niedziela, 13 września 2015

Supermaraton Rewal Bike System na koniec sezonu

Ciemność widzę,ciemność... we wrześniu o 5 .00 jest jeszcze ciemno, zwłaszcza,gdy niebo pokrywają gęste chmury i pada deszcz ( a przecież miało nie padać!)
Co można robić w sobotę o piątej rano? Wystartować na dystansie ultra w maratonie. No właśnie!



Wstaliśmy nocą, bo przecież 3.30 to jeszcze noc. Jemy śniadanie i ruszamy do pobliskiego Rewala, aby wystartować w ostatnim w tym sezonie maratonie. Wybraliśmy dystans 301 km, czyli musimy się liczyć z trzynastoma godzinami na siodełku. Punktualnie o 5.00 ruszają Chuda i Robert. Ja startuję pięć minut później. Jeszcze przez startem uprzedzam Orga Marka, by nie zwracał uwagi na to, że zostanę w tyle na tzw. dokrętce, która nie jest oznakowana. Znam trasę, jestem u siebie, nie pobłądzę. Dziewczyny od razu stwierdzają, że będą się w razie czego trzymały mnie. Bardzo szybko migotliwe czerwone światełka lampek rowerowych odjeżdżają.Na czarnej drodze zostaje Beata i ja. Widzę, że Beata waha się, więc podjeżdżam.Okazuje się, że zdeprymował ją przejazd kolejowy, którego nie widać w ciemnościach (reflektor roweru tylko zniekształca to, co ma się przed sobą). Wychodzę na prowadzenie. Przejeżdżamy przez uśpione Niechorze i równie senną Pogorzelicę. Dobrze, ze znam tu każdy kamień i każdy zakręt, bo dzięki temu niema mowy o pomyłce. W Konarzewie zauważam migocące lampki.Czyżby nasza grupa była tak blisko? Nie... to grupa na rowerach innych, chwilę jedziemy wspólnie, odpoczywam na kole. Potem Beata daje zmianę, jakiś czas mamy całkiem spory pociąg. potem mieszamy się, odjeżdżamy, robi się widno, ale cały czas pada i wieje.Jest zimno.Palce kostnieją. Za Gryficami doganiamy Chudą, Roberta, Natalię i Kubę.Jest z nimi jeszcze ktoś,ale na razie go nie identyfikuję- jest jeszcze zbyt mało światła. Początkowo planuję zostać z grupą, ale... jadą zbyt wolno i nie potrafię się rozgrzać. Na przejeździe kolejowym w Popielach Kuba źle najeżdża na tory i wywraca się na mokrym asfalcie. Dobrze, że Natalii udaje się utrzymać równowagę, bo polecielibyśmy na asfalt jak klocki domina! Kuba zbiera się i jedziemy dalej. Z Beatą podejmujemy decyzję- zrywamy się i dalej pedałujemy we dwie. Kilka kilometrów przed końcem pierwszego okrążenia Beata stwierdza- kończę na mini. Nie jadę. Doskonale ją rozumiem,ja też jeszcze nie jestem pewna, czy znajdę w sobie dość siły, by w ciągłej ulewie i zimnie ruszyć dalej.
Po 3,5 godziny od startu jestem zziębnięta, przemoczona i zrezygnowana. No ale przecież nie po to wstałam o 3.30, by o 8.30 skończyć maraton. Dobrze, że samochód stoi przy samej mecie a w nim sucha kurtka przeciwdeszczowa. A na wprost samochodu... bufet z gorącą kawą! Jednocześnie zakładam kurtkę i zamawiam kawę. Wypijam duszkiem.Czuję, jak ciepło rozlewa się po ciele... Witam się z kilkoma koleżankami- ich miny skazują, że wyglądam tragicznie... Trudno! Raz się żyje-zaczynam drugie okrążenie. W tym czasie dojeżdża grupa Chudej i jakiś czas jadę z nimi. Wiem już, że nie pojadą trzeciego okrążenia i nie mają powodu, by się spieszyć. Żegnamy się więc i gonię jakąś grupę,która wystartowała na dystansie mega. Trochę trwa nim znajduję towarzystwo jadące odpowiednim dla mnie tempem. Panowie jadą sobie dla przyjemności, a mnie ich jazda bardzo odpowiada. Początkowo chcę dać zmianę, ale... panowie uważają, że nie daje odpowiedniej ochrony (nie te gabaryty) i mam sobie dalej jechać na kole. Nie protestuję. Dla mnie każda chwila jazdy w grupie to cenne doświadczenie i minuty,które zbliżają mnie do celu. Dojeżdżamy do punktu żywieniowego.Moi towarzysze zatrzymują się, ja jadę dalej-na dziurawe nawierzchni między Świerznem a Paprotnem wolę być sama, by widzieć dziury i znaleźć dogodną dla siebie drogę. Powoli kończy się drugie kółko i.... przestaje padać. To pozwala mi podjąć decyzję o kontynuowaniu maratonu. To okrążenie zawdzięczam Irence, która po koleżeńsku postanowiła jechać ze mną, a raczej moim tempem. Jej pomoc była bezcenna! Za Cerkwicą dogania nas... mój samochód! To Chuda chce klucze od domu, bo młodzi postanowili jechać do domu wykąpać się i przebrać. Na punkcie żywieniowym zostawiam kurtkę-jest tak ciepło, że jest ona tylko zbędnym balastem. Irenka zostaje trochę dłużej, ja jadę (chwile później i tak Irena dojedzie i dalej pojadę na jej kole) Gdzieś po drodze mija nas Kasia i ktoś. Jakieś 15 km przed końcem trzeciego okrążenia doganiamy Ktosia, który siada na nasze kobiece koło z hasłem-byle przed 15! Acha...znaczy się, nie ja ostatnia chcę zdążyć przed limitem wyjazdu na ostatnie kółko (jak dobrze, że Org  na odprawie się zlitował nad maruderami i zmienił godzinę limitu, bo do czternastej nie dałabym rady!)  Dajemy z siebie wszystko! I o 14.45 z wyrazem triumfu na twarzach zaczynamy ostatnie kółko. Irenka zostaje- ona już swój 144 km dystans pokonała.

- I co teraz? -zagaduje Młody (jak się później okazuje -Kamil, ten sam, który dwa kółka jechał z grupą Chudej)
- Teraz mamy 4 godziny, by skończyć dystans. Damy radę-odpowiadam pełna optymizmu. Nadal jest ciepło, wiatr słabnie i przestaje przeszkadzać w jeździe. Kamil okazuje się niesamowicie rozmownym towarzyszem jazdy i w końcu, jak kiedyś Chudej,muszę powiedzieć:
-Nie gadamy! Jedziemy.
Jadę ja.... a za mną Kamil i tak przez.... 74 km! Dla Młodego to dystans życia. Chyba jeszcze kondycyjnie nie był do niego przygotowany - czasem muszę krzyknąć, by trzymał się koła, bo odpadnie i nie dogoni(wtedy słyszę  jego skargę, że jest totalnie zajechany- jakbym Chudą słyszała)
Na punkcie żywieniowym zjadamy po bananie i dowiadujemy się... że na trasie są jeszcze ludzie (a myślałam, że powinnam sobie na koszulce napisać"KONIEC WYŚCIGU") W Skrobotowie doganiamy pana Jana, który spokojnie jedzie drugie okrążenie w asyście innego kolarza,wyprzedzamy ich z głośnym pozdrowieniem, bo przecież pan Jan to najbardziej pozytywna postać naszej ligi!
Kilkaset metrów dalej, nagle... mam pana Jana obok siebie-z filuternym uśmiechem stwierdza, że nie wiemy jakie pokłady w nim jeszcze drzemią i.... odjeżdża tak szybko, że nie da się go dogonić! Na ostatniej prostej dogania nas jeszcze Roman- startował dwie godziny później, czyli to my tracimy do niego 2 godziny ( a on i tak nie jest zadowolony z czasu, jaki osiągnie).
Gdy mijam metę, zegar na rondzie w Rewalu pokazuje 18.11. Jestem z siebie niesamowicie dumna! (Co ciekawe-jechałam bez licznika,bez zegarka.Jedynie na punktach mogłam sprawdzić godzinę a i tak utrzymałam się w limitach)Teraz myślę o tym, by zdjąć przemoczone i lepiące się do skóry ubrania, zjeść ciepła zupę,odpocząć... Gorący żur smakuje jak rzadko- gęsty, z jajkiem i kiełbaską ma wszystko co powinien mieć dobry żur.
Zapytacie co widziałam na trasie? No cóż... najpierw ciemność rozświetlaną błyskami latarni morskiej i czerwonymi światełkami wiatraków,potem stalową szarość chmur i jednostajne krople deszczu,oponę z której leciały na mnie strugi brudnej wody, pejzaże znane tak dobrze, że przestaje się na nie zwracać uwagę. Jedynie zmiany od stałego pejzażu sprawiają, że je widzę- dożynkowe rzeźby w Gryficach, zwalone  przez wichurę olbrzymie drzewo w Stuchowie, nowy asfalt w Paprotnie, brak samochodów w lesie (czyli nie ma grzybów) Pachniało mokrym asfaltem i... świeżo zaoraną mokrą ziemią- gdzieś między Świerznem a Cerkwicą trwają prace polowe.
O 19.00 zasiadam na widowni, rozmawiamy, trochę szkoda, że to już koniec sezonu. Odbieram statuetkę za zwycięstwo w kategorii (trudno było nie wygrać, skoro tylko ja w tej kategorii przejechałam ultra).
Tyle radości!
Ceremonia jest bardzo sympatyczna, bo Org Marek przygotował statuetki dla zawodników, którzy przejechali już 100 maratonów,jest też sporo innych ciekawych kategorii, np. dla zawodników,którzy bylina trasie najdłużej ;) W  losowaniu mamy szczęście- dostajemy kubek, pompkę i zapięcie do roweru-to ja.Od razu słyszę, że to w miejsce tego, które przerąbywałam toporkiem nad jeziorem;)
To był fajnie zorganizowany maraton-dobrze oznakowana trasa,pyszne bułki jogurtowe (hit maratonów Gryflandu) i banany na punktach żywieniowych, woda,której nikomu nie zabrakło. Wiem,pakiety startowe były ubogie,ale czy to jest najważniejsze? My świetnie spędziliśmy czas, bezpiecznie dojechaliśmy do mety.
Przed nami już tylko uroczyste zakończenie sezonu w Łasku-wtedy będzie czas na podsumowanie sezonu, który właśnie w Rewalu dobiegł końca.
Więcej zdjęć

6 komentarzy:

Krzysztof Gdula pisze...

Aniu, przejechałaś 300 kilometrów?? Matko Boska…
Te ciemności nad ranem, błyski świateł, deszcz.. Wyobraziłem sobie to wszystko – wrażenie na mnie to zrobiło.
Twoja statuetka za zwycięstwo w jakiej była kategorii? Czyżbyś była jedyną kobietą, która przejechała ten dystans? Na trasie, przez tyle godzin, jadłaś tylko banany i bułki jogurtowe? Swoją drogą: chyba nie jadłem takich bułek… Jakie one są?

Anna Kruczkowska pisze...

Dystans przejechały 3 kobiety, ja byłam ta trzecia ;) Zwycięstwo było w mojej K4. Wstyd się przyznać, ale na trasie zazwyczaj mało jem. No, może nie był to tylko banan i bułka, ale niewiele więcej- jakieś energetyczne żele z decathlonu i dwa batoniki z ziarnami ;)
Bułki jogurtowe są wielkie i pyszne- ciasto biszkoptowe a w środku mleczny krem... mniam (tylko trzeba uważać, żeby krem nie wyciekł ;)

Krzysztof Gdula pisze...

Mniam mniam:) Muszę spróbować. Na ostatnim festynie spotkałem Polaka mieszkającego na Litwie, sprzedawał drożdżowe ciasta, parę kupiłem, a jedno było z budyniem, albo z czymś podobnym. Oj, dobre, do rannej kawy nawet bardzo.
Dlaczego wstyd się przyznać, że mało jesz na trasie? Wiesz, fachowcem nie jestem, ale wydaje mi się, że właśnie tak powinno się robić – żeby nie obciążać nadmiernie organizmu. Co o tym mówią specjaliści?
Kategoria K4? Jej, jaki ja jestem zielony!

Anna Kruczkowska pisze...

Ha, no nie obciążać organizmu, ale trzeba mu dostarczyć odpowiedniej dawki energii! To dlatego wszystkie produkty spożywcze dla sportowców są słodkie i lekkostrawne! Moi doświadczeni koledzy twierdzą, że zdecydowanie za mało jem i piję na trasie, ja jednak inaczej nie potrafię- nadrabiam po maratonie.
Kategoria K4 to "ryczące czterdziestki", jak same o sobie mówimy- panie między 40 a 50 lat. Najbardziej obstawiona kategoria wiekowa- wychowałyśmy już dzieci, mamy ustabilizowaną sytuację życiową i możemy realizować własne marzenia, stawiać sobie nowe cele.

Krzysztof Gdula pisze...

Między 40 a 50? Toż Ty jesteś prawie małolatą!
Aniu, doskonale pamiętam ten czas, gdy zwykle okazywałem się najmłodszy w grupie, w towarzystwie, a tu nagle odmiana: jestem najstarszy, nierzadko o pokolenie. Kiedy to się stało??

Anna Kruczkowska pisze...

No, ba! Przecież wiem-ileż to razy mylono mnie z córkami;) A z drugiej strony,czas płynie zatrważająco szybko- moje uczennice przyprowadzają już swoje dzieci do szkoły, niektóre z tych dzieci niedługo będą miały swoje dzieci!