wtorek, 3 maja 2016

Wokół Wolińskiego Parku Narodowego

Po dwóch dniach słowiańskich nadszedł czas na dzień rowerowy. Pogoda aż prosiła, by wykorzystać ją na długą wycieczkę. Miałam dylemat, gdzie pojechać i co zobaczyć, w końcu zdecydowałam się na Wolin.

Wyruszyłam z domu kilka minut po ósmej, gdy słońce zaczynało ogrzewać zimne jeszcze powietrze. Wiatr powiewał lekko w plecy, więc nim się obejrzałam dojechałam do Kamienia Pomorskiego, skąd ruchliwą drogą 107 dotarłam do Parłówka. Jadąc, zastanawiałam się, co ci wszyscy ludzie robią w długi weekend w samochodach. Powinni siedzieć na plaży albo grillować w ogródkach, a nie pędzić w te i we wte. Wyglądało to tak, jakby dopiero teraz zaczynała się majówka i wszyscy postanowili jechać nad morze. W Parłówku zrobiłam sobie krótki postój na leśnej drodze, wiedząc, że następne kilkadziesiąt kilometrów pojadę krajową trójka i o żadnym zatrzymywaniu się nie może być mowy. Las pachniał młodymi liśćmi, z ziemi wychodziły pióropusze paproci (zawinięte jeszcze w ślimacznice) Co mnie zaskoczyło? Zapach czeremchy, niepokojąco słodki, uwodzący zmysły, pola rzepaku- już żółte, ale jeszcze nie odurzające wonią, wszechobecna zieleń we wszystkich odcieniach.
Zatrzymałam się dopiero na moście w Wolinie, by spojrzeć na panoramę miasta i na rzekę. W wodzie roiło się od ryb. Na tafli wody bujała się średniowieczna łódź- mieszkańcy osady słowiańskiej przypłynęli do Wolina na zakupy (zabawnie wyglądali ładując do średniowiecznej łodzi w średniowiecznych strojach  plastikowe butelki z wodą mineralną).
Przejazd trójką nie należy do najprzyjemniejszych, jednak jeśli weźmie się pod uwagę fakt, że jest to jedyna droga po tej stronie wyspy, to trzeba się przemęczyć. Trójką pędzą samochody do i z Świnoujścia, wszak to najważniejsza trasa łącząca miasto z resztą kraju, bo przecież nie świata- oknem na świat jest świnoujski port. Może należałoby więc zmienić perspektywę i napisać, że trójka łączy kraj ze Świnoujściem i światem.
Mnie ruch na trójce nie przeszkadza, wszak przejeżdżam nią wielokrotnie w czasie maratonów Teraz, jadąc przypominałam sobie, że nasz pierwszy poważny maraton miał miejsce właśnie w maju w Świnoujściu. wróciły tamte emocje- lęk, czy damy radę, podekscytowanie przygodą, zdziwienie, że zostałyśmy tak serdecznie przyjęte, wielu emocji tamtego czasu do dziś nie potrafię opisać. Ponieważ nie jechałam maratonu, miałam czas, by zatrzymać się przed Sułominem, gdzie przez moment przed oczami podróżnych rozciąga się niewiarygodna panorama Zalewu Szczecińskiego. Miałam czas, by zachwycić się drzewami wolińskiego Parku Narodowego a na skarpach poszukać wzrokiem konwalii Pamiętałam, że któregoś roku ich widok nie zaskoczył. Niestety, jeszcze nie kwitły.
Przy zjeździe na Międzyzdroje okazało się, że trójka nie tylko łączy Polskę ze Świnoujściem, ale także morzem. Aż do miasta jechałam przy sporym ruchu samochodowym. W samych Międzyzdrojach się nie zatrzymywałam, bo choć miasto ma swój urok, a nawet niektórzy twierdzą, ze ma klimat, to dla mnie jest zbyt tłoczne i niejednorodne. Połączenie alei gwiazd, muzeum figur woskowych i muzeum Wolińskiego Parku Narodowego jest dla mnie totalnym nieporozumieniem.
Mój osąd potwierdza sznur aut, który kończy się nagle przy ostatniej "atrakcji" czyli parkingu przy wydmie Gosań. Majówkowiczom ciężko przejść te kilka kilometrów lasem, muszą do każdego miejsca dojechać samochodem, gdyby się dało, zaparkowaliby na szczycie wydmy albo przy płocie z żubrami i podziwiali przyrodę nie wychodząc z samochodu. Brrr...
Zatrzymują się dopiero, gdy ruch ustaje. Znajduje cudnie słoneczne miejsce, osłonięte od wiatru. Zapadam się w butwiejące, suche bukowe liście, odpoczywam w cieple południowego słońca. Mam wrażenie, że jechałam właśnie dla tej jednej ulotnej chwili... Pokonałam połowę trasy. Teraz pojadę wzdłuż Bałtyku, zbliżając się do brzegu i oddalając na zmianę.
Mijam Wisełkę. Gdybym miała wybrać miejsce na urlop niedaleko swojego domu, to chyba Wisełka byłaby numerem jeden. Położona na zboczu wysokiej wydmy sprawia wrażenie miejscowości górskiej (może i stąd jej nazwa, nawiązująca do popularnej Wisły w Beskidzie Śląskim?) Na dnie doliny znajdują się dwa malownicze jeziora. Miejscowość odsunięta jest od morza, wręcz oddzielona wydmami i klifem, co pozwoliło jej uniknąć losu osad nadmorskich, zamienionych w kiczowate targowisko próżności. Tu odpoczywają ci, którzy cenią sobie spokój długie spacery i przyrodę.
Dalej jest Międzywodzie i Dziwnów. Ku mojej radości nie most jest czynny ( nigdy nie pamiętam, w jakich godzinach most jest zwodzony) W Dziwnowie postanawiam poszukać smaku dzieciństwa. Z mglistych wspomnień trzylatki wyłaniają się kutry i niezapomniany smak wędzonego węgorza. Niestety, po tamtym porcie nie zostało nawet wspomnienie- nowy, bardzo nowoczesny wygląda fascynująco, ale nie ma w nim miejsca na wędzarnie. W sercu miejscowości widzę jakieś smażalnie i jadłodajnie, ale żadna nie jest tym, czego szukam. Wreszcie przypominam sobie, że nad rzeką jest przecież marina i położone przy niej jadłodajnie. Zjeżdżam na brzeg rzeki. Przy zacumowanym na nabrzeżu stateczku zaczynam wyczuwać woń owocowego dymu.
Zapach prowadzi mnie do... szafy wędzarniczej, przy której stoi młoda dziewczyna. Za jedyne 4 złote dostaję złocistego uwędzonego na ciepło śledzia z kromką chleba. Czegóż chcieć więcej?
Następne kilometry prowadza już standardową trasą nadmorską. Wieje silny wiatr w twarz a ja mam na liczniku znacznie ponad 100 km. Nie wjeżdżam do Pobierowa, choć miałam taki plan, gdybym nie zjadła ryby w Dziwnowie. Potem Trzęsacz- na deptaku i ścieżce na klifie mnóstwo ludzi, Rewal Niechorze i... prawie jestem w domu.
Licznik zatrzymuje się na 145 km. To był udany "wypad za miasto".

10 komentarzy:

Krys Tek pisze...

Takie "wypady za miasto" to jest to co tygryski lubią najbardziej ;) Pozdrawiam

Alicja P. pisze...

Ah jak przepięknie! Już kilka lat nie byłam w tych rejonach :(

Kamil Biskupski pisze...

Przez 3 lata pod rząd (2012-2014) wakacje spędziłem w Międzywodziu, a przy okazji zwiedziłem też wyspę wzdłuż i wszerz (pieszo + busy). Co do Wisełki racja - na szczęście nie została zamieniona w targowisko-plażowisko. Wolin też jest super :)

Anna Kruczkowska pisze...

Prawda? To jest właśnie to, co lubimy!

Anna Kruczkowska pisze...

To czas wrócić na wyspę Wolin. Warto.

Anna Kruczkowska pisze...

Ilekroć jestem na Wolinie, marzy mi się kilka spokojnych dni na trekingu tak, by zwiedzić całą wyspę dokładnie.

Krzysztof Gdula pisze...

Z ciekawością poznawałem tamten nieznany mi kawałek Polski. Te jeziorka, lasy i brzeg morza, kuszą.
Fakt: wędzony śledź jest super. Ma co prawda trochę ości, ale mięsko jest bardzo smakowite.

Anna Kruczkowska pisze...

Pobrzeże Bałtyku na Wolinie zupełnie nie przypomina tego, który znasz z Ustronia Morskiego. Wysoki klif i równie wysokie wydmy porośnięte starym lasem przypominają utęsknione góry.

Krzysztof Gdula pisze...

Wysokie wydmy? Anno, na pewno podobało mi się tam. Może uda mi się przy jakiejś okazji pojechać tam. Dzień wolnego w wakacje spędzone w Ustroniu jest możliwy, jeśli jeszcze miałbym środek lokomocji… Bo rower jest dobry, ale na odległość kilka kilometrów :-)

Anna Kruczkowska pisze...

Wiesz, wszystko jest do zrobienia. Do wakacji coś zaplanujemy!