w dowolnym momencie i robić okrążenia w różnych odstępach czasu,nie czuło się zmęczenia, a bieganie i chodzenie sprawiało prawdziwą frajdę (mimo,że na nasłonecznionych fragmentach trasy było bardzo ciepło).Dzieciaki tak się zaangażowały, że trzeba było pilnować, by robiły przerwy. Na szczęście organizatorzy przygotowali dla dzieci sporo atrakcji: dmuchańce, watę cukrową, malowanie kaszą. O 14.00 młodsi przedstawiciele Chąśby wzięli jeszcze udział w biegu dla dzieci, w którym każdy uczestnik został nagrodzony kolorowankami i słodyczami. 

Dwoje starszych wolontariuszy: Kacper i Marysia w ramach współzawodnictwa tak się zaangażowali,ze przed osiemnastą musieliśmy na siłę zdjąć ich z trasy, gdy kończyli... 20 okrążenie! Czyli w sumie przebiegli po 30 km! W sumie trzebiatowianie w tym dniu pokonali 717 km,  1/5 tego dystansu należała do Chąśby! Średnio każdy z naszych wolontariuszy, nie licząc Marysi i Kacpra, pokonał ok. 6 okrążeń, czyli 9,5 km. 
Początkowo myślałam o przebiegnięciu jakiś 3-4 okrążeń, ale tyle razy pilnowałam wolontariuszy, że imprezę zakończyłam z... 11 okrążeniami. Nie jestem biegaczką i dystans 16,5 km jest moim życiowym rekordem, z którego jestem niesamowicie dumna. Warto dodać, że biegaliśmy w naszych strojach historycznych, co dodawało kolorytu całej imprezie. 
Gdy nadszedł czas podsumowania, nasze dzieci zostały wspaniale uhonorowane. Rekordziści otrzymali złote pamiątkowe monety, a wszyscy uczestnicy wylosowali nagrody.
Na zakończenie trzeba powiedzieć, że była to świetnie zorganizowana impreza sportowa. Opłata startowa wynosiła 20 zł dla osoby dorosłej i 5 zł dla dziecka. w ramach tej opłaty każdy uczestnik otrzymał pakiet startowy na który składały się: pamiątkowa moneta, atlas drogowy, mapa świata, napój, talon na zupę pomidorową, druki reklamowe.Dodatkowo dzieci otrzymywały watę cukrową i wejście na dmuchańce. W czasie biegu na bieżąco była woda i gorzka czekolada na wzmocnienie. Bardzo dużo było także nagród losowanych wśród uczestników. Chyba wszyscy,którzy dotrwali do końca imprezy otrzymali przynajmniej drobny upominek od puzzli i dmuchanych piłek po karnety na basen i wejściówki do lokalnych parków rozrywki,do wygrania był także weekend w Brennej. Należy tylko ubolewać, że był to pierwszy od dłuższego czasu upalny dzień, więc trzebiatowianie zamiast tradycyjnego spaceru po parku wybrali wyjazd nad morze. Podejrzewam, że gdyby było chłodniej, frekwencja na tej fantastycznej imprezie byłaby o wiele większa. 
Podobne marsze i biegi organizowane są także w innych miastach,warto wesprzeć tę inicjatywę!
Informacji można szukać na następujących stronach internetowych:
My kolejny raz przekonałyśmy się, że mamy świetne dzieciaki, dla których warto coś robić.

8 komentarzy:

consek pisze...

Jak nie pedałuje to biega. Po prostu dynamit a nie kobieta :)

Anna Kruczkowska pisze...

Consiu,nosi mnie strasznie! Chciałabym tylu rzeczy spróbować, tyle zobaczyć,odczuć...

Krzysztof Gdula pisze...

Fakt: jak nie pedałowanie, to bieganie, ale przecież i tyleż innych zajęć! Niespokojny duch.
Anno, a co to jest bartek? A dżem miał być do smarowania podpłomyków?

Anna Kruczkowska pisze...

Krzysztofie, bardko ( z emocji zrobiłam błąd w zapisie) to przyrząd do wyplatania krajek, czyli takich kolorowych pasków z wełny.
A dżem był do podpłomyków.

Krzysztof Gdula pisze...

Bardko. Zapewne stare słowo, nieprawdaż, Anno? Lubię stare słowa. A propos! Może Ty będziesz wiedziała, jak się nazywa płaska drewniana tacka na długim trzonku, którą wyciągało się chleb z pieca? Zapewne w Twoich stronach używano innej nazwy niż na mojej Lubelszczyźnie, ale poznałbym chociaż jedną.
Kiedyś naszła mnie chęć na podpłomyki. Nie miałem żadnej blachy, więc placki ciasta kładłem na rozgrzaną, suchą patelnię. Smakowały:)

Anna Kruczkowska pisze...

Czy myślisz o łopacie do chleba zwanej u nas szuflą?
W Domku pod Orzechem można podpłomyki na blasze pieca robić :)

Krzysztof Gdula pisze...

Szufla? Słowo jest raczej niemieckiego pochodzenia, nie ma polskich korzeni. Na Lubelszczyźnie ten wyraz też jest w użyciu, ale w odniesieniu do odmiany łopaty – narzędzia do ręcznego załadunku materiałów sypkich. Podobnie mówią w Wielkopolsce, gdzie obecnie mieszkam. Nie pamiętam, jak babcia nazywała ten drewniany przyrząd, skleroza…
Podpłomyki na blasze, pewnie, że tak! :)

Anna Kruczkowska pisze...

Pewnie, że niemieckie-jak spora część śląskich słów.Jestem przecież Ślązaczką!