poniedziałek, 14 grudnia 2015

Obrazy Zygfryda Barza w trzebiatowskiej Galerii Feininger

Zaproszenie na wernisaż dotarło kilka dni przed otwarciem wystawy. Zachęcająco wyglądały zarówno obrazy jak i życiorys twórcy oraz możliwość spotkania z artystą. Niestety, tego dnia mieliśmy w szkole zaplanowane szkolenie z neurodydaktyki, więc musiałyśmy zrezygnować z wizyty w galerii. Jednak już wtedy zaświtała mi myśl, że wystawa będzie idealnym pretekstem do klasowej wizyty w galerii. Zgodnie z ta myślą umówiłam się z moją klasą na wycieczkę. W poniedziałki mam z nimi dwie południowe godziny, więc termin idealny. 

Zygfryd Barz urodził się w okolicach Sławna w czasie II wojny światowej i po niej wraz z rodziną, jak większość ówczesnych mieszkańców Pomorza, opuścił swój rodzinny dom. Zamieszkał w Niemczech, lecz chyba tkwiła w nim tęsknota, gdyż wiele lat później wrócił w rodzinne strony, osiadł w Będzinku pod Koszalinem. Tu ma swoją pracownię, w której powstają niezwykle urokliwe dzieła. Te, pokazane na wystawie to pejzaże ukazujące piękno pomorskich krajobrazów- z jednej strony naturalnych, z drugiej miejskich. Malarza interesują przede wszystkim zabytki. Uwiecznia je w kilku technikach malarskich: akwareli, malarstwie olejnym i grafice. 
W tematykę wystawy wprowadziła nas pracownica Trzebiatowskiego Ośrodka Kultury, przedstawiając najistotniejsze fakty z życia malarza. Potem moi milusińscy obejrzeli pobieżnie wystawę, zapisali temat lekcji, omówiliśmy zasady pracy i kryteria sukcesu. Wreszcie nadszedł moment, na który czekałam ja i moi uczniowie: dobrali się w pary i grupki, zasiedli na podłodze przed wybranym przez siebie dziełem i opisali je. Muszę przyznać, że z przyjemnością obserwowałam dyskutujące ze sobą dzieci, słuchałam ich rozmów o barwach, technikach malarskich, czy budowie wypowiedzi. Niesamowicie brzmiały spory o ten, czy inny odcień, czy subiektywny odbiór konkretnego dzieła. Dzięki pracy w grupach uczyli się od siebie nawzajem, poznawali inne opinie. Nagle okazało się, że 60 minut to bardzo mało- uczniowie niechętnie i z ociąganiem kończyli pracę, nie dowierzali, że to już koniec, że za kilka minut idą do domów. 
Pewnie, że nie wszyscy byli aniołkami i niektóre sytuacje nadają się na anegdotę, ale nawet te niesforne stwierdziły, że lekcje w galerii są w porządku. 
P.S. Przypominamy, ze do końca naszego konkursu zostało już tylko kilka dni! Atlas Polski i inne prezenty czekają!

8 komentarzy:

Krzysztof Gdula pisze...

Aniu, jak zwracają się do Ciebie uczniowie?
Mnie też podobała się lekcja i chętnie zostałbym na te minuty Twoim uczniem :-)
Podobają mi się powroty dawnych mieszkańców naszych ziem zachodnich, albo osiedlanie się w Polsce obcokrajowców. To, że wybierają nasz kraj i z nim wiążą swoje losy.

Anna Kruczkowska pisze...

Uczniowie, w zależności od stopnia "zażyłości" i oficjalności wypowiedzi nazywają mnie panią dyrektor, panią Anią lub po prostu mówią: "proszę pani" ( zdarza się i bardzo niechlujne: "pani"- z akcentem na i, ale wtedy od razu poprawiam). Gdy do byłam z klasą wyjątkowo zżyta, np. będąc jej wychowawcą zdarzało się i ciociu, i mamo (zwłaszcza w klasie mojej córki)
Mnie też cieszy, gdy komuś podoba się nasz kraj i chciałabym, by nadal postrzegany był jako przyjazny i gościnny.

Krzysztof Gdula pisze...

Jesteś dyrektorką? I dopiero teraz o tym piszesz??
Oj, zrobiło to na mnie wrażenie, Anno, chociaż uczniem przestałem być tyle lat temu.

Anna Kruczkowska pisze...

Oj tam, oj tam ;) Tylko vice :)

Agnieszka Laviolettee pisze...

To wielki sukces sprawić, by uczniowie z ociąganiem kończyli lekcję, brawo! :)

Krzysztof Gdula pisze...

Uśmiechnąłem się czytając Twoją odpowiedź, bardzo mi się podoba. Próbowałem wyobrazić sobie Twoją minkę, Anno, gdy pisałaś. :-)

Anna Kruczkowska pisze...

Którą? Tę z początku, czy z końca wypowiedzi. Ponoć jestem mistrzynią w robieniu min ;)

Anna Kruczkowska pisze...

Dziękuję- każda lekcja, która zaciekawi uczniów staje się sukcesem.