piątek, 29 lipca 2016

Słoneczny Zieleniec- XIII Klasyk Kłodzki

Do Zieleńca, jak co roku, dojeżdżamy z Gierczyna. Tym razem jednak pilotem jest Chuda- Gui została w Gierczynie (po zeszłorocznej przygodzie z burzą straciła chęć jazdy w Górach Orlickich). W Kamiennej Górze tradycyjnie mylimy trasę. Potem już bez przeszkód pokonujemy góry i pagóry, delektując się widokami.
Noclegi zamówiłam w pensjonacie Snow House, gdyż w naszej ulubionej Chacie Zielenieckiej zabrakło miejsc. Pensjonat mieści się nad Chatą, więc dojazd do niego jest jeszcze trudniejszy, a zimą nie chciałabym go pokonywać. Cała reszta robi pozytywne wrażenie- przestronny pokój z aneksem kuchennym i łazienką spodobał nam się od razu, dodatkowym atutem był spory balkon, na którym spędziłyśmy sobotni wieczór. Trochę naszukałyśmy się naczyń, gdyż nie było ich w aneksie kuchennym. Okazało się, że właściciel bogate wyposażenie kuchni umieścił w... komodzie (Chuda zdziwiła się, gdy chciała coś do niej włożyć)
Po zaaklimatyzowaniu się w pokoju poszłyśmy odebrać pakiety startowe i przywitać ze znajomymi. Niestety, ludzi było jeszcze niewielu, tylko Orgowie "walczyli z pudłem medali, które wysypały się z auta. Zasiadłyśmy zatem w jednym z zielenieckich lokali i zamówiły makaron.

O 20.00 wysłuchałyśmy zwięzłej i konkretnej odprawy technicznej, z której dowiedziałyśmy się, że dziury w asfalcie jak były, tak są (do tego z roku na rok coraz większe), ciekawostką jest udział w maratonie  reprezentów Polski na tandemach!
Sobotni poranek wita nas słoneczkiem i przyjemna temperaturą- skoro nie marznę na starcie, znaczy, że jest ciepło. Trochę martwi mnie stan moich przerzutek, bo nie wszystko udało się Ślubnemu wyregulować. Przez chwile rozmawiam z koleżankami gigantkami- na trasę giga w tym roku zdecydowały się tylko trzy kobiety (Irenka, Kamila i ja), stoimy więc i się śmiejemy z samych siebie. Kilka minut po ósmej, żegnana przez Chudą, która jedzie trasę mini, ruszam na trasę. Pierwsze kilometry są z górki, więc grupa robi ziut.... i już ich nie ma. Nie szkodzi, przecież zazwyczaj jeżdżę samotnie i wcale mi to nie przeszkadza, zwłaszcza w górach.
W okolicach Lasówki dogania mnie grupa na rowerach innych, a ich tempo mi odpowiada, doczepiam się więc do panów i aż do Czech utrzymuję ich równe, dobre tempo. Niestety, gdy pojawia się pierwszy podjazd, okazuje się, że moje obawy o stan przerzutek były uzasadnione- łańcuch nie schodzi z największej przedniej tarczy. Nim udaje mi się odpowiednio ustawić przełożenia, grupa jest już daleko w przodzie. To nic. Mam czas, by skupić się na widokach, a nie pilnować opony przede mną. A jest co oglądać- ciemny, gęsty las porasta obie strony wijącej się pod górę drogi. Pachnie żywicą i igliwiem. W połowie podjazdu rozstawiony jest punkt pomiarowy, młody człowiek upewnia się, czy znów jadę giga, a jego mina mówi: "no to sobie posiedzimy... ". Potem zapach przechodzi w poziomkowy, gdy las się przejaśnia, a na jego obrzeżach pojawiają się poziomki i maliny. Owoców wszędzie jest pełno.
Nim się spostrzegam, dojeżdżam do mojej ulubionej miejscowości na trasie. To Ricky - wioseczka położona w głębokiej dolinie rzeczki o tej samej nazwie i na otaczających dolinę stokach. Niewielkie drewniane domki luźno rozrzucone wśród pól i łąk nieodmiennie mnie zachwycają. Mimo zjazdu zwalniam, by rozkoszować się tym niezwykłym widokiem, zwłaszcza, ze pogoda jest cudowna- bezchmurne niebo, jasno świecące słońce i przejrzyste powietrze sprawiają, że pejzaż jest sielankowy. Kilka kilometrów dalej na początku podjazdu słyszę radosny głos:
- Mam cię! - to oczywiście Krzyś wydaje z siebie okrzyk radości na mój widok. Podjeżdżamy jakiś czas wspólnie, potem znów problem z przerzutką i .... Krzyś mi odjeżdża! Na podjeździe! Tego jeszcze nie było. Czeka na mnie na punkcie żywieniowym, gdzie wcinam słodkie i soczyste arbuzy, przekomarzając się z klubowiczami z Kłodzka, ostawiającymi ten punkt. Znów jakiś czas jadę z Krzysiem, ale jego tempo dziś mi nie odpowiada. Zostaję w tyle, choć jeszcze długo widzę przed sobą jego zieloną koszulkę. Pod koniec podjazdu w Destnej jakaś dziewczyna woła, że podjazd zaraz się skończy i będzie można odpocząć. Odpowiadam, że to źle, bo zdecydowanie wolę podjazdy od zjazdów i doskonale wiem, że na zjazdach wcale nie odpoczywam- pracują tylko inne mięśnie. Nie twierdzę, ze nie porywa mnie ten szaleńczy zjazd z prędkością ponad 60 km/h. Uwielbiam go, zachłystuję sie pędem powietrza, czuję, jak graja mięśnie rąk i pleców. Jednocześnie jestem jednak maksymalnie skupiona na jeździe- tu najmniejszy błąd może kosztować życie moje oraz jadących za mną kolarzy. Bo przecież w szaleńczym pędzie wyprzedzają mnie panowie z dystansu mega, a pod koniec także i mini, o czym przekonuję się po wjeździe do Polski, gdzie większość kolarzy skręca do mety, a tylko nieliczni rozpoczynają pętlę w Polsce. Droga Śródsudecka wije się malowniczo to zbliżając się do Dzikiej Orlicy, to oddalając. Łąki kokietują wielobarwnymi kwiatami, upojnie pachnie macierzanka, która gęsto ściele się przy drodze. Czerwone poziomki i maliny zachęcają do zebrania (jakoż tu i ówdzie rowerowi turyści skuszeni słodyczą zrywają owoce). W Rudawie trochę zazdroszczę ludziom leżącym na trawie nad jeziorkiem, bo słoneczko przygrzewa coraz bardziej, a wiatru prawie nie ma. Na trasie widzę już tych, co wracają z pierwszej pętli oraz uczestników maratonu rodzinnego. Podziwiam dzieciaki, które na swych maleńkich rowerkach pokonują niełatwą przecież trasę. Ze zdumieniem stwierdzam, że w tym samym kierunku co ja podąża jeszcze parę osób, więc istnieje szansa, że nie będę ostatnia!
Przed Różanką jak zwykle czeka na mnie dziurawy asfalt. Jego stan chyba pogorszył się od zeszłego roku, do tego pojawił się niebezpieczny dla moich oponek szuter. Jadę zatem bardzo ostrożnie, w myślach licząc, ile mam czasu na pojedyncza pętlę. Nie jest źle. Powinnam zmieścić się w limicie (na odprawie trochę dworowano z mojego sposobu pokonywania trasy giga i tego, że mam się streszczać, by na zakończenie dojechać).
Wioska jak co roku zachwyca tysiącami kwitnących róż. Widać, ze mieszkańcy mają pomysł na swoją miejscowość, szkoda tylko, że dojazd do wsi jest taki kiepski.
Zapach róż pozostaje w tyle, bo oto przede mną podjazd na Gniewoszów. Szarpię się z przerzutkami, wreszcie wchodzą i mogę podjeżdżać. Powoli, równo pod górę. Na podjeździe udaje mi się dogonić kilku maratończyków, gdzieś w połowie spotykam koleżankę z córką- dziewczyny zmodyfikowały trasę rodzinną tak, by wdrapać się na Gniewoszów, podziwiam ich determinację. Za Gniewoszowem podjazd kończy się i mogę spokojnie wjechać na szczyt, z panoramą zapierającą dech w piersiach.
Na punkcie żywieniowym trwa piknik- spotkały się tam dwie grupy z rodzinnego (skąd one tam się wzięły?)- każda podjechała z innej strony i teraz dzieciaki licytują się, który podjazd trudniejszy. Dopytuję o karetkę, która mijała mnie na sygnale przed Różanka, jednak panowie nie mają informacji, by był to ktoś z maratonu.
Pochłaniam owoce, proszę o napełnienie bidonu i ruszam w dół. Szybki, przyjemny zjazd i... zgodnie z założonym planem zaczynam kolejne okrążenie. Mam wrażenie, ze jestem chomikiem kręcącym się w kołowrotku- wjazd, zjazd. Rejestruję kolejne punkty zaczepienia- przydrożny świątek, kapliczka z dwoma świątkami, wyręb lasu, Niemojów, szuter w Różance, budowlańcy na dachu ("gdzie pani tak jedzie? wyścig już się skończył"-"Nie skończył, bo ja jadę") Podjazd pod Gniewoszów, punkt żywieniowy. A na punkcie Org, który jak co roku umila mi chwile odpoczynku opowieścią o górach:
- O, popatrz, tam zeszła lawina, a tam przeszła trąba powietrzna, zobacz, zobacz....
Uwielbiam ten moment zapatrzenia na góry, na niekończącą się perspektywę wzniesień i dolin i widoków hen, hen...
Jeszcze tylko raz... Nadal jadę zgodnie z czasem i planowo pojawiam się po raz trzeci na punkcie kontrolnym. Wiem, że za mną na trasie są jeszcze ludzie, a przede mną Krzyś, który złapał gumę. Jednak na szaleńczym zjeździe nie mam szansy, bo go dogonić, więc nawet nie próbuję.
Wiem, że czeka mnie teraz mozolne 20 km, w tym 10 km podjazd od Mostowa do Zieleńca- ten sam, który 8 godzin temu był fantastycznym zjazdem. O dziwo, jedzie mi się nadzwyczaj łatwo. Nie spodziewałam się, że zachowałam takie pokłady sił, by bez problemu zmierzyć się z ostatnimi kilometrami. Na metę wjeżdżam po 8 godzinach i 55 minutach. Pokonałam 165 km i prawie 3000 w pionie. Na mecie czeka na mnie Chuda i przyjaciele. Uwielbiam ten moment, gdy osiągam cel! Marzę o prysznicu, ale... zamek w drzwiach pokoju się zaciął! A ja chcę wziąć prysznic, włożyć elegancką sukienkę w kwiatki i iść na dekorację! Skonfundowana właścicielka wręcza mi klucze do innego pokoju i ręcznik. Nie będzie sukienki, ale będę chociaż odświeżona.
Dalej już bez niespodzianek. Potrawka z ryżem jak zwykle przepyszna, kawa mocna, ciasto rewelacyjne. Uroczystość zakończenia punktualna, sprawna i radosna. Wszyscy zdążyli wjechać na metę (za mną było jeszcze 4 zawodników), obyło się bez większych wypadków (oprócz jednej połamanej... kierownicy!)
I tylko rozmowy za krótkie, za mało... Chciałoby się gadać, gadać, gadać , a to już koniec... ławki poskładane, parasole złożone, parking pustoszeje. Tylko na scenie obok słychać agresywna muzykę- bo obok bawią się motocykliści.
Żegnamy się wylewnie ze znajomymi i idziemy do pensjonatu. Zamek  drzwiach już działa. Siadamy na balkonie z kubkami czeskiego ciemnego piwa, paluszkami i kabanosami. Rozkoszujemy się przyjemnym wieczorem, rozległym widokiem na wieś z kamiennym kościołem.
Do zobaczenia za rok?
Mam taką nadzieję.
P.S. Chuda jak zwykle zrobiła mnóstwo zdjęć, które można obejrzeć w galerii. Są ze znakiem wodnym, bo nasze prośby o podpisywanie fotografa okazały się nieskuteczne. Jeśli ktoś chce zdjęcie w pełnym formacie i bez znaku wodnego, może się z nami skontaktować.


4 komentarze:

Anonimowy pisze...

Aniu, jak zwykle piękny tekst! Czytając widzę ponownie przed sobą całą trasę. W tym roku mieliście ładną pogodę - super! Andrzej

Anna Kruczkowska pisze...

Tak, pogoda była rewelacyjna! A w pisaniu o maratonie własnie o to chodzi, by móc coś przeżyć jeszcze raz :)

Krzysztof Gdula pisze...

Właśnie!: rozmów za mało. Gdy najlepszy nastrój, wszyscy pakują się,. Oj, chciałbym posmakować tych chwil za metą…
A Różanka przypomina mi ładną górę o tej nazwie w Górach Ołowianych, czyli w Kaczawskich.

Krzysztof Gdula pisze...

O!, bardzo trafne: pisząc, przeżywa się ponownie. Dodam od siebie, że i lepiej się pamięta.