wtorek, 6 września 2016

Maraton Liczyrzepa- poczuć się jak Majka

Jest piątkowe późne popołudnie w Karpaczu. Tradycyjnie, mimo szczerych chęci spóźniamy się na odprawę techniczną. Niestety, z Trzebiatowa do Karpacza jedzie się długo i tyle.
Kilka minut wcześniej zameldowaliśmy się w hostelu Krokus, teraz odbieramy pakiety startowe.  Stylowe czarne koszulki, które znajdują się w pakiecie, tak nam się podobają, że natychmiast musimy je nałożyć.
Witamy się ze znajomymi, odpytujemy Orga Staszka z trasy (bo przecież zmieniona, a my na odprawie nie byłyśmy :( ) Decydujemy się na kolacje w Dworze Liczyrzepy, gdzie tradycyjnie już znajduje się biuro maratonu. Dania wyglądają smakowicie i takie są.

Pogoda rozpieszcza nas. Słońce, choć coraz niżej wisi nad horyzontem jeszcze trochę przygrzewa. Mamy nadzieję, że i w sobotę będzie podobnie.
Budzimy się o świcie. Pożywne śniadanie i jedziemy na start. Z Robertem starujemy po 7.00 na dystansie giga, Chuda jak zwykle w tym sezonie- wybiera dystans mini (do końca nie była pewna startu z powodu przeziębienia, jednak piękna pogoda przekonała ją, że warto ruszyć przed siebie)
7.15 - jadę! Najpierw szybki zjazd prze zaspany jeszcze (na szczęście) Karpacz, potem w kierunku Kostrzycy, obok wysypiska śmieci (na razie zapachy nie są tragiczne, bo jest rześki poranek). Cały czas w dół, szaleńczo szybko. Warto o tym pamiętać- za kilka godzin będę tędy wracać... Wjeżdżam w Dolinę Pałaców i Ogrodów. Dawno tu nie byłam, więc głowa chodzi mi w te i we wte. Przed Bukowcem na poboczu stoi Heniu- prawdziwa legenda supermaratonów- nie mógł wystartować, to choć pokibicuje (spotykam go jeszcze kilkakrotnie na trasie, w różnych miejscach, myślę, ze jego doping pomaga wielu kolarzom) Nie jadę zbyt szybko, by móc choć przez chwilę podziwiać zabudowania Bukowca i przepiękny pałac w Karpnikach. Zastanawiam się, kogo spotkam na trasie. Czy dogonię Kamila, a może ktoś do mnie dojedzie? Nie mam jednak dużych nadziei na towarzystwo na trasie. Przez Strużnicą mija mnie Robert, pyta o ilość kilometrów i pędzi dalej.
A jednak, przed zamknięciem "małej pętli" doganiają mnie dziewczęta startujące po mnie i przez krótką chwilę rozmawiamy. Potem znów jestem na trasie sama. A przede mną "namiastka Rędzin" jak o podjeździe drogą głodu powiedział Org Staszek. Mijam przepiękny wiadukt w Kowarach, za nim dołącza do mnie miejscowy chłopak na góralu, pyta o maraton, wdaję się w pogawędkę, po czym chłopak skręca w stronę domu, a ja zaczynam podjazd. Zaczynam? Hm... no dobrze, stromo było, przez chwile nawet bardzo. Ale tylko przez chwilę, bo nim zdążyłam się spocić, podjazd się skończył, a ja wjechałam na Przełęcz Kowarską i zaczął się długi, ponad 10 km zjazd w stronę Kamiennej Góry. Dopiero teraz, patrząc z perspektywy zjazdu, widzę różnicę wzniesień - w poprzednich latach tędy podjeżdżaliśmy na Przełęcz Kowarską. sunąc w dól nabieram szacunku dla samej siebie... tyle razy wspinałam się, nie zdając sobie, jak tu jest stromo. Moje przemyślenia przerywa biało-czarny kundelek, który z jazgotliwym szczekaniem wyskakuje z bramy kamieniołomu w Ogorzelcu. Kamikadze... Wrzeszczę i pies odskakuje. Mogę zjeżdżać dalej. Za Leszczynowcem droga nie jest już tak nachylona, nie muszę skupiać się na wchodzeniu w zakręty, wyhamowywaniu przed nimi i uważaniu, by nie wjechać w zbocze lub przepaść. Przed oczyma mam rozległe widoki z jednej strony na Rudawy Janowickie, z drugiej na Karkonosze.
Robi się coraz cieplej. Z radością witam punkt żywieniowy, bo mogę zostawić zbędna bluzę z długim rękawem. Łapię kawałek soczystego arbuza, napełniam bidon. Przypominamy przygodę z poprzedniego maratonu, kiedy to ta sama bluza pojechała samochodem do Jeleniej Góry. I gdy mam już ruszać, nadjeżdżają "chłopcy z M7"- Edek i Tytus. Czekam na panów, bo przecież jazda w towarzystwie jest o wiele przyjemniejsza! mam chwile, by jeszcze zjeść kawałek banana.
Ruszamy. Początkowo prowadza panowie po zmianach, ale pierwszy podjazd pokazuje, że mam lepsze przełożenia i wychodzę na zmianę. Niestety, jest za mocna i Tytus zostaje.  Dogania nas na kolejnym zjeździe, chyba w okolicach malowniczego zalewu Bukówka, ale długi podjazd na Przełęcz Kowarską weryfikuje jego możliwości. Jedziemy we dwoje z Edkiem- ja robię podjazdy, Edek pozostałą część trasy. I tak aż do Kowar. Zaraz za wiaduktem przed prywatną posesją stoi grupka kilkulatków z.... biało-czerwonymi flagami. Głośni kibicują, zagrzewają do jazdy, machają chorągiewkami. Robi mi się ciepło koło serca i... mokro w okolicach oczu. Dzieciaki zrobiły mi cały maraton. Już do końca będę miała przed oczyma te flagi powiewające dla nas. Już wiem, co czują nasi reprezentanci widząc morze flag...
Podjazd drogą głodu robimy w sporym towarzystwie- własnie mieszają się wszystkie trzy dystanse. Trochę obawiałam się tej sytuacji, gdyż nie wszyscy, zwłaszcza początkujący maratończycy wiedzą, że schodząc z roweru na podjeździe trzeba zejść na drugą stronę jezdni, żeby nie blokować podjazdu. Przy tłoku na podjeździe można sobie zrobić krzywdę. Na szczęście nie jest źle. Owszem, spotykamy kilku słabszych maratończyków z mini, którzy sapią i podziwiają równy podjazd ( no dobra, ja też nie robię go szybko, bo wiem, że przede mną jeszcze jedna pętelka) Edek łapie kilku młodych z mini i ziut! Już go nie ma! Nie ma szans, bym go dogoniła na zjeździe! Tym razem w Ogorzelcu nie czeka na mnie pies, jestem bezpieczna. Jadę! Ciepło, pięknie, widoki oszałamiające, pachnie wczesną jesienią- suchą trawą, ciepłym lasem, ziołami... Czegóż chcieć więcej. Mam ogromną frajdę z jazdy, zwłaszcza, ze licznik ciągle pokazuje średnia w okolicach 20 km/h .W górach? 20 km/h? Nawet w Zieleńcu nigdy nie miałam takiego wyniku! No ale pamiętajmy, że to dopiero połowa trasy. Na długiej prostej przed Pisarzowicami wyprzedza mnie kolarz. Nie kojarzę kolegi, ale przyciskam pedały, żeby mi nie odjechał. Udaje się i kilka kilometrów jadę na jego kole. A na punkcie żywieniowym spotykam.... Chudą i... Edka. Kilka radosnych okrzyków, zjadam pyszne ciasto drożdżowe z owocami, pije wodę i wspólnie ruszamy dalej. Chuda jedzie swoim tempem, ja ... nie swoim, bo oto lecą trzebnickie "szerszenie" z dystansu mega  i to ich koła będą mi towarzyszyć przez następne kilometry. Chwilami jedziemy całkiem sporym pociągiem, który to rwie się, to znów łączy. Po którymś kilometrze orientuję się, że nie ma za nami Edka. Jedziemy w troje. Na Przełęczy Kowarskiej chce panów pożegnać, wiedząc, że nie utrzymam ich prędkości na zjeździe do Kowar. Panowie nie chcą nawet o tym słyszeć i dzięki temu zjeżdżam pod troskliwym okiem kolegi z Trzebnicy, zdecydowanie szybciej, niż, gdybym jechała sama.  Na rozjeździe machamy sobie na pożegnanie. Prze chwilę widzę jeszcze kilku kolarzy jadących już do mety. Wiem, że na trasie jest nas już niewielu i prawdopodobieństwo spotkania kogokolwiek zdecydowanie maleje.
Za wiaduktem wierny mały kibic nadal stoi z flagą i kibicuje...
Potem podjazd, rzut oka na panoramę Kowar (o jeju! Tu faktycznie jest strasznie stromo!) i Przełęcz Kowarska po raz piaty. Za Szarocinem słyszę radosne: "jestem!". To oczywiście Edek melduje, że dogonił mnie na zjeździe. A na punkcie żywieniowym stoi Kamil. Więc jednak go dogoniłam!
Do mety pozostaje nam jakieś 30 km. , a nie ma jeszcze czternastej! Wygląda na to, że będzie dobry wynik! Ruszamy z punktu żywieniowego żegnani ciepłymi słowami. Kamil jest już zmęczony, więc jego zmiany są szarpane, ale stara się je dawać. Ciężar jazdy spoczywa jednak na nie i na Edku. Podjazdy pozostają moje, choć panowie starają się mnie zmieniać. Kolejny raz mijamy zalew Bukówka, przed Przełęczą Kowarską widzimy pana Jana- mimo spóźnieni ana start, wyjechał na trasę, by choć dystans mini przejechać. Teraz szykuje się do zjazdu z przełęczy. Pozdrawiamy go i pędzimy dalej. Zjazd jest trudny, bo trafiamy na dużą grupę motocyklistów, którzy wyprzedzają nas "na trzeciego". Wiem, że Edek nie przepada za motorami i teraz zjazd w ich towarzystwie jest dla niego wyjątkowo trudny. W duszy cieszę się, że to on jest z przodu, bo ja mogłabym się zapomnieć, puścić kurczowo trzymane hamulce i pędzić na złamanie karku za motorami...
Do mety coraz bliżej, ale... te ostatnie kilometry są pod górkę. Gdy wychodzę na zmianę ucinam sobie pogawędkę z Kamilem, jednak wiem, że jazda na jego kole może być uciążliwa dla kogoś, kto nie jest przyzwyczajony do jego stylu jazdy. Edek zwraca Kamilowi uwagę. Proponuję, by panowie zmienili się kolejnością za mną i nie będzie problemu. Mijamy Ścięgny, potem wjeżdżamy do Karpacza. Edek chyba czuje, że jeśli trochę przyspieszy, to wjedzie na metę z czasem poniżej 8 godzin. Przyspiesza. My z Kamilem już nie. Mijamy miejsce noclegu Kamila i żartujemy że teraz należy zjechać do pokoju, wykąpać się dopiero jechać do mety. Żarcik dodaje nam sił. Na metę wjeżdżamy wspólnie. Kolejny raz.
Jest 15.25. Średnia prędkość 20,16 km/h. aż sama nie wierzę, że to już! Mam mnóstwo czasu! Spokojnie zjadam pyszną potrawkę z makaronem, dzwonię do Ślubnego i do Chudej, która pojawia się po chwili.
Do uroczystego zakończenia jest tyle czasu, że mogę wrócić do hostelu się przebrać i odświeżyć.
Już w sukience wracam do Dwory Liczyrzepy. Z zaskoczeniem obserwuję tłumy na deptaku w centrum miasta. Jest już po wakacjach, a tu nadal jest wielu ludzi, zwłaszcza młodych rodziców z maleńkimi dziećmi i osób, które dzieci już dawno odchowały.
Nim rozpoczną się dekoracje zawodników zdążę jeszcze spotkać się z wieloma znajomymi, posłuchać opowieści z trasy, wymienić wrażeniami- wszyscy podkreślają, ze dzieciaki z flagami dały im potężną motywację do jazdy.
Przekomarzam się z Orgiem Staszkiem, który na moment przysiada się do naszego stolika- udaję, że mam pretensję iż trasa była zbyt łatwa, że ciągle było w dół, a nie pod górkę. śmiejemy się serdecznie. szukam swoich towarzyszy, żeby im podziękować za wspólna jazdę. Niestety, nie udaje mi się odnaleźć pana na cudnie zielonym rowerze.
Zakończenie prowadzi Ania- córka Staszka. Robi to szybko i profesjonalnie. Potem jeszcze losowanie nagród i czas się rozstać... Kolejny maraton odchodzi do historii...
Podsumowując: trasa malownicza, świetnie oznakowana. Organizacja jak zwykle na medal (a propos- medale piękne)
Za rok pewnie tu wrócę, zwłaszcza, że Orgom chodzą po głowie nowe trasy i nowe pomysły.... ano zobaczymy....
P.S. W tym roku nie było podjazdu na Przełęcz Rędzińską z powodu rajdu samochodowego. W niedzielę, właśnie na trasie, którą zazwyczaj jeździmy: między Wieściszowicami a Rędzinami doszło do tragedii. Jeden z samochodów wypadł z trasy pilot zginął na miejscu.

9 komentarzy:

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Jedna wielka rodzina:-)te kilometry, przełęcze, podjazdy, zjazdy, w głowie się kręci, a skąd wziąć na to siły, Aniu, przecież Ty kruszynka jesteś, pacholę rzekłabym, jak patrzę na zdjęcia :-) mam koleżankę, która zaczęła biegać maratony, odnalazła cel w życiu, rozkwitła ... podziwiam wszystkie te wyczyny, cele w życiu, które wymagają tyle wysiłku, a sprawiają jeszcze więcej radości, bo nawet jeśli nie stanie się na podium, satysfakcją chyba jest, że się ukończyło dystans; pozdrowienia ślę z drugiego końca Polski.

Jan Łęcki pisze...

Jakie pacholę? To góralka z krwi i kości, po prostu Majka.

Jan Łęcki pisze...

Ach, widoki z Przełęczy Kowarskiej i te na zalew Bukówka, łoo matko.
Gdy nas goni jakiś piesek, należy mu powiedzieć dokąd jedziemy, wtedy on odpuszcza. A gdy na drodze stanie nam krowa, to ona musi zobaczyć nasz numer, a gdy go odczyta, odwraca się i odchodzi. Takie mam doświadczenia.

Krzysztof Gdula pisze...

W dobrym tempie, bez deszczu, a nawet bez kapcia, za to w wyśmienitym nastroju i takiej kondycji. Po prostu udany maraton. Gratuluję, Anno vel Kruszynko. Jak wyżej przeczytałem, nie tylko ja tak piszę o Tobie, ale na pewno u mnie jest w tym mianie więcej podziwu.

Krzysztof Gdula pisze...

Janku, miałeś szczęście spotkać jakąś wyjątkową krowę. Ta, z którą ja miałem kiedyś do czynienia w górach, na wszystkie moje próby nawiązania dialogu reagowała tak samo: jednostajnym ruchem szczęk.
A może była to oznaka jej stoickiego spokoju? :-)

Anna Kruczkowska pisze...

Wiesz, Krzysztofie, ostatnio dosyć często nazywa się mnie Kruszyną lub Kruszynką. Zazwyczaj własnie z nita podziwu: "jak Ty to robisz, Kruszynko?"
A że jestem kobieta, to mi ten podziw schlebia, no co tu kryć, chyba każdy lubi być podziwiany ;) A maraton był niesamowicie udany!

Krzysztof Gdula pisze...

Jednym z uroków tego świata jest dla mężczyzny podziwianie kobiety, a wyrażanie tego jego powinnością.

Anonimowy pisze...

No sprawnie i profesjonalne rozdanie nagród nie było.
Chyba, że byłem na innej imprezie.

Anna Kruczkowska pisze...

A czy ja napisałam, że rozdanie nagród było sprawne i profesjonalne? Proponuję czytać ze zrozumieniem ;)