czwartek, 1 września 2016

Blondynki w lunaparku

Uwielbiamy wspólnie spędzać czas, niestety, odkąd Gui wyprowadziła się do Wrocławia mamy mniej okazji do babskich spotkań. Gdy jednak udaje nam się znaleźć dla siebie czas, chcemy go spędzić jak najpełniej.
W sierpniu Gui spędzała kilka dni w Trzebiatowie, gdy szykowałyśmy się na wyprawę. Wtedy też postanowiłyśmy skorzystać z zaproszenia Krzysztofa i spędzić popołudnie w lunaparku w Ustroniu Morskim. Wybierałyśmy się jak sójki za morze, a na opłotkach Trzebiatowa okazało się, że zapomniałam reklamówki z "wałówką" dla Krzysia i trzeba było zawrócić.

Lubimy się bawić, zatem pomysł Krzysztofa, aby obdarować nas biletami był strzałem w dziesiątkę. Z bogatej oferty wesołego miasteczka wybrałyśmy rozrywki dosyć wyważone. Na pierwszy ogień poszła wielka karuzela gondolowa w kształcie koła. Ze szczytu karuzeli rozciąga się fantastyczny widok na Bałtyk i okolice Ustronia oraz przede wszystkim barwna panorama lunaparku z jego ostrymi, kiczowatymi kolorami. Podziwiałyśmy nie tylko widoki, ale... także budowę urządzenia, bo przecież Gui nie byłaby sobą, gdyby nie zafascynowały ją metalowe dźwigary tego potwora.
Kolejną atrakcją był salon krzywych luster. Prawdę mówiąc popłakałyśmy się ze śmiechu i w sumie byłyśmy zadowolone, gdy okazało się, że będziemy w nim same- przez moment w środku był jakiś tatuś z synkiem, jednak tatuś chyba pozbawiony był poczucia humoru albo dystansu do siebie, bo ze skwaszoną miną stwierdził: "wszystkie lustra są takie same".
No nie były, bo my chudłyśmy ( o ile to jeszcze możliwe) i grubłyśmy na zmianę. Wykrzywiały nam się różne części ciała, niektóre się dublowały lub rozszczepiały. Pełne endorfin mogłyśmy się zmierzyć z zamkiem strachów. Wagoniki były dwuosobowe i Gui dzielnie stwierdziła, że może jechać sama. Jej odwaga skończyła się jednak w momencie, gdy okazało się, że wagoniki startują w pewnej odległości od siebie i nim nasz ruszył, usłyszałyśmy rozpaczliwy głos Najmłodszej;
- Mamo!
Jakoż za chwilę i nasz wagonik ruszył na spotkanie ociekających krwią głów, wyskakujących z ciemności szkieletów i innych potworności. Przyznaję, że był to chyba mój pierwszy przejazd przez pałac strachów, bo jako dziecko nie gustowałam w tej atrakcji (myślę, że powód jest ten sam, co w przypadku horrorów- nie do końca rozumiem potrzebę sztucznego wywoływania lęku)
Przez moment rozważałyśmy przejazd kolejką górska, ale nie odważyłyśmy się na tak ekstremalne doznania, podobnie jak na spadanie z wysokości i szaleńcze wirowanie.
Dziewczyny ubolewały, że nie zmieszczą się na karuzelach dla dzieci. Rozbawione i usatysfakcjonowane czekałyśmy na najważniejszą część naszej wyprawy, czyli spotkanie z Krzysztofem. Bo na początku miałyśmy tylko czas na krótkie przywitanie (nasz gospodarz był jeszcze w pracy). Teraz wreszcie mieliśmy czas na "spotkanie blogerów".
Krzysztof wie, że od wczesnej młodości fascynują mnie wielkie ciężarówki i możliwość popatrzenia na świat z perspektywy kierowcy tira, będzie dla mnie nie lada radością.
Niesamowite uczucie, gdy patrzy się na wszystko z góry (zwłaszcza, gdy zazwyczaj widzi się kawałek drogi znad kierownicy, bo samochody osobowe rzadko są przystosowane do kierowców o rozmiarze XS!) . Chyba mogłabym pokonywać kilometry w takiej wielkiej maszynie (przy moim wzroście mogłabym nawet w niej zamieszkać ;)
Dziewczyny świetnie się bawiły obserwując moje miny, gdy siedziałam za kierownicą najpierw scanii ( ileż ja się napodziwiałam tych aut stojąc na największym skrzyżowaniu w Opolu i gapiąc się na jadące tranzytem konwoje ciężarówek!), a potem jeszcze większego renault magnum ( renault wie, jak rozpieścić kobietę - w moim scenicu też czuję się jak w domu). Krzysztof też  pewnie miał niezły ubaw ze mnie ;)
Lunapark to miejsce strasznie hałaśliwe.
Szum, muzyka, trzaski, krzyki, piski i cały ten zabawowy harmider nie sprzyjają rozmowie, więc na pogaduchy wybraliśmy się w spokojniejsze miejsce.
Wybór padł na kafejke na wydmie, prawie przy samym morzu. Wreszcie można było pogadać i podobnie jak w czasie zimowego spotkania w Gierczynie tematy pojawiały się same, znikąd. Po prostu były, bo przecież prowadząc od dłuższego czasu blogowy dialog rozmawiamy na odległość, poznajemy się, a spotkanie "w realu" to kontynuacja niekończących się wirtualnych dialogów.
Wyznacznikiem końca spotkania była zmiana barwy nieba. Najpierw zaczerwieniło się, a potem zaczęło sinieć niebezpiecznie. Zbierało się na deszcz. Pożegnaliśmy się na parkingu, ale wyznaczyliśmy termin kolejnego spotkania- znów w zimie w górach.
Wracając po raz kolejny stwierdziłyśmy, że blogowe spotkania są ciekawe, a internet wcale nie musi ludzi oddalać od siebie. Trzeba tylko umieć mądrze z tego wynalazku korzystać, a znajdzie się ludzi, z którymi nigdy byśmy się inaczej nie zetknęli albo mijając ich na ulicy po prostu nie zwrócilibyśmy na nich uwagi.
My na każdym kroku przekonujemy się, że wirtualne znajomości potrafią być fascynujące i bardzo trwałe (czego najlepszym przykładem jest przecież historia Gui i Macieja)

13 komentarzy:

Krzysztof Gdula pisze...

Po skończeniu wieczornych zajęć otworzyłem laptop, zalogowałem się i ze zdumieniem zobaczyłem, że 10 minut wcześniej zamieściłaś tekst o naszym spotkaniu.
Dziękuję, Anno.
Tamtego dnia nie pamiętałem o technicznych zainteresowaniach Gui, ale może i dobrze, bo pamiętając, zaciągnąłbym was ponownie na młyn (giant wheel, jak nazywa to urządzenie włoski producent), a tam gadał i gadał o konstrukcji. One mnie też ciekawią, a nawet czasami fascynują. Tutaj powiem tylko Gui, że to koło mające 28 metrów średnicy i wagę (z podstawą, czyli naczepą – pojazdem drogowym) blisko 100 ton, składa się i rozkłada samo, bez użycia dźwigu.
Hałas. Tak, lunapark to hałas. Wieczorem dźwięk mojego telefonu czasami aż podrywa mnie swoją ostrością, a w pracy często nie słyszę go. Także dlatego lubię wieczorny czas, gdy wyłączą silniki i głośniki i wreszcie można posłuchać pięknie brzmiącej ciszy.
Powiem słowo o jeździe dużą ciężarówką. Szosę widzi się dobrze, jadące z naprzeciwka samochody nie oślepiają, w nowych ciężarówkach wygoda jazdy jest porównywalna do jazdy samochodem osobowym średniej klasy, ale dziwnie widzi się z tej wysokości szerokość samochodu (sporo szerszego od osobowego) i jego mieszczenie się na pasie ruchu. Otóż wydaje się, że prawymi kołami jedzie się po krawędzi rowu, że zaraz samochód zsunie się. Natomiast lewa strona pojazdu przekracza środek jezdni. Na wąskiej szosie, gdy z naprzeciwka jedzie tir, ma się trudne od odparcia wrażenie zderzenia za chwilę. Długi czas nie mogłem opanować odruchu kulenia się: „przecież on jedzie prosto na mnie!” Gdy boczna szosa ma sześć metrów szerokości, prowadzenie pojazdu musi być bardzo precyzyjne: prawe koła muszą jechać tuż przy krawędzi jezdni, dotykać brzegu asfaltu, a i tak nierzadko bywa, że niemal całuję się lusterkami z ciężarówką jadącą z przeciwnej strony.
Zgadzam się z Twoją oceną przydatności internetu, Aniu. Mam „w realu” kilkoro znajomych, których poznałem dzięki internetowi, ot, na przykład Tomek i Janek, z którymi czasami chodzę w góry, a ostatnio Ty i Twoja rodzina. Wiele zależy tutaj od człowieka, internet jest tylko narzędziem – jak to sama gdzieś tutaj, na blogu, napisałaś. Chciałem tylko zauważyć pewien istotny fakt: bywamy w takich miejscach internetu, na takich stronach, które nam pasują, podobają się; bywamy tam, gdzie piszący podobnie widzą świat, mają odpowiadające nam upodobania, z którymi dzielimy przynajmniej część zainteresowań. Wtedy przeniesienie znajomości do rzeczywistego świata może okazać się tylko kwestią czasu i możliwości.
Cieszę się z powodu możliwości naszego spotkania, Anno.

Jan Łęcki pisze...

Co mogę powiedzieć, kiedy tyle zdań zostało napisanych? Brak mi słów.
Nie dziwię się Wam, że po takim spotkaniu miny wam zrzedły.
Relacja i zdjęcia wyśmienite!

Anna Kruczkowska pisze...

Nieraz podziwiałam precyzję kierowców torów, którzy świetnie radzili sobie na wąskich drogach. Niestety, czasem robi się niebezpiecznie. Tak było w Nietążkowie na maratonie, gdzie kierowca tira nie próbował nawet zrobić miejsca dla kolarzy. Podejrzewam, że nie był świadomy, jak niebezpieczny jest dla kolarza zjazd na piaszczyste pobocze.

Anna Kruczkowska pisze...

Janku, znas Krzysztofa, więc wiesz, jak pięknie opowiada.😆

Jan Łęcki pisze...

Oczywiście miny Wam zrzedły w czasie rozstania. A Krzysztof opowiada z pasją.

ardiola pisze...

Dzieki Aniu, ze się do mnie odezwałaś. Ja tez o Tobie myslałam, gdy byłam w Gierczynie w kosciele 15 sierpnia. Tez o tej milej dziewczynie z Przecznicy- Kroniki domowe- blog. Taka byłam rozżalona dwa lata temu na mojego lokatora, ze rozluzniłam ze wszystkimi stamtąd kontakty. Ja dla niego zmieniłam całe moje zycie,a spotkało mnie ogromnie gorzkie rozczarowanie. Teraz na szczęście przywróciłam swoją tożsamość na nowo w swoim rodzinnym miescie. Ale cały biznes przepisalam córce i tez mieszkanie. Dlatego mam nadzieje, ze sprzedam gajówkę. U nas mieszkania są bardzo tanie. Dziś np byłam w swojej starej- ogromnej znowu szkole na osiedlowym festynie, gdzie pracowałam 20 lat temu i reklamowałam "swoją" szkółkę językową. Dla wielu osób jestem inspiracją i słyszę tyle pozytywnych komentarzy. A ja tak bardzo chciałam opuscic to miasto i zyc za granicą. Poczułam się jak Pielgrzym z Coelho- szuka szczescia daleko, a znajduje blisko.Hehe. Nie przepadam za jego "budyjskimi orgazmami", ale tu dobry przykład. I teraz jeszcze dwie śliczne wnuczki dopełniły całości mojego życia w Ostrowcu czy w ogole w Polsce. Pozdrawiam serdecznie.

Krzysztof Gdula pisze...

Wiem, Aniu, że kierowcy tirów nierzadko jeżdżą jak niebezpieczni wariaci. Czują się pewnie w dużych maszynach i jedyne, co ich może częściowo tłumaczyć, to płacenie im za przejechane kilometry – wbrew prawu, jeśli się nie mylę. Trochę jeździłem triami w UK, tam płacono za godziny, nie kilometry. Powiem też, że znam dość dobrze to środowisko zawodowe i nie mam o nich dobrego zdania. Tamten kierowca zapewne nawet nie pomyślał o bezpieczeństwie rowerzystów, mając je w nosie.

Krzysztof Gdula pisze...

Janku, w ramki nie nadaję się :)
Zgoda jedynie na moją pasję.

Marchevka _ pisze...

Nie wiedziałam, że Cię fascynują ciężarówki! To prawda, świat zza kółka takiego pojazdu wygląda zupełnie, zupełnie inaczej :)
Lunaparki za to nie kręcą mnie, bo mi się od nich w głowie kręci, a potem błędnik głupieje i od zwykłej karuzeli zmieniam kolory jak kameleon. Ale z a to z wielką sympatią i uśmiechem przeczytałam relację z Waszego blogerskiego spotkania. To prawda: Internet, jak większość rzeczy - jest dla ludzi, jeśli korzysta się z niego z głową.
Pozdrawiam :)

Anna Kruczkowska pisze...

Wiesz, mała kobieta- wielkie auto. Nie przepadam za zgiełkiem lunaparku, ale młynowi nie odpuszczę. Jako dziecko strasznie się bałam, dlatego teraz nadrabiam stracony czas.
Spotkania blogerów są świetne.

Dreptak Zenon pisze...

Zawsze mnie cieszy, gdy kolejny raz potwierdza się, że wirtual i real to dokładnie to samo! :)

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Aniu, podrosły Ci włosy:-) mój syn jeździ w Anglii takimi wielkimi pojazdami, i kiedy ostatnio na urlopie wiózł mnie "czołgiem" na Pogórze, spostrzegłam, że bardzo dokładnie bierze zakręty, nie ścina ich ... mamo, jestem przyzwyczajony, bo inaczej naczepa zajęłaby cały łuk drogi, i to mi przeszło na osobowe:-)
Byliśmy ostatnio w Bardejovie na jarmarku, i były te wszystkie młyny, huśtawki, korkociągi i kolejki, i jeden wielki pisk, unoszący się nad miastem:-) nigdy nie byłam na takich wysokościowych karuzelach, bo mam lęki:-) bardzo sympatyczne są spotkania blogowych znajomych, zwłaszcza jeśli nadaje się na tej samej fali, wspólne zainteresowania, pamiętam do tej pory, gdzie np. znalazłam kontakt z Tobą ... jakiś maraton w Karpaczu się odbywał, i przypadkiem trafiłam na Twój opis tego zdarzenia, a my wracaliśmy wtedy ze Śnieżki, i tak to się zaczęło:-) pozdrawiam serdecznie.

Anna Kruczkowska pisze...

Tak, pamiętam tamto wirtualne spotkanie :) a my teraz też z Karpacza wróciliśmy, post ukaże się niebawem, jak tylko Chuda zdjęcia zgra.
Włosy rosną, są znów rude.
Chciałabym, by wszyscy kierowcy byli tak ostrożni i rozważni, jak Twój syn, Mario.