poniedziałek, 14 marca 2016

Otulona magią czarownic z Estcarpu

O "Świecie Czarownic" Andre Norton opowiedziała mi przyjaciółka wiele lat temu. Jej mąż był zafascynowany, każdą pojawiającą się część dosłownie łykał. Czemu wtedy nie łyknęłam "Świata" i ja? Nie wiem, podejrzewam, że mną władały wtedy inne czarownice: Sol, Villemo,Shirę oraz pozostałe silne kobiety z "Sagi o Ludziach Lodu". Potem przeżyłam czas fascynacji literaturą skandynawską, by przejść do polskiej prozy kobiecej, która właśnie rozkwitała niesamowicie. A "Świat Czarownic" czekał... aż się doczekał.

Pamiętam, gdy sięgnęłam po pierwszy tom cyklu czyli "Świat Czarownic" i zostałam wchłonięta do niezwykłego świata razem z głównym bohaterem. A potem już nie mogłam się oderwać. Nie, nie przeczytałam wszystkich powieści i opowiadań jednym ciągiem. Obawiałam się przesytu, tego, ze mnie znuży magia i fantastyka.
Co pewien czas wybieram sobie kilka kolejnych części i wracam do przygód mieszkańców Estcarpu, Alizonu, Karstenu, Escore, Krainy Dolin.
Za każdym razem zachwyca mnie sposób, w jaki Andre Norton zbudowała swoje światy alternatywne, równoległe. Stworzyła bramy, rasy. Nadała swoim bohaterom indywidualne rysy. Przemieszała ich, przenosząc w czasie i przestrzeni najróżniejsze postaci i pojęcia, uczucia.
I choć bohaterowie niejednokrotnie znacznie różnią się wyglądem od ludzi, żyją w zupełnie innym środowisku to towarzyszą im te same namiętności: miłość i nienawiść, altruizm i żądza władzy, dobro i zło, współczucie i okrucieństwo. A wszystko w wszechogarniających oparach magii i tajemnicy Starych Ras.
Oprócz porywającej, pełnej namiętności fabuły zaletą książek jest ich rozmiar- to niedługie powieści, które czyta się w podróży. Zajmują niewiele miejsca i w każdą podróż można wziąć kolejną książkę.
Najprzyjemniej czyta się je w długie zimowe gierczyńskie poranki, gdy w piecu trzaskają drwa, a za oknem powolutku budzi się różowy świt lub ciągną się niesamowite izerskie mgły.

9 komentarzy:

Dreptak Zenon pisze...

O tak! Świat Czarownic to bardzo wciągająca lektura! Z tym, że późniejsze tomy są pisane przez innych autorów, jedynie na kanwie pomysłów, lub jako współautorstwo. Zdecydowanie część z nich odbiega poziomem od tych wcześniejszych. Możliwe też że i tłumaczenia są gorsze, z mniejsza starannością o wartość literacką. Dość że niektóre są wręcz słabe. Przeczytałem chyba zdecydowaną większość. :)

hegemon pisze...

Świat Czarownic, to dla mnie tylko dwa pierwsze tomy, następnych nie byłem w stanie strawić. Ale do tych dwóch pierwszych wracam co jakiś czas. Są kompletnie zaczytane :-)

Anna Kruczkowska pisze...

Zgadzam się z Twoja opinią- najlepsze są tomy pisane przez Andre Norton. Trzeba jednak też zauważyć, że wydawnictwo Amber, a takie wydanie mam, nie przykładało się zbytnio do poprawności językowej i edytorskiej wydawanych wówczas książek.

Anna Kruczkowska pisze...

Są zdecydowanie najlepsze, ale na długie poranki mogą być i następne, byle byłaby magia ;)

Dreptak Zenon pisze...

O tak, chociażby wątek z Kryształowym Gryfem był ewidentnie sknocony przez słabe tłumaczenie i fatalną redakcję. A było tego więcej - na tyle dużo, że do pierwszych części wracałem, ale te dalsze omijałem.
Tak naprawdę to trzeba sobie uzmysłowić, że bardzo wiele zależy od tłumacza, ale też i od redakcji, korekty i projektu technicznego. U nas z oszczędności nastąpił bardzo duży spadek poziomu edytorskiego książek. W efekcie bierzemy do ręki w sumie atrakcyjna książkę, świetnego autora, a czytać się jej nie da - męka dla oczu i głowy! Większość obecnych fachowców nie ma pojęcia o składzie drukarskim i starych porządnych zasadach.
Kilka dni temu zmarł nasz znajomy projektant książek - odchodzą kolejni fachowcy, a nowych jest naprawdę niewielu.
Niedawno temu mieliśmy okazję współpracować z zupełnie nowym, młodziutkim redaktorem. Młody człowiek wywołał nieświadomie małą sensację w naszym światku - jest to niewątpliwy talent i mamy nadzieję na dalszą z nim współpracę - z takimi się po prostu dobrze pracuje. Jednak to jest wyjątkowo chlubny przypadek - na ogół jest to orka na ugorze i łupanie kamieni!

Anna Kruczkowska pisze...

To dbajcie o ten nowy talent, niech się szlifuje! Myślę, że tak jest wszędzie- wystarczy zajrzeć do mojej szkoły- jak już uda nam się znaleźć diament, to nie odpuszczamy (ach, jakby chciałoby się mieć więcej diamentów)
Wracając zaś do tłumaczeń- mam swoją ulubioną anegdotę o Pinokiu. Kiedyś, będąc młodą nauczycielką, przygotowałam krzyżówkę do wspomnianej wyżej lektury. A potem w czasie lekcji prawie doprowadziłam siebie i uczniów na skraj przepaści- bo jak nazywał się przyjaciel Pinokia? Knot? Kijaszek? Patyk? Patyczek?
W czyim brzuchu zamieszkał Tatuś Pinokia? Rekina? Wieloryba? Rybopsa?
Potem byłam już mądrzejsza i nie robiłam krzyżówek do Pinokia, a omawiając kolejne książki zagranicznych autorów, sprawdzałam tłumaczenia, by nie popaść w tarapaty na lekcji.

Krzysztof Gdula pisze...

Ależ Aniu! W długie (i późne) zimowe poranki otwiera się oko, patrzy na zegarek i z rozkoszą zamyka się je ponownie! Można też przekręcić się na drugi bok :-)
Znowu nęcisz mnie. Jak nie potrawą, to książką. Dwa razy z przyjemnością przeczytałem Wiedźmina Sapkowskiego, więc może i książki tej autorki podobałyby mi się?.. Lubię książki pisane przez kobiety.

Anna Kruczkowska pisze...

Pamiętaj, że ktoś musi w górach ognia pilnować ;) Skoro podobał Ci się "Wiedźmin" (mnie też) to i Czarownice zdobyłyby Twoje serce ;)

Krzysztof Gdula pisze...

Więc autorkę dopiszę do mojej listy w pliku pt. "Kupić".