sobota, 7 listopada 2015

Szczeciński poranek

Powoli wchodzę w dzień. Wypijam kawę, rozmawiając z Chudą i Robertem w ich przytulnej kuchni z widokiem na rusztowania. Jest mgliście i deszczowo. Listopadowa aura w wielkim mieście. Nie lubię dużych miast z ich szumem, zgiełkiem, ciągłym światłem, nieprzerwanym sznurem aut jadących we wszelkich możliwych kierunkach. Czasem jednak muszę takie miasto odwiedzić.



Tak jak dziś. Maszeruję chodnikiem, zadzieram głowę, przyglądając się kamienicom, zabudowie uczelnianej. Szeleszczą pod nogami liście, kropi ciepły deszcz. Niesamowite, że jest tak ciepło! Staram się w tym industrialnym  poranku znaleźć piękno. Zagapiam się na potok samochodów, sunących pod dyktando sygnalizacji świetlnej, obserwuję gawrona na brzozie. Kieruję się w stronę uczelni.
 Przypominam sobie siebie sprzed lat, gdy w tym miejscu spędzałam długie godziny na wykładach. Pamiętam pokoszarowe budynki, w których prycze zamieniono na stoły i krzesła. Warunki do studiowania nie były najlepsze, ale przecież uczyłam się tego, co mnie interesowało. Teraz wiem, jak oderwane od szkolnej rzeczywistości były te moje studia. Przez lata niewiele się zmieniło, to samo powtarza Chuda, która ukończyła tę samą uczelnię, chodziła po tych samych korytarzach. Dopiero teraz budynki uczelni są modernizowane, remontowane. Mijam kolejne koszarowce, przede mną nowoczesny budynek centrum doskonalenia nauczycieli. To tu spędzę kilka kolejnych godzin, ucząc się obsługi nowego narzędzia- komputerowego programu.
Powrót że Szczecina. 

8 komentarzy:

hegemon pisze...

Z jednej strony też nie przepadam za wielkim miastem, chociaż w nim żyję, z drugiej nie mam pojęcia czy bym bez tego miasta przetrwał, odnalazł się gdzieś w głuszy, w którą tak lubię wyjeżdżać. Moim sposobem na oswojenie miejsca, jest poszukanie wszystkiego co ładne w okolicy. Zawsze coś się uda znaleźć :-)

adatoniewypada pisze...

We mnie jest sporo przeciwienst, marzę za małym domkiem gdzies na Wsi, ale prawdziwe miasto z kawiarniami, klubami, ksiegarniami, parkami, kinami , salami koncertowymi, teratrami itd. to cos pieknego.

Anna Kruczkowska pisze...

Miasto ma swoje plusy- tak jak piszesz- kino, teatr, kawiarnie... ale też smog, zgiełk i ciągła jasność ulicznych lamp, szum ulicy. Z przyjemnością wracam do swojego małego miasteczka a zdarza się coraz częściej, że marzę o mojej izerskiej głuszy.

Anna Kruczkowska pisze...

Pewnie, choćby wróble na jarzębinie i ciekawą architekturę.

Krzysztof Gdula pisze...

Program studiów (ale i szkół średnich też) sobie, rzeczywiste potrzeby zawodowe sobie – znana to prawda. Ciekawe, czy kiedyś dotrze do ludzi ustalających programy nauczania…
Mokry dzień listopadowy w mieście też może mieć urok, ale… Aniu, jeźdźmy w góry!

Anna Kruczkowska pisze...

Oj tak! Jedźmy!

Mój Rozwój pisze...

Duże miasta mają swoje plusy i minusy... Jak na razie mieszkam w większym mieście i nie narzekam :) Ale w przyszłości - przynajmniej mam takie plany - chciałabym mieszkać w małej miejscowości. Codziennie nie korzysta się tak naprawdę z tych zalet wielkich miast, jak teatr, opera... a wady niestety trzeba znosić każdego dnia :)

Anna Kruczkowska pisze...

Właśnie tak. Ja wychowałam się w dużym przemysłowym mieście, z ulgą przyjęłam przeprowadzkę do małego miasteczka nad morzem, ale coraz częściej myślę, aby zaszyć się jeszcze bardziej.