niedziela, 12 czerwca 2016

- Patrzę...krzaki na mnie jadą!.- 11. Choszczeński Maraton Rowerowy

Gdy zjechałyśmy z głównej drogi, naszym oczom ukazał się malowniczy pejzaż- zapowiedź tego, co będziemy oglądać kolejnego dnia w czasie maratonu.
Do Choszczna dojechałyśmy po południu. Na tyle wcześnie, by wreszcie mieć czas ma spacer po miasteczku. Zajrzałyśmy do gotyckiego kościoła, obejrzały barbakan i pozostałości murów obronnych. Na chwilę przysiadłyśmy, by zjeść pyszny naleśnik.
Potem rozlokowałyśmy się, jak co roku, na hali gimnastycznej. Zajęłyśmy swoje tradycyjne miejsce z ławeczką gimnastyczną zamiast stołu. Odebrałyśmy rewelacyjne pakiety startowe, w których oprócz numerów startowych, talonów na jedzonko i reklamówek były cytrynowe koszulki sportowe i pamiątkowe kubki.


Powoli zjeżdżali się znajomi i nadszedł czas rozmów. Choszczeńska "kawiarenka" w holu nie ma sobie równych. To tu snują się długie opowieści zarówno w piątek przed maratonem, jaki w sobotę po imprezie. Gdyby nie świadomość wczesnego wstawania i startu, chyba przesiedzielibyśmy cała noc..
Dzień wstał zaskakująco pogodny- choć prognozy zapowiadały raczej chłód z możliwością deszczu.
Taka pogoda od razu dobrze wpłynęła na nasze humory. O 8.00 wysłuchaliśmy odprawy technicznej, po której zebraliśmy się do startu- Robert i ja na dystansie giga (274 km) , Chuda- mini (87 km).
Na starcie zaliczyłam drobny falstart, gdyż... odpadło mi koło! Na szczęście szybko zostało przywrócone do porządku i mogłam ruszyć na trasę.
 Bez licznika, bez towarzystwa, miałam przed sobą tylko kilometry asfaltu, szerokie pejzaże i czas dla siebie. Jechałam wśród srebrzystozielonych zbóż, fioletowych facelii, żółtych, niebieskich i białych łubinów. Towarzyszył mi zapach słodkiej lipy i czarnego bzu, gdzieniegdzie przemieszany z nutą róży. Czasem wjeżdżałam w las, pachnący rozgrzanymi liśćmi i igliwiem. W pewnym momencie znalazłam się na trasie roju wielkich chrząszczy, które chyba chciały mnie zaadoptować. Sama przez chwilę poczułam się częścią tej chmary, miałam wrażenie, że sama jestem chrząszczem i lecę ponad asfaltem z groźnym buczeniem. Jeden z owadów nagle skręcił i... zderzył się z moim podbródkiem. Dla obojga było to bolesne doświadczenie.... Po chwili owady zmieniły trasę i znów zostałam sama.
W Bierzwniku wykręciłam prawie głowę, by spojrzeć na opactwo cysterskie (w efekcie prawie pomyliłam trasę, w ostatniej chwili zauważając strzałkę!)
W Strzelcach Krajeńskich okazało się, że... jadę pod prąd, bo akurat rozgrywane było Kryterium Uliczne "Ognia i czarów". Musiałam negocjować z policjantem, żeby mnie przepuścił, bo ja jadę zupełnie inny maraton!
Chwilę później zatrzymałam się, by popatrzeć na ścigające się juniorki.
Nim dojechałam do Barlinka, usłyszałam radosny okrzyk:
- dojechałem do ciebie!- to Krzyś entuzjastycznie informował mnie, że do końca maratonu mam już towarzystwo.
Mój entuzjazm był podobny, bo właśnie wjeżdżaliśmy w strefę "pod wiatr" i możliwość schowania się za Krzysiem niesamowicie mnie ucieszyła.
Dalej było góra, dół, góra, dól-jak to na Pojezierzu Drawskim. Na kolejnych bufetach pałaszowaliśmy banany i słodkie bułki, zamieniając z obsługą tychże po kilka słów. W samym Choszcznie trochę pokluczyliśmy, bo opaski na słupku akurat były zasłonięte.
Ciekawie zrobiło się w okolicach poligonu drawskiego, gdzie akurat trwają ćwiczenia "Anakonda 2016". Co chwila mijały nas najróżniejsze wozy wojskowe, często z innych krajów NATO. Żołnierze machali nam radośnie. Czasem wydawało nam się, że krzaki wyjechały na drogę, bo wozy były zamaskowane brzózkami i gałęziami sosny.
W pewnej chwili do naszych uszu dotarło nasilające się buczenie, które powoli zamieniało się w niesamowity hałas, a nad nasze głowy nadleciała eskadra śmigłowców.
Na monotonię nie mogliśmy narzekać.
Słońce powoli chyliło się ku zachodowi, gdy wreszcie ujrzeliśmy wieżę choszczeńskiego kościoła. Na metę wjechaliśmy punktualnie o 20.30. Prosto na zakończenie maratonu.
Na mecie oczywiście czekała na mnie Chuda i Robert. Oboje już wykąpani, zrelaksowani. Zdążyli nie tylko zjeść dwudaniowy obiad, ale także spędzić czas nad jeziorem na tradycyjnym grillu.
Wpadłam na halę, by już w czasie trwania ceremonii zakończenia zjeść obiad i pogadać ze znajomymi. Okazało się, że koleżanka z kategorii musiała zjechać z trasy, a mój ziomek ze Śląska miał wypadek.
Odebrałam medal, dyplom i puchar. Chuda także otrzymała puchar, bo ze swoją konkurentką wygrała o kilka sekund!
A potem, gdy na hali zrobiło się kameralnie, zasiedliśmy w "kawiarence", by do późna opowiadać maratonowe anegdoty.
Wielu z nas przyjeżdża do Choszczna właśnie z powodu niesamowitej atmosfery, która tworzy się na hali sportowej.


9 komentarzy:

consek pisze...

Kiedy do Ciebie nie zajrzę, to ciągle gdzieś się rozjeżdżasz ;)

Teresa pisze...

Atrakcji mnóstwo , łącznie z zakończeniem ,do Choszczna zawsze warto przyjechać:)

Anna Kruczkowska pisze...

Coś w tym jest :) "Kobieta podróżna" jak u Tokarczuk. Utożsamiam się z jej "Biegunami" :)

Anna Kruczkowska pisze...

Masz rację, Tereniu, atrakcji wszelkich było pod dostatkiem (łącznie z tymi emocjami pod koniec , hihihihi)

Krzysztof Gdula pisze...

Jadąc, czułaś zapach czarnego bzu? Węch masz niesamowity, Aniu.
Ciekawi mnie atmosfera waszych spotkań po jeździe. Wyobrażam sobie poczucie bliskości, wspólnoty zainteresowań, spotkania znajomych, no i oczywiście zrelaksowania po przyjechaniu na metę. Egzotyczne to dla mnie i ciekawe.

Anna Kruczkowska pisze...

Jeszcze Cię dziwi, Krzysztofie, że wychwytuję ledwo wyczuwalne nieraz zapachy?
Atmosfera spotkań maratonowych jest niesamowita. zarówno przed jak i po maratonie, zwłaszcza zaś wszędzie tam, gdzie nocujemy w większej grupie, np. na hali sportowej. Pamiętam, jak początkowo chłonęłam wszystkie opowieści, sama mając niewiele do powiedzenia. Teraz do tych niesamowitych opowieści o kilometrach drogi, o samotności albo jeździe w grupie, o zmęczeniu i przekraczaniu własnych ograniczeń opowiadam i ja. Czuję się częścią tej wielkiej rowerowej rodziny!

Krzysztof Gdula pisze...

Kilka dni temu króciutko byłem w Kaczawskich i wąchałem. Czułem dość wyraźny zapach traw nagrzanych słońcem, ale zapachu róż niemal nie czułem. Tak tylko troszeczkę. Dlatego zwracam uwagę na Twoją wrażliwość.
Ciekawi mnie cała otoczka maratonu, to poczucie bliskości ze znajomymi fanami roweru, ponieważ nie jestem i nie byłem członkiem grupy tego rodzaju. Najwyraźniej chciałbym, chociaż raczej nie rowerowej… Aniu, a są organizowane maratony na dystansie 20 kilometrów?

Anna Kruczkowska pisze...

A wiesz, że są :) Niektórzy organizatorzy przygotowują trasę rodzinną, która miewa od 12 do 45 km :)

Krzysztof Gdula pisze...

Ten pierwszy dystans byłby dobry... :-)