poniedziałek, 21 grudnia 2015

Święto przed świętami

Rodzina w komplecie to obecnie prawdziwe święto, staramy się tak zorganizować czas, by najpełniej ten wspólny czas wykorzystać. Tym razem motywem przewodnim były świąteczne słodkości.
Sobotnie popołudnie spędziłyśmy zatem w kuchni przyrządzając najbardziej magiczną z świątecznych potraw.
W czasie jej przygotowania czujemy się jak rasowe czarownice, bo i przepis jest karkołomny. Ilość i różnorodność  składników może przyprawić o zawrót głowy. Mowa oczywiście o moczce. Przepis można znaleźć w wpisie z zeszłego roku. W tym roku zrezygnowałam z rosołu rybnego na rzecz większej ilości ciemnego piwa i wrzuciłam prawdziwy piernik do moczki (ten, który przywiozła mi bratowa w zeszłym roku)
Siedziałyśmy we trzy zaopatrzone w ostre noże i karafkę z czerwonym winem. Kolejne składniki lądowały w ogromnym garze, którego zawartość bulgotała, a intensywna woń korzeni roznosiła się po całym mieszkaniu. W pewnym momencie wszystkie stałyśmy już nad garem, sprawdzając wyrazistość smaku. 
Było prawie, prawie... jeszcze tylko łyżka miodu i już! Ideał. Słodko-kwaśna brązowa, gęsta maź o smaku pierników, owoców,  bakalii oraz podobnym zapachu była dokładnie tym, czego oczekiwałyśmy. Spokojnie dopiłyśmy wino, rozwiązując quizy w internecie i prowadząc typowo kobiece rozmowy. 
Wspólnie z Gui pochyliłyśmy się także nad mapą Green Velo i zaczęłyśmy planować letnią przygodę. 
Na niedzielę zaplanowane było lukrowanie pierników i w to zgodnie z dwudziestoletnią tradycją zaangażowana została cała rodzina. Do zadań Ślubnego nieodmiennie należy łupanie orzechów, reszta zajmuje się malowaniem i zdobieniem. 
Mnie fascynuje fakt, że mimo upływu lat, dzieci w ten jeden dzień wyglądają, jakby zatrzymał się czas. Śmieją się z tych samych anegdotek, przypominanych co roku, prawie wyszarpują sobie kolorowe lukry, podjadają bakalie. Uskuteczniają nawet chóralne śpiewy dziecięcych piosenek: ".... szła nocą bajka przez pola i wsie, przez zielony las..." Czas mija niepostrzeżenie, za oknem ciemnieje, ale w naszej kuchni jest gwarnie, ciepło i radośnie. 
Szkoda, że to tylko dwa wspólne dni. Gui wróciła do Wrocławia, my jeszcze kilka dni do pracy. 
Ale niedługo Wigilia a potem kilka dni w ukochanych górach. 

3 komentarze:

Sol (Blog Włóczykijów) pisze...

Wow, a ja nigdy o takim daniu nie słyszałam! :)

Anna Kruczkowska pisze...

Bo, widzisz Sol, moczka jest najbardziej śląska potrawą, jaką znam i praktycznie poza Śląskiem nieznaną.

Marzena T pisze...

Ile słodkości :) I jaka rodzinka szczęśliwa :D