sobota, 26 grudnia 2015

Jak mnie przywitały Izery

Gierczyn przywitał nas wielobarwnym niebem, wiosenną temperaturą i silnym wiatrem. W piecu huczał już ogień, na blasze stał czajnik z parującą wodą. Wszystko czekało na nasze przybycie. Spojrzałam na pozbawione stołu i ławki podwórko. Wyglądało na osierocone przez nas kilka miesięcy temu. Czekało z utęsknieniem na chwilę, gdy je znów zagospodarujemy, gdy o poranku usiądę na ławce z kubkiem aromatycznej kawy lub wieczorem przy ognisku z nie mniej aromatycznym grzanym winem.
Ledwo wypakowaliśmy się z samochodu pobiegłam na ukochany Kufel, by uchwycić ostatnie poblaski słońca. Miałam mnóstwo szczęścia, bo choć słońce zaszło już za góry, to jego czerwono-żółta poświata zabarwiła pól nieba. Chmury sfioletowiały niesamowicie, zaś niebo nabrało barwy limonkowej.
Usiadłam na moment na ławce na szczycie. Tak. Poczułam, że jestem właśnie u, gdzie powinnam być. I jeśli nawet siedząc w bezpiecznym, ciepłym mieszkaniu na Wybrzeżu miewam wątpliwości, czy podejmujemy słuszną decyzję, to patrząc na zachód już tej wątpliwości nie mam.
Wiało tak niesamowicie, że ledwo utrzymywałam się na nogach, a utrzymanie aparatu nieruchomo choć na chwilę graniczyło z cudem. Ruszyłam więc dalej, w stronę ciemniejącego coraz bardziej lasu i jego skrajem dotarłam do domu sąsiadów.
Spojrzałam jeszcze na rozmigotane światłami lamp Pogórze i wróciłam do domu. Jutro pójdę dalej, wyżej. Przygotuję rower i odwiedzę znajomych. Tak. Jutro kolejny cudny dzień!

2 komentarze:

Krzysztof Gdula pisze...

Anno, jak to dobrze, że byłem tam, gdzie teraz jesteś! Czytając Twoje słowa, widzę ławkę pod domem, drugą na Kuflu, widzę łagodne trawiaste siodło od strony Blizbora, którym szłaś.
Ależ Ci fajnie! Za tydzień ja też zobaczę swoje góry.

Anna Kruczkowska pisze...

Tak, Krzysztofie, mam super i postanowiłam wykorzystać ten czas maksymalnie.