sobota, 28 listopada 2015

Kto nas tak urządził? czyli sobota

Gdy o świcie ( a raczej przed świtem) otworzyłam oczy, uświadomiłam sobie, że czeka mnie bardzo pracowity dzień. Z tyłu głowy kołatało się pytanie" Kto mnie tak urządził?" Odpowiedź była jednak boleśnie prosta- ja sama. Bo przecież nie kto inny jak ja wspólnie z Chudą wymyśliłyśmy spotkanie wolontariuszy w ramach Tygodnia Wolontariatu i jakoś dziwnym trafem na ten sam dzień umówiłyśmy się na Świetlistą Masę Krytyczną, której byłam współorganizatorem!
Mimo ciemności należało wstać, by przed "najazdem" dzieciaków trochę ogarnąć mieszkanie, przygotować materiały do dzisiejszego spotkania i ugotować obiad.




Ledwo odłożyłam miotłę, gdy rozległo się pukanie i w progu stanęła pierwsza wolontariuszka. Chwilę później nasz salon opanowała ośmioosobowa horda słowiańska. Dzieciaki rozsiadły się na poduchach rozłożonych na podłodze i pod moim kierunkiem przygotowały kartki świąteczne- chcemy je rozesłać do naszych dobroczyńców- członków Stowarzyszenia i innych ludzi, dzięki którym możemy działać i na których wsparcie możemy liczyć.
Gdy my zmagaliśmy się z ambitnymi i oryginalnymi kartkami, Chuda kończyła pisać opinie o wolontariuszach, które każde dziecko dostało, by mogło się swoja pracą  pochwalić w szkole. Potem wspólnie snuliśmy plany na przyszły rok i muszę przyznać, ze dzieciaki mile nas zaskoczyły ciekawymi propozycjami warsztatów rękodzielniczych, w których chciałyby uczestniczyć. Będzie miała Chuda co robić, pisząc kolejny projekt. Dwie godziny minęły nie wiadomo kiedy i nasi podopieczni jak wpadli, tak wypadli- szli na mecz lokalnej drużyny piłkarskiej.
Teraz miałam trochę czasu, by dokończyć obiad, przygotować ciasto piernikowe, które, jak wiadomo musi poleżeć przynajmniej dobę, zrobić pranie.
O 15.45 stawiłam się pod Ratuszem, gdzie byłam umówiona z policją, aby dograć szczegóły popołudniowego przejazdu rowerzystów.
Było zimno, padał deszcz i wiał wiatr. Zgodnie z naszymi przypuszczeniami, chętnych do jazdy w tak ekstremalnych warunkach nie znalazło się zbyt wielu. W sumie o 17.00 na Rynku stało: siedmioro rowerzystów, jeden dziennikarz, mój Ślubny bez roweru, za to z aparatem fotograficznym (bo mu zabrakło- w takich warunkach nie zdecydowałam się na szosówkę, więc syn jechał crossem Ślubnego, a nie moim), dwa radiowozy. Mimo zimna humory nam dopisywały i po założeniu szprychówek na koła ruszyliśmy przez miasto.
Może nie była to impreza moich marzeń, bo mi strasznie zmarzły palce, a ubranie przemokło, to cel został osiągnięty- widać było zainteresowanie mieszkańców, którzy zagadywali, co się dzieje i co robimy. Na pewno też zwróciliśmy uwagę kierowców samochodów, bo przejechaliśmy wszystkimi głównymi ulicami miasta. Na koniec imprezy policjanci na naszą prośbę oznakowali rowery.
Marzy mi się, że kiedyś nasi miejscy rowerzyści przestana korzystać z chodników na rzecz dróg i przede wszystkim będą porządnie oświetleni.
Przemarznięci i przemoczeni wróciliśmy do domu. Na rozgrzewkę przygotowałam aromatyczne kakao z syropem orzechowym i cynamonem.

P.S. Konkurs czeka ;)
A przy okazji można zagłosować na takie oto zdjęcie które powstało w czasie "sesji zdjęciowej" do plakatu masy krytycznej, a teraz bierze udział w konkursie na facebooku :) zdjęcie konkursowe

6 komentarzy:

Krzysztof Gdula pisze...

Oj, dużo bierzecie na siebie, dużo. Podziwiam was, bo uważając, iż dla lokalnej społeczności trzeba coś robić bez profitów, sam nie robię nic…:-(

Anna Kruczkowska pisze...

Zostałam wychowana na społecznika i to wpoiłam moim dzieciom. Wydaje mi się, że jeśli czegoś chce się od innych, to najpierw trzeba dać od siebie.

Krzysztof Gdula pisze...

Niewątpliwie masz rację, Anno. Sam siebie tłumaczę czasem mojej pracy: przez pół roku pracuję średnio 80 godzin w tygodniu, przez drugą połowę (jesienno-zimową) 60 godzin. Taka to praca, mniej się nie da, bo tyle wynosi „norma” tutaj. Tak myślę, co ja zrobiłem dla innych… wiem! Mam odznakę zasłużonego honorowego dawcy krwi, jestem też na liście dawców szpiku. Dobre i tyle, prawda?

Anna Kruczkowska pisze...

Dar krwi jest ogromnym darem, podobnie ze szpikiem. Dawcami są moje dzieci, ja ze względu na masę ciała nie mam takiej możliwości, ale w planach mam sposób, by coś jeszcze z siebie dać, ale na razie sza...

Krzysztof Gdula pisze...

Moje pytanie nie było retoryczne, w Twojej odpowiedzi znajduję przytaknięcie. Dziękuję Ci, Aniu, bo trochę głupio się poczułem z powodu tego mojego nie udzielania się społecznie.
Ciekawe, co kombinujesz... W stosownym czasie napiszesz o tym tutaj?

Anna Kruczkowska pisze...

Napiszę :)