poniedziałek, 23 maja 2016

VII Klasyk Radkowski

Zeszły sezon maratonowy miałam już z założenia bardzo mocny - wraz z mamą zaplanowałyśmy przejechać wszystkie maratony cyklu Supermaratonów i zrobić najdłuższe z proponowanych przez organizatorów dystansów. Dotarłyśmy wszędzie, nie zawsze przejechałyśmy maksymalny dystans, ale i tak według oficjalnych danych przejechałam w zeszłym roku w czasie maratonów ponad 2200 km i spędziłam na rowerowym siodle ponad 100 godzin. To dużo. Udowodniłam sobie, że mogę, ale byłam zmęczona. 



Dlatego też w tym roku spuściłam z tonu. Odpuściliśmy pierwsze trzy imprezy i sezon rozpoczęliśmy dopiero w Radkowie. Mama i Robert zaplanowali dystans GIGA, ja uznałam, że w tym roku się nie męczę i wystartowałam w MINI. Na jednokrotne pokonanie Pętli Stołowogórskiej dałam sobie asekuracyjnie 4 godziny. To wprawdzie tylko 65 km, ale po górach, a ja w tym roku przejechane miałam wcześniej dwa razy po 20 km i dwie wycieczki z dziećmi - trochę mało w kwestii treningu. 

Sama jazda, poza początkowymi problemami (licznik, katar, problemy z zatkanymi od ciśnienia uszami), była przyjemna. Podjazdy przyszły mi zaskakująco łatwo i bez skrajnego wysiłku (uwielbiam pod tym względem mój wielki ciężki rower), ale wszystko co zyskałam pnąc się pod górę traciłam na zjazdach - zjeżdżam powoli i zachowawczo - raz, że trochę boję się rozpędzać na krętych drogach; dwa, że ważę niewiele i nie ma mnie co "ciągnąć" w dół. Mama i Robert też teoretycznie zjeżdżali dość wolno - oboje mieli maksymalną prędkość ok 60 km. Ja 48... Niemniej w założonym czasie dotarłam. 3:45 po starcie byłam na mecie. Droga, jak to w Radkowie - miejscami wzbogacała jazdę o nieznane nigdzie indziej doznania - takich dziur (obmalowanych starannie na różowo) nie mają nigdzie indziej. 

Ale też wszystkie dziury na trasie rekompensuje mi atmosfera tej imprezy, a w czasie jazdy - bufetu. Gdy ktoś, jak ja, dojeżdża tam w momencie niewielkiego natężenia ruchu rowerowego może poczuć się naprawdę ważny. Bardzo ważny. Z jednej strony podają wodę, z drugiej owoce, z tyłu już ktoś pakuje mi do kieszeni batony na drogę, kto inny uzupełnia wodę w bidonie. W międzyczasie zawsze znajdą czas żeby zażartować, zdradzić, jak dawno pojechała mama, zapytać o samopoczucie - pod tym względem naprawdę niewiele maratonów może równać się z Klasykami.  
Po powrocie na metę zjadłam obiad, wykąpałam się i zaczęło się czekanie...

Jadąc MINI obserwuje się zupełnie inne rzeczy - wjazdy na metę, powitania po powrocie, innych czekających. Po 15 odebrałam swój puchar i dyplom - byłam "bezkonkurencyjna", jedyna w kategorii K2i na całym maratonie. A później wróciłam do czekania... 
Zrobiłam przy okazji zdjęcia kilkorgu wjeżdżających na metę maratończykom. Przed 16 na metę wjechał mój mąż. Zagoniłam go do kąpania, a sama przeprowadziłam mały wywiad na temat Radkowa, niedługo potem ruszyliśmy zwiedzać - wiedziałam, że mamie jeszcze sporo czasu zejdzie, więc mogliśmy obejrzeć miejscowość. Dotychczas myślałam, że Radków, to niewielka górska wioseczka. Jakież było więc moje zdziwienie, gdy okazało się, że jest to miasteczko z całkiem ładnym ryneczkiem, ratuszem i dwoma kościołami! Znaleźliśmy bardzo przyjemną restaurację i zamówiliśmy obiad - czeskie knedliki z gulaszem, a do tego ciemne czeskie piwo z pobliskiego browaru - Radków graniczy bowiem z Czechami. Obiad był bardzo smaczny, zrekompensował więc mojemu lubemu konieczność przejścia tego kawałka drogi. Pospacerowaliśmy jeszcze trochę wąskimi uliczkami miasteczka i wróciliśmy na teren bazy maratonu.


Każde z nas oddało się własnym czynnościom - Robert poszedł zjeść drugi obiad i porozmawiać ze znajomymi, ja czekałam na mamę. Sfotografowałam zwycięzców dekorowanych na dystansie MEGA i GIGA, a mamy nadal nie było. Po dekoracji znów wróciłam dyżurować na swój krawężnik. W końcu, po ponad 11 godzinach jazdy wjechała i mama. 


W czasie czekania na moich gigantów przeprowadziłam wiele dłuższych i krótszych rozmów - o planach, trasach, startach, założeniach. Moich i cudzych. Wysłuchałam paru osób, z innymi pożartowałam, jeszcze innym po prostu się przyglądałam. Robiłam zdjęcia, grzałam się w słońcu, zwiedziłam Radków. Podoba mi się maraton widziany z takiej perspektywy - bez pośpiechu, z czasem na wszystko - na każdą rozmowę, każde zdjęcie, każde spotkanie. Tak będę oglądała tegoroczne maratony, na które się wybiorę. 
Nasze zdjęcia

2 komentarze:

Krzysztof Gdula pisze...

Gratuluję udanej inauguracji sezonu.
Ania jechała ponad 11 godzin!? Jak się czuła? Co mówiła? Jaki był dystans?
Raz jeden byłem w Radkowie, pamiętam wspomniany przez Ciebie ładny ryneczek.

Anna Kruczkowska pisze...

Zajrzyj w następny post :)