niedziela, 27 grudnia 2015

Nad Stawy Rębiszowskie

Gdy przed siódmą otworzyłam oczy, spojrzałam w okno wychodzące na wschód. Przez głowę przeleciała mi myśl: „zaczyna się”.  Jeszcze przez moment odganiałam resztki snu, by po chwili wstać, podłożyć drwa do pieca, szybko się ubrać, złapać aparat  i wyjść w ów rozpoczynający się dzień. Nad domem wisiał jeszcze bledniejący księżyc, zaś między drzewami Księżego Lasu na zboczu Stożka rozgrywał się bajeczny spektakl. Ilekroć zimą chcę obejrzeć wschód słońca, wychodzę na przeciwległy stok, który skutecznie zasłania najpiękniejsze widoki. Gdybym chciała poczekać, aż słońce pojawi się nad Księżym Lasem, przegapiłabym najistotniejsze momenty.



Stanęłam twarzą w stronę wschodu, gdzie na tle wielobarwnego nieba króluje Tłoczyna. Niebo właśnie rozpaliło się czerwono-pomarańczowym blaskiem, nad majestatyczna górą zawisły filetowe chmury, tworząc apokaliptyczną wizję.
Przez chwilę stałam zapatrzona w owo Boże dzieło, po czym wróciłam do domu na śniadanie.
W planach miałam pojechać rowerem gdzie oczy poniosą. Nie miałam wizji drogi, chciałam tylko wykorzystać słoneczna ciepłą aurę. Wytargałam swój rower do zadań specjalnych i zjechałam z górki. Pojechałam na Pogórze, bo na góry nie mam póki co kondycji. Początkowo chciałam zrobić swoje tradycyjne kółko, ale przypomniałam sobie, że nie muszę się trzymać asfaltowych dróg, bo mój rower pokona wszelkie ścieżki i bezdroża. Skręciłam więc nad Stawy Rębiszowskie. Bardzo lubię te porośnięte trzcinami miejsca, choć przejechanie rowerem groblami zazwyczaj jest dosyć trudne.
Zazwyczaj, ale nie teraz, gdy po bardzo suchym lecie poziom wód jest niesamowicie niski. Początkowo jechałam wzdłuż ledwo płynącej Mrożynki (tej samej, która w czasie ulewy potrafi odciąć część rębiszowskich domostw od świata), potem znalazłam się na grobli między stawami. Zgodnie z przypuszczeniem nie miałam problemów z pokonaniem niewielkich kałuż. Pierwotnie miałam jechać zielonym szlakiem rowerowym, który dochodzi do Proszówki u podnóża zamku Gryf. Skusiła mnie jednak polna droga w prawo.

 Po chwili znalazłam się na kolejnej grobli między stawami. Ten z lewej okupowany był przez łabędzią rodzinę, ten z prawej, całkowicie zarośnięty trzciną powoli przestawał przypominać staw. Było za to widać resztki dawnym betonowych konstrukcji wskazujących, jak przemyślnie kiedyś te stawy funkcjonowały. Jeszcze w kilku miejscach trafiłam na ruiny dawnych tam, przepustów, a nawet na most prowadzący donikąd. Przejechałam przez mostek, gdyż zaintrygowały mnie dziwnie ścięte drzewa.

Zatrzymałam się i stwierdziłam, że drzewa zostały ścięte zębami bobrów. Jakoż po chwili zauważyłam i ich budowlę. Spore żeremia wystawały ponad jedną z grobli. Nie wiem, czy były zamieszkałe, gdyż żadnego bobra niestety nie udało mi się spotkać. Nie spotkałam (na szczęście) także innych mieszkańców tych terenów. Mieszkańców, którzy skutecznie utrudnili mi dalsze przemieszczanie- droga była całkiem zryta przez dziki. Trzeba było przepchać rower do kolejnej ścieżki, którą dotarłam do drogi.


Zamiast jednak jechać przez wieś, skręciłam w kolejny asfaltowy dukt, który jednak szybko zamienił się w polną drogę. To tu znalazłam następny mostek, tym razem kamienny nad potokiem Raczyna. Kolejnym bezdrożem dojechałam do głównej drogi i teraz już przejechałam wieś, zatrzymując się na moment w kościele pod wezwaniem św. Barbary, by obejrzeć barokowy ołtarz. Zaczynała się msza św, więc wyszłam, by nie przeszkadzać wiernym w modlitwie.
Na zakończenie odwiedziłam jeszcze Inkwi i jej zwierzyniec, podpatrywałam, jak doi się kozy. Pogadałyśmy chwilę przy herbacie i spokojnie wróciłam do Domku pod Orzechem, gdzie zgłodniali panowie czekali, byśmy wspólnie zjedli obiad.

6 komentarzy:

Krzysztof Gdula pisze...

Dzień dobry, Anno.
Włóczysz się rowerem całkiem tak, jak ja piechotą. Cieszę się na myśl o Twoich radościach.

Olimpia Werol pisze...

Wczesno poranne fotki zapierają dech w piersi, cudo
Pozdrawiam :)

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Święta w Domku pod Orzechem, wyprawy na pobliskie górki, potem rower, wschody i zachody słońca ... jakże chciałabym spędzić święta wg takiego schematu:-) musimy być w domu, mamy jeszcze jednego rodzica, trzeba pobyć z naszą nestorką rodu, co też ma swoje uroki; pozdrawiam, Aniu, dobrego w Nowym Roku.

Anna Kruczkowska pisze...

My wyjechaliśmy w II dzień świąt, więc wigilię i pierwszy dzień świąteczny spędziliśmy z tymi,których nie da się zabrać w góry.

Anna Kruczkowska pisze...

W realu było jeszcze cudowniej!

Anna Kruczkowska pisze...

Wiesz, w pewnej chwili też o tym pomyślałam ;)