poniedziałek, 9 listopada 2015

Ukraińskie klimaty w "Ukraińskiej Chacie"

Trzebiatów jest miastem wielokulturowym, o czym już nieraz wspominałam. Każdy z nas, mieszkańców jest tu przybyszem. Czasem jest to kwestia pokolenia, czasem dwóch lub trzech. I każdy z nas przywiózł tu swoją tradycję. I ta wielokulturowość jest chyba największym atutem tego miasteczka. Wśród wielu nacji, które osiedliły się w Trzebiatowie są przede wszyscy Wielkopolanie oraz przesiedleni tu po wojnie mieszkańcy Kresów Wschodnich.




Pojawienie się więc w pejzażu miasta regionalnej restauracji nikogo nie zdziwiło ( no może należało by zapytać, dlaczego tak późno) Z zaciekawieniem przyglądaliśmy się, jak w miejscu pizzerii zaczyna funkcjonować "Ukraińska Chata". Od dawna planowaliśmy ją odwiedzić, ale początkowo była nieczynna  w niedziele, a to wtedy my jadamy "na mieście", inne okazje też jakoś się nie trafiały. Wreszcie w ostatnią niedzielę udało się- uzgodniłam z moimi Panami (bo tyko oni byli w domu), że po powrocie ze szkolenia w Szczecinie nie gotuję niedzielnego obiadu, tylko idziemy próbować ukraińskich specjałów.
Pierwsze wrażenie było całkiem pozytywne, gdyż wystrój znacznie odbiegał od tego, jaki proponowała poprzednio istniejąca tu pizzeria. Właściciel próbował dosyć skutecznie ocieplić atmosferę, aranżując wnętrze na wzór karczmy - drewniane ławy i stoły, zazdroski w oknach ( no okna wielkie, wybitnie nie karczmiane, ale tego raczej zmienić się nie da), pseudo piec (pewnie miał udawać chlebowy), trochę domowych mebli i sporo ludowych bibelotów ma nas przenieś w ukraiński klimat. Pomaga w tym także muzyka, która sączy się cicho z głośników- to ukraińskie dumki i kozackie pieśni.
No dobrze, ale restauracja ma przede wszystkim dobrze karmić. Karta dań nie przytłacza bogactwem, to raczej zestaw potraw codziennych, powszednich. Ze Ślubnym zamówiliśmy najpierw  rosół z kluseczkami i ziemniakami ( aromat wskazywał na prawdziwą kurę, a nie chińskiego kurczaka), Syn z zupy zrezygnował, za to degustował dwa drugie dania ;) Spróbowaliśmy zatem: pierogów z ziemniakami i mięsem oraz pierogów ruskich, duryn - placków ziemniaczanych z mięsem wieprzowym w środku oraz mięsa po kijowsku, do picia wybraliśmy kompot (jeśli tylko jest okazja rezygnuję z napojów butelkowanych na rzecz swojskiego kompotu)
Jedzonko okazało się smaczne i niedrogie, przy czym porcje nie należą do ogromnych, skoro mnie udało się zjeść dwa dania. Nie mniej na pewno jeszcze wybierzemy się do Chaty, by sprawdzić smak pozostałych specjałów.

4 komentarze:

Krzysztof Gdula pisze...

Aniu, wasze menu poznałem się z zaciekawieniem, bo od kilku lat w sezonie karuzelowym żywi mnie ukraińska kucharka, która czasami podaje dania ukraińskie. Proste to dania, gotowane z tego, co się ma, z przewagą ziemniaków. Ich barszcz czerwony; jeśli jest prawdziwie ukraiński, jest naprawdę dobry. Na Ukrainie potrafią zrobić wiele dań z ziemniaków (oni mówią "bulby"), na przykład coś, co przypomina kotlet mielony, albo spore pierogi (z jakiegoś innego ciasta, nie potrafię wyjaśnić, ale dobrego) z ziemniaczanym nadzieniem jako dodatek do zupy.
Niestety, lubią też zjeść tłusto, słono i dużo, za dużo. Duża część Ukraińców ma nadciśnienie i jest otyła, jedno i drugie lekceważą.
Przy okazji chciałem zwrócić uwagę, Aniu, na pewną lingwistyczną skamieniałość: otóż w naszym języku mówi się „na Ukrainie”, a nie „w Ukrainie”. Mówi się tak, jak o części kraju: „byłem dzisiaj na Mazurach”. Prawdopodobnie zostało nam to z czasów, gdy Ukraina była częścią Polski.

Anna Kruczkowska pisze...

Zauważyłam, że ta kuchnia bazuje na ziemniakach i mięsie- surówek brak ;) Użycie przyimków to w naszej gramatyce swoisty chaos. Często to właśnie historia determinuje korzystanie z konkretnych form gramatycznych.

Krzysztof Gdula pisze...

O, tak! Chaos, w którym i ja nierzadko się gubię.
Trafne spostrzeżenie: brak surówek. W służbowej kuchni jest ich bardzo mało, ale często dostaję porcję tych, którzy wcale nie jedzą zielonego.
Aniu, właśnie usiadłem z laptokiem na podołku, będę pisać o ostatnim wyjeździe w Kaczawskie. Najlepsze moje godziny...

Anna Kruczkowska pisze...

Czekam z niecierpliwością na nowe wspomnienia i zdjęcia!