niedziela, 29 maja 2016

I z mgły wyłaniali się kolarze... III Supermaraton Rewal Bike System

Piątkowe popołudnie zapowiadało się gorąco i to nie z powodu pogody, ale nowego sposobu losowania grup startowych. Próba choć słuszna miała swoje mankamenty i wielu przeciwników zwłaszcza wśród kobit, które org Marek postanowił wystartować razem. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie godzina startu. 5.20 sprawiała, że do zamknięcia trasy miałam 12 godzin i 40 minut, a ja z doświadczenia wiem, że potrzebuję 13 godzin. Podobnie było na dystansie mini, gdzie zamknięcie trasy o 15.00 sprawiało, że większość kobiet, a i kilku panów na "rowerach innych" nie była w stanie zmieścić się w limicie. Na szczęście org przyjął nasze postulaty i na odprawie technicznej wydłużył limity tak, że każdy miał szansę dojechać do mety na czas.
Gdy otwieram w sobotę oczy, na dworze jest jeszcze zupełnie ciemno. Start na dystansie 301 km przewidziano od piątej, a my musimy jeszcze dojechać do Rewala... Tym razem ten najdłuższy dystans wybraliśmy z Robertem, Chuda zdecydowała się na mini.

W Rewalu spotykamy znajomych, równie zaspanych jak my, ale pełnych optymizmu i woli zwycięstwa. Jedynym problemem zda się temperatura- jest zimno i mglisto. W efekcie zakładamy wszystko co mamy przygotowane i ruszamy.
Jadę z Sywią, dla której jest to nie tylko pierwszy tak długi dystans, ale i... pierwszy maraton. Początkowo umawiamy się na wspólna jazdę, Sylwia jednak szybko przekonuje się, że ja nie żartowałam mówiąc, że jeżdżę wolno. Dal niej moje tempo jest zdecydowanie za wolne i przed Gryficami się rozstajemy. Ona goni kolarza, który chwilę temu nam odjechał, ja jadę dalej swoim tempem. Mgła osiada na kurtce, okularach, skrapla się na kasku. Wilgotność powietrza nie ułatwia jazdy i chwilami zastanawiam się, czy powinnam jechać cały dystans. Póki co jednak nie wieje, więc nie jest źle. Za Gryficami nagle jak spod ziemi pojawiają się Romek z Markiem. Nie powinno ich być w tym miejscu! Przecież mijali mnie dawno temu! Okazuje się, że panowie zakręcili się w Gryficach i teraz gonią stracony czas. Może to niezbyt ładnie z mojej strony, ale bardzo mnie to cieszy, bo zahaczam się na koło i raźnie sunę za panami. Odjeżdżają mi dopiero na górce w Skrobotowie. Mgła to rzednie, to gęstnieje. Na szczęście powietrze ociepla się i na drugie okrążenie ruszam bez kurtki. Wiem, że na trasie za mną są Witek i Krzyś. Liczę, że powinni mnie na tym drugim okrążeniu dogonić.O dziwo jak się jednak nie dzieje. Jadę sama. Ma to swoje plusy- mam czas na delektowanie się zapachami - pejzaże znam przecież na pamięć- to moja trasa treningowa. Znam na niej każde drzewo, każdą lisią norę, każdą wyrwę w asfalcie...Pejzaże nie zmieniają się tak szybko jak zapachy. Te przecież są różne w zależności od pory roku i kierunku wiatru, wilgotności powietrza. Właśnie wilgoć sprawia, że niektóre wonie dominują nad innymi. Chłodny las pachnie intensywnie mokrą ziemią i igliwiem, z aromatem łąk i pól miesza się morska bryza z wonią jodu. leśnych parowach zakwitły właśnie konwalie i przytulie, nadal kwitnie lilak i kalina. Pojawiły się tez pierwsze baldachy czarnego bzu o duszącym zapachu, który tak lubię... Zauważam też drobne różowe kwiatuszki iglicy.
O 11.45 kończę drugie okrążenie, co mnie bardzo cieszy, bo daje nadzieję na dobry wynik. Mam chwilę na rozmowę z Chudą, bo oto nadjeżdżają Krzyś i Witek. Czekam na panów, by na kolejne okrążenie ruszyć w ich towarzystwie. Niestety Witek zostaje w tyle. Zza chmur wychyla słoneczko i ociepla powietrze. Kolejne trzy godziny mijają niesamowicie szybko i... znów jesteśmy w Rewalu. Tu okazuje się, że znad Bałtyku nadciągnęła kolejna fala zimnej, szarek mgły... Przed 15.00 ruszamy na ostatnie okrążenie, wyjeżdżając z Rewala widzę jeszcze finiszującą Chudą, jest zadowolona- czas ma dużo lepszy niż oczekiwała i... miejsce na podium. Robert też jest już po maratonie. Tylko przede mną i Krzysiem jeszcze jedno okrążenie. Oboje odczuwamy już zmęczenie, ale wiemy, ze spokojnie dojedziemy na czas. Chwilę zatrzymujemy się na punkcie żywnościowym, gdzie rządzi Ula. Dowiadujemy się, co działo się na trasie (ktoś wjechał w tył autobusu i połamał rower, ale człowiek cały!, a nasza koleżanka Natalia zasłabła) Od punktu rwiemy ile sił, to tylko 20 km do mety! Gdyby mnie ktoś zapytał, co widziałam wtedy na trasie, musiałabym się przyznać, ze podobnie jak większość moich kolegów kolarzy- nic. Byłam tak skupiona na utrzymywaniu minimalnego dystansu do opony roweru przede mną, że nic więcej nie widziałam. Dopiero przed samym Rewalem uświadomiłam sobie, jak napięte mam mięśnie rąk, sztywno trzymające kierownicę. Wysiłek się jednak opłacał, bo metę przejechałam w czasie o 10 minut lepiej niż rok temu. Na metę wjeżdżamy z Krzysiem równocześnie.
Przed uroczystym zakończeniem maratonu zdążyłam zjeść przepyszny gęsty i pożywny żurek oraz umyć się i przebrać. Mam też czas na pogaduchy ze znajomymi, wrażenia z trasy.Odbieram medal i dyplom. Org przygotował atrakcyjne nagrody, niestety tym razem w losowaniu nie mamy szczęścia.
Gry wyjeżdżamy, na północnym zachodzie czerwienieje lekko zamglona ogromna słoneczna kula. Trochę żałujemy, ze nie zdecydowaliśmy się na kolację w Rewalu z widokiem na zachodzące słońce, jednak chęć odpoczynku jest silniejsza od doznań estetycznych. Słońce połyskuje w wstecznym lusterku, a my wracamy do domu. Kolejny maraton pozostaje wspomnieniem.

2 komentarze:

Krzysztof Gdula pisze...

Trzysta kilometrów, Matko Boska!
Krzysio jest Krzysiem z maratonu w górach? Ładnie o nim piszesz..

Anna Kruczkowska pisze...

Tak, to cały czas ten sam Krzyś. Jeździmy podobnym tempem i wspieramy się na trasie.