niedziela, 5 czerwca 2016

Niedziela w stajni "Pestka"

Gdy kilka tygodni temu właścicielka stajni "Pestka" w Mrzeżynie zaproponowała nam miejsce na słowiański obóz w czasie zawodów jeździeckich, nie zastanawiałyśmy się długo nad decyzją i na niedzielny poranek umówiłyśmy się z naszymi wolontariuszami.
Trochę było zamieszania z przygotowaniami, bo Chuda początek weekendu spędzała w Lublinie, więc spora część przygotowań spadła na mnie. Na szczęście już sam wyjazd był wspólny.
O 8.30 umówiłyśmy się z dziećmi pod Basztą. Nieco zrzedły nam miny, gdy okazało się, że czekają na nas tylko trzy dziewczynki! Chwilę później okazało się jednak, że pozostałe trzy też zaraz będą. Zapakowałyśmy nasz majdan do dwóch samochodów i pojechałyśmy do Mrzeżyna.
Zapowiadał się piękny, słoneczny dzień... I taki był.
Na terenie stajni kolejni jeźdźcy pokonywali parkur, a my rozkładałyśmy obozowisko i nasz kolorowy kram.



Tym razem karmiłyśmy dwoma smakami podpłomyków- z kwiatami oraz z ogóreczkiem i koprem. Do tego przygotowałyśmy trzy rodzaje naparów ziołowych. Hitem okazała się herbatka z czarnego bzu z miodem. Częstowałyśmy też suszonymi jabłkami.
Na stoisku rękodzielniczym największym powodzeniem cieszyły się drobiazgi o tematyce konnej, co chyba nikogo nie dziwi.
Przyjemnie patrzyło się na te nasze dziewczyny uwijające się w nimi obejściu. Marysia zajęła się tkaniem krajki (i ją skończyła!) , Klaudia trochę piekła podpłomyki, trochę tkała, Alicja zajęła się kramem, Werka z Oliwka odpowiadały za podpłomyki. Co jakiś czas dziewczęta zmieniały się rolami, tak, by każda miała chwilę dla siebie.
Pewnie, że nie wszystko było idealnie, ale z pokazu na pokaz wygląda to lepiej. Nieco zabawy było z nasza wiatą, która poczuła wiatr od morza - koniecznie chciała zamienić się w samotny biały żagiel i odpłynąć w siną dal. Dopiero ustawienie na niej wszystkich ciężkich przedmiotów nieco poskromiło nasz niesforny namiot.
Dzień spędziłyśmy bardzo przyjemnie, odwiedziło nas sporo osób, z wieloma porozmawiałyśmy. Niektórzy po wielokroć przychodzili po kolejne podpłomyki i herbatkę.
Nasze wolontariuszki też dobrze się bawiły, choć pod koniec pokazu było już widać, że są zmęczone, bo też czasu na odpoczynek nie było za dużo!

3 komentarze:

Krzysztof Gdula pisze...

Cześć, Aniu. Chuda była w Lublinie? To nie pomyłka? Jeśli nie, to była moim rodzinnym mieście.
Ile godzin spędziłyście na tych pokazach?
Czytam i czytam o podpłomykach i narasta we mnie chęć upieczenia ich i jedzenia, takich jeszcze ciepłych, z chrupiącą skórką, pachnących tak.. nie wiem jak. Naturalnie, bo przecież bez żadnych przypraw.

Anna Kruczkowska pisze...

Tak, dziewczyny były w Lublinie na koncercie i zakochał się w mieście, ale cicho, sza! O tym dopiero bedzie.

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Aniu, tyle się u Ciebie dzieje, a ja mam tak mało czasu ... czytam, a na pozostawienie choć śladu małego już go brak; wiedz, że jestem, zaglądam, podczytuję:-) podziwiam Was bardzo, tym bardziej, że sama raz brałam udział w takiej imprezie, byłam z koronkami na jarmarku w skansenie w Kolbuszowej, bardzo to męczące zajęcie, naprawdę; pozdrawiam serdecznie.