środa, 27 lipca 2016

Cisza na Górze

Pobyt w Izerach nieuchronnie dobiega końca. Owoce zebrane i zawekowane, zioła ususzone, sprzed domu znikają krzesła ogrodowe, to oznaka, że się pakujemy. Ja jednak idę w odwiedziny do Góry. Jest ciepło, wręcz parno. Za kilka godzin nad Izerami przejdzie nawałnica, na razie jednak upajam się cudowna pogodą. Wdycham gorące żywiczne powietrze. Jego leśny zapach nie ma sobie równych. To połączenie gorzkiego aromatu igliwia i esencjalnej, balsamicznej woni żywicy. Tak pachnie tylko las w upalny dzień. Na mojej ścieżce leży zwalone drzewo, wcześniej więc skręcam w górę do wysokiego lasu. Woła mnie także chęć znalezienia choć kilku grzybów na obiad. Jako niedługo napotykam na pierwszy podgrzybek, jest jednak cały podziurawiony.
Zostawiam go robaczkom z nadzieją, że za chwilę będzie kolejny. Nagle w pobliskim zagajniku słyszę jakiś szelest, a potem rumor- prawdopodobnie mój pies wypłoszył dziką zwierzynę.
Nim, klucząc miedzy drzewami znajdę się na moim kamieniu, znajduje dwa dorodne podgrzybki.
Potem staję na szczycie Góry. Wspinam się na palce i próbuje dojrzeć grzbiet Dłużca. Z zaskoczeniem stwierdzam, że... już nie ma szans, by go zobaczyć, bo zasłaniają go rosnące poniżej skały świerki i w tedy robi mi się ciepło koło serca, bo to oznacza, że być może doczekam dnia, gdy po wejściu na Blizbor ujrzę widok z dzieciństwa- na prawie płaskim szczycie, wśród wysokich strzelistych świerków sterczy nieduża wystająca z igliwia skała. Tak swoje pierwsze spotkanie z Górą zapamiętała kilkuletnia dziewczynka która odwiedziła Blizbor z babcią i tatusiem gdzieś na początku lat siedemdziesiątych. Wówczas nikt jeszcze nie podejrzewał, że za kilka lat Blizbor wyłysieje prawie całkowicie , podobnie jak reszta izerskich i karkonoskich szczytów.
Jest południe. Siedzę na ciepłych kamieniach. Wiatr nie porusza gałązkami, umilkły zmęczone upałem psy w pobliskiej wsi (mój już tez zrezygnował ze spaceru i uciekł do domu), nie słychać żadnych odgłosów cywilizacji. Tylko ptaki świergoczą i brzęczą owady. Idealny czas na bycie z sobą i Górą.
Schodzę wyciszona, z świadomością spotkania z niezwykłym Majestatem.
Każdy ma swoją Górę... Ta jest moja.
W drodze powrotnej zbieram młode maślaczki i podziwiam bogatą izerską florę i faunę i o ile kwiaty fotografuję spokojnie, o tyle owady uciekają nim zdążę wycelować w nie obiektywem (to przenośnia, bo mam tylko aparat w telefonie)
Nim rozpęta się burza zdążę zebrać dzikie maliny, kolejny raz denerwując mieszkającego w pobliskich ruinach koziołka sarny, który poszczekuje na mnie, próbując wypłoszyć intruza.
A potem... potem zaczyna mruczeć, dudnić, warczeć. Wychodzimy na łąkę popatrzeć jak na Pogórzu strzelają pioruny. Potem burza nadciąga nad Domek pod Orzechem. Ulewa przysłania świat, po dachu bębni grad, pioruny walą jak oszalałe. Typowa letnia nawałnica. Trwa godzinę i odchodzi, pozostawiając po sobie cudowną tęczę. Prezent na pożegnanie...

4 komentarze:

Inkwizycja pisze...

Izeria będzie tęsknić. Wracajcie szybko!

Anna Kruczkowska pisze...

Wrócimy najszybciej jak się da!

Krzysztof Gdula pisze...

Tak, każdy (miłośnik gór) ma swoją górę. Twoją niewątpliwie jest Blizbor. Ciekawy jestem Twojej drogi. Ja szedłem ścieżką, w którą zamieniła się droga od Domku, póki wznosiła się, a gdy zaczęła opadać, poszedłem w lewo, prosto pod górę. Na szczyt wyszedłem pod płaskimi kamieniami szczytowymi. Za nimi była niewielka polanka i mało wyraźna dróżka. Gdzieś tam były Twoje ślady…

Anna Kruczkowska pisze...

Tak, szedłeś po moich śladach...