czwartek, 20 sierpnia 2015

Szlakiem jezior. Dzień IV i V- Lubię Lubie

Noc z perseidami minęła szybko. Wydawało się, że ledwo przyłożyłyśmy głowy do karimaty po nocnym liczeniu spadających gwiazd, a tu już był poranek. Dałyśmy sobie sporo czasu na rozbudzenie i picie kawy, bo przecież zaplanowałyśmy drugie śniadanie w Starym Drawsku. 


Z Czaplinka wyjeżdżamy po 9.00 i pół godziny później siedzimy już nad kolejnym jeziorem u podnóża ruin zamku Drahim. Zamawiamy wielkie porcje jedzenia: Gui filet z okonia, ja sielawę. Początkowo wydaje się,ze porcje są nie do przejedzenia, ale okazuje się,że czwartego dnia wyprawy my już naprawdę potrzebujemy dodatkowej dawki energii. Tylko potem nie chce nam się ruszać...Siedzimy wpatrzone w taflę jeziora... Ustalamy trasę na dziś-krótka, bo robi się niesamowicie gorąco. Zamierzamy dojechać do Drawska Pomorskiego, a na nocleg ułożyć się nad jeziorem Lubie. Przed południe mija więc nam na jeździe,podziwianiu drawskich widoków, rozmowach. Robi się coraz cieplej i cieplej... wreszcie po którymś kolejnym podjeździe Gui wyszukuje drzewo i pod nim pada.Musi odpocząć. ja zbieram jeżyny,które właśnie zaczęły owocować. opychamy się aromatycznymi owocami i zbieramy w drogę-do Drawska jest coraz bliżej.
W mieście zatrzymujemy się na jednym z placów i zostawiamy rowery "pod opieką"tria ławeczkowego, z którym zdążyłyśmy zawrzeć znajomość w trakcie spinania rowerów i odpoczywania w cieniu. Znajdujemy miejsce z mrożoną kawą, zamawiamy wielkie,półlitrowe kubki.To właśnie jest nam w tej chwili najbardziej potrzebne! Siadamy na trawniku w cieniu i delektujemy się lodowatym, słodkim napojem. W najbliższym sklepie robimy zakupy, potem jeszcze rzut oka na gotycki kościół i... żegnamy Drawsko-marzy nam się już kąpiel w jeziorze!






Jakoż po paru kilometrach znajdujemy uroczą i zadbaną plażę w Gudowie nad jeziorem Lubie.
Miejscowi zachęcają do odpoczynku, zdają się niezwykle gościnni i mili. Korzystamy z zaproszenia. Plaża dysponuje toaletami, przebieralnią, zadaszonym kręgiem ogniskowym, pomostem, kąpieliskiem z bojkami granicznymi, na pomoście siedzi nawet ratownik!
Z ulgą zrzucamy przepocone rowerowe ciuszki, korzystamy z kąpieli w jeziorze, a potem zalegamy na karimatach w cieniu drzew z książką w ręku. Chillout ... 
Potem, zwyczajowo rozglądamy się za miejscem na rozbicie namiotu. Z pomostu nie wygląda to zachęcająco-szuwary,szuwary... Decydujemy się jednak ruszyć wzdłuż jeziora z nadzieją, że trafimy jak zwykle na wygodne miejsce. Trochę trwa nim z pomiędzy zarośli wyłania się urokliwa polanka z miejscem ogniskowym i wygodnym zejściem nad jezioro. Dokładnie o to nam chodziło! 
Ostrożnie rozpalamy maleńkie ognisko.Tylko tyle, by  i podpiec bułki. Jest bardzo sucho,więc nasze ognisko trwa pół godziny,po czym zalewamy je 10 litrami wody przyniesionej w znalezionych w krzakach butelkach. 
Gui zajmuje się przygotowanie obozowiska, bo do mnie dociera właśnie wiadomość o śmierci kolegi (o czym pisałam we wcześniejszym wpisie) Nie mogę sobie znaleźć miejsca.Idę posiedzieć na pobliskie wzgórze,obserwuję zachód słońca... Kruche jest ludzkie życie, ulotne marzenia...

Nocą znów spadają gwiazdy,ale ich spadaniu towarzyszą rozbłyski bardzo odległych burz.... 
Pobudka jest bardzo wczesna, bo nocne burze niebezpiecznie zbliżają się do naszego jeziora. 
Udaje nam się zwinąć obozowisko przed deszczem. Na pobliskiej łące obserwujemy z jednej strony wschód słońca, z drugiej nadciągające dosyć szybko potwornie groźne,czarne chmurzyska. Uciekamy przed nawałnicą. Niestety, pierwsze krople spadają już za Gudowem.Nim się rozpada, znajdujemy odpowiednie dla siebie miejsce między przydrożnymi drzewami rozkładamy naszą folię malarską. Tak przeczekujemy deszcz (burza przeszła gdzieś bokiem). 
Ze względu na wczesny wyjazd,drugie śniadanie jemy na stacji benzynowej w Resku i nim się dobrze rozkręcimy jesteśmy już w domu.
Miny najbliższych, gdy wkraczamy domieszkania-bezcenne.

Wyprawa trwała 5 dni.Przejechałyśmy 460 km.Na siodełkach spędziłyśmy 28 godzin. Przejechałyśmy pół woj zachodniopomorskiego, przez 3 km byłyśmy w woj. wielkopolskim (Nadarzyce),drogi wiodły nas przez 8 powiatów. Towarzyszyły nam skrajne emocje:od euforii i niezmąconego szczęścia po zmęczenie, złość, smutek. 
Zrobiłyśmy kilkadziesiąt zdjęć i nakręciłyśmy 60 Gb filmu,który czeka na obróbkę (bądźcie cierpliwi)

Najważniejsze jednak jest to, że spędziłyśmy ze sobą ponad 100 godzin non stop i ani jednej minuty nie żałujemy, bo jak powiedziała Gui na początku wyprawy: nieważne gdzie, ważne, że z Tobą.

5 komentarzy:

Krzysztof Gdula pisze...

Gui ma warkoczyki!
Wiele wakacji w dawnych latach spędzałem na Pojezierzu Łęczyńsko-Włodawskim, mało znanym, ale bliskim mi i nieodległym od mojego miasta. Od tamtej pory darzę sentymentem jeziorka śródleśne, takie, jakie poznałyście na Waszej wyprawie. Na pewno podobałoby mi się tam. W taki upał pedałować? Nie wiem, czy byłbym w stanie…
A Twoja córka wypowiedziała piękne słowa do Ciebie.

Krzysztof Gdula pisze...

Anno, zapomniałem powiedzieć Ci, że parę godzin temu zaczął się jarmark wikliniarski i festyn. Przed chwilą wróciłem z placu do kampingu, między karuzelami tłumy ludzi. Mam nadzieję na wolny kwadrans jutro w ciągu dnia, bo chciałbym zrobić trochę zdjęć i zobaczyć wyroby z wikliny. Zaczynają kojarzyć mi się z Tobą:)

adatoniewypada pisze...

Pozdrawiam :)

Anna Kruczkowska pisze...

Zaskakujące, jak drobne zdarzenia, wirtualne spotkania wpływają na nasze skojarzenia. Coraz częściej łapię się na tym, że robię zdjęcie czegoś, co"spodoba się .... (tu pojawia się imię lub nick). Jest mi miło, że oglądając wiklinę, będziesz myślał o mnie;) I jeszcze jedno-podążanie po śladach- weekend spędzałyśmy w okolicach Leszna,niedzielę w Wolsztynie.

Anna Kruczkowska pisze...

W Polsce mamy tyle pięknych, zupełnie dzikich miejsc.Tylko wciąż czasu za mało, by wszystko zobaczyć.
Moje dzieci potrafią cudownie zaskakiwać.