środa, 8 czerwca 2016

Sezonowe placuszki z kwiatów bzu

Łazimy z Chudą wśród wysokiej trawy, przedzieramy się przez chaszcze. Śmiejemy się, wyplątując się z gałązek przytuli czepnej i wierzby, Lubimy ten wspólny czas, odpoczynek po ciężkiej umysłowej pracy. Niby wyszłyśmy na spacer z psem, ale obie zaopatrzone jesteśmy w spore płócienne torby na zioła wszelakie. Na pobliskich łąkach tyle cudów kwitnie! Zbieramy dary późnej wiosny- płatki dzikiej róży, pierwsze chabry, pokrzywy, ale przede wszystkim koszyczki czarnego bzu. Mamy w planach przygotowanie "szampana" z kwiatów ( o tym, czy nam się udał, na pewno poinformujemy!)
Nagle Chuda proponuje:
- Zrób naleśniki z kwiatów bzu.
- Dzisiaj? Na kolację?
-Taaak.- proszącym głosem jęczy Chuda. Czyż można jej odmówić?
Po powrocie biorę się za smażenie placuszków z bzu.


Składniki:
dorodne koszyczki bzu w pełni kwitnienia (tyle, ile ma być placuszków)
2 jajka
2 szklanki mąki
szklanka mleka
szklanka wody
szczypta sody oczyszczonej
szczypta soli
Rama "smaż jak szef kuchni"
Przygotowanie:
kwiaty zostawiamy na pół godziny, aby robaczki sobie wyszły (nie płuczemy, co by pyłek został).
W misce szykujemy naleśnikowe dosyć gęste ciasto,  na patelni rozgrzewamy tłuszcz.
Każdy koszyczek moczymy w cieście, łapiąc za łodyżkę i układamy na patelni.

Gdy mamy już pełną patelnię, odcinamy ogonki przy samym cieście (są niesmaczne i włókniste) . Smażymy z obu stron na złocisty kolor (do smażenia użyłam Ramy "smaż jak szef kuchni", bo akurat jest świetna promocja, z której warto skorzystać!)
Podajemy z cukrem albo syropem (o ile się zdąży, bo znikają błyskawicznie- mnie się udało "złapać" dwa do zdjęcia i jeszcze krzyczeć musiałam, żeby mi je zostawili!)
P.S. Przypominam, że kwiatów bzu nie jemy na surowo!



4 komentarze:

Dreptak Zenon pisze...

Przybieram się do tego już kilka lat i jakoś nie zrobiłem. Może w tym roku jak jeszcze ze dwa tygodnie zaczekają? Kwiaty są jadalne, tylko to zielone nie, ze względu na sambunigrynę, reagującą z kwasem solnym w żoładku, na skutek czego powstaje cyjanowodór. Całe szczęście sambunigryna rozkładana jest przez wysoka temperaturę.
Z drugiej strony antacyjany (samo zdrowie!)w dojrzałych owocach pochodzą właśnie z przekształcenia tejże sambunigryny. :)

Anna Kruczkowska pisze...

Własnie tak! Nazwy szatańskie ;)

Krzysztof Gdula pisze...

Ojej, to musi być dobre!
Kiedyś jadłem różyczki kalafiora maczane w cieście, dobre były, ale były „na słono”, a Twoje danie jest słodkie, jak na kwiaty przystało.
Aniu, zaskoczyłaś mnie tym pomysłem, bo nawet nie słyszałem o takiej potrawie.
Słowa Zenona czynią wrażenie – jak i jego wiedza o tej groźnej chemii.

Dreptak Zenon pisze...

Takie naleśniki są absolutnie bezpieczne - byle przypiec to zielone :)