wtorek, 13 września 2016

Towarzyska trzysetka- Utramaraton w Rewalu

Pomysł, by wykupić noclegi w Rewalu pojawił się nagle, gdy okazało się, że nie da się do małego autka Chudej wcisnąć trzech rowerów i tyluż ludzi. Zamiast więc kombinować, zarezerwowałam drewniany domek i w piątkowe południe ruszyliśmy na trzydniowy urlop nad morzem. Chuda spakowała bagaże i swój rower do auta, a Robert i ja przejechaliśmy te kilkanaście kilometrów rowerami. W planach mieliśmy leniwe popołudnie na plaży, gdyż od rana ostro świeciło słońce. Jakież było nasz rozczarowanie, gdy po przyjeździe na miejsce okazało się, że nadciągnęła mgła.

 Mimo to spędziliśmy prawie godzinę na plaży. Później umówiliśmy się ze znajomymi na kawę i pogaduchy, a pod wieczór dotarliśmy na odprawę techniczną. Tradycyjnie przywitaliśmy się ze znajomymi, odebrali pakiety startowe z numerem, przewodnikiem po Rewalu, talonem na zupę i drugim talonem na napój w restauracji Robinson.
Sobotni świt powitał nas mgłą. Przed szóstą stawiliśmy się na starcie- Robert i ja mieliśmy w planach 300 km, Chuda ruszała dopiero o jedenastej, ale chciała nam zrobić zdjęcia. paradowała więc teraz owinięta w koc, czym wzbudzała ogólna radość, a nawet odrobinę zazdrości, bo w mgle było dosyć chłodno. Startuję w pierwszej grupie. Atmosfera jest luźna, śmiejemy się, kolejny raz stoję obok Krisa- żartuję, że on przyjedzie pierwszy, ja ostatnia- tak jak w Nietążkowie, gdzie zostaliśmy wylosowani podobnie.

Ruszamy... chłopcy szybko znikają we mgle, zaraz zaraz... nie wszyscy! Tuż obok mnie pojawia się postawna sylwetka kolarza. Zamieniamy kilka słów, już wiem, że kolega z Iławy pierwszy raz jedzie ultra, ma zatem podobny do mojego cel- dojechać do mety. Jedziemy zatem wspólnie, najpierw jeszcze w jaśniejącej powoli mgle mijamy Niechorze i Pogorzelicę, potem Lędzin i jesteśmy na pętli. Zakładam, że znalazłszy się już na znajomej drodze, kolega dociśnie pedały i zostanę sama. Nic takiego jednak nie następuje. Trzymam się twardo oferowanego mi koła, jadę znacznie ponad swoją średnią prędkość, a w duchu zastanawiam się, ile wytrzymam to zaskakujące dla mnie tempo i jak za nie zapłacę. Jedzie mi się doskonale, próbuję nawet wychodzić na zmiany, ale trwają one tyle, co zjedzenie sezamka. Dopiero na mecie uświadamiam sobie, ze te moje zmiany były po prostu śmieszne-przy moim towarzyszu -Krzysztofie (ja to mam szczęście do Krzyśków na trasie) wyglądam jak Dawid przy Goliacie.
Ale na razie jeszcze tego nie zauważyłam. Jedziemy.
Taki wschód słońca widziała Chuda
Przed Skrobotowem z coraz rzadszej, żółtawej mgły wygląda pomarańczowe słońce, oświetla czubki drzew i wiatraków. Całych urządzeń nie widzimy, tylko ich skrzydła to pojawiają się to znikają. Skraplająca się mgła osiada na kasku i kapie niewielkimi kroplami. Nim się spostrzegłam mijamy Cerkwicę, Grądy, Przybiernówko, Gryfice, paskudny przejazd kolejowy w Popielach, Świerzno. Rondo w Cerkwicy i jesteśmy na mijance. Lubię to miejsce, bo dzięki niemu widzi się wielu znajomych kolarzy na kolejnych rundach. Zauważamy naszych kolegów z pierwszej grupy, jak pędza już na drugim okrążeniu. Tu ktoś zamacha, tak krzyknie powitanie... Jedzie też Robert, on również śmiga drugie okrążenie. Na trasie są już kolarze z dystansu mega. Pod koniec tej pętli z zaskoczeniem witam Małgosię, która zapowiadała wyjazd do Poznania. Później dowiem się, że moja koleżanka maksymalistka postanowiła "zaliczyć" obie imprezy rowerowe- w sobotę maraton w Rewalu, w niedzielę- w Poznaniu.
Z niedowierzaniem spoglądam na licznik- średnia prędkość na 90 km to 30 km/h! Chyba nigdy nie udało mi się takiej średniej wykręcić! Po mgle nie zostało nawet wspomnienie, słońce grzeje coraz mocniej Na punkcie żywieniowym usytuowanym w okolicach mety zostawiamy bluzy, jedziemy dalej. Teraz na mijance widzimy tych, którzy są za nami. Przyglądają mi się z niedowierzaniem, przecież znają moje tempo i już dawno powinni mnie dogonić!
Znów mijamy Cerkwicę, Grądy, Przybiernówko. Niestety w Gryficach zatrzymujemy się na przejeździe kolejowym. Tracimy jakieś 5 minut. Obserwujemy, jak znika nam z oczu pan Jan, któremu udało się zdążyć przed światłami. Odpoczywamy, czekając na pociąg, posilamy się. Szynobus przejeżdża, ruszamy. Po chwili doganiamy pana Jana, ale do nas dojeżdża grupa liderki Agnieszki. Do punktu żywieniowego w Świerznie jedziemy razem, równym, szybkim tempem.
Tym razem zatrzymujemy się, napełniamy bidony, zjadam banan. My ruszamy, grupa Agnieszki zostaje. To nasza przemyślana decyzja. wiemy, że jedziemy wolniej, więc grupa i tak nas dogoni. tak też się dzieje już za dziurawym asfaltem w Ciećmierzu. Znów chwilę jedziemy wspólnie. Potem na czoło grupy wysuwa się Agnieszka. przyspiesza i... ostatni wagonik pociągu zostaje sam... Ostatni wagonik, czyli ja.   Jadę teraz nieco wolniej, ale nie martwię się, bo wypracowany dotychczas czas pozwala mi nie martwić się końcowym wynikiem.
Na mijance znów spotykam znajomych. Jest i Chuda, która właśnie wystartowała na dystansie mini. Machamy do siebie, Chuda zdąży jeszcze krzyknąć, że Robert skrócił dystans. Nie wiem jednak dlaczego.
Dojeżdżam do końca okrążenia. Na punkcie stoi mój towarzysz! Szybko zjadam bułkę jogurtową, napełniam bidon i jestem gotowa do dalszej jazdy! Trzecie okrążenie wcale nie jest wolniejsze od poprzednich, kilka razy odrywam się od Krzysiowego koła, ale za każdym razem powtarzam jak mantrę- dasz radę, dasz radę i przyciskam mocniej pedały. W końcu zostaję w tyle... W Skrobotowie widzę dużą grupę kolarzy w jednakowych strojach klubowych- to ściganci z mini, spieszący już do mety. Jadą całą szerokością jezdni, przekraczając linię środkową. Kulę się w sobie, nie czuję się bezpieczna na swoim pasie ruchu! Słyszę głośne wyzwiska. Mam nadzieję, że nie pod moim adresem, lecz tych którzy jadą tak niebezpiecznie! Za grupą jedzie samochód techniczny (samochód techniczny na amatorskim maratonie, gdzie do wygrania jest plastikowy puchar??? ) dodatkowo tamując ruch na drodze. Zastanawiam się, czy aby zachowanie tej i podobnych grup nie sprawi, ze niedługo znikną nasze amatorskie imprezy, bo nikt nie weźmie na siebie odpowiedzialności za takie zachowanie a władze nie wyrażą zgody na organizację imprezy w otwartym ruchu drogowym. Za Gryficami słyszę za soba pytanie: chcesz izotonik? Patrzę zaskoczona- to z nikąd pojawił się Krzysiek- był w sklepie i teraz znów jedziemy razem! Staram się dotrzymać mu koła, jadę z językiem na brodzie, nie mam czasu podziwiać krajobrazow (cóż, znam je przecież na pamięc!) Niestety  dziury przed Ciećmierzem spowalniają mnie na tyle, że Krzysiek odjeżdża wraz z jeszcze jednym kolarzem, a ja już nie mam siły ich gonić. Samotnie kończę trzecie okrążenie. Mam czas, by obserwować przyrodę i... moich kolegów, którzy własnie mnie dublują- dla nich nadszedł czas finiszu- migają mi żółte stroje Pawła i Krisa. Miałam zatem rację, że dla Krisa to będzie dobry wyścig!
Jest to akurat czas, gdy zjeżdżają maratończycy z mini i jacyś młodzi ludzie próbują skierować mnie do mety. Śmieję się, że ultra ma 4 kółka, nie trzy, czym wprawiam chłopców osłupienie.   Na punkcie czeka Chuda, która chwilę wcześniej skończyła swój dystans i Robert. mam chwilę na pogaduszki z córką i zięciem. Dowiaduję się, że Roberta rozbolały plecy i nie dał rady jechać dalej, a Chuda osiągnęła bardzo dobry czas przejazdu.
Na ostatnie okrążenie ruszam kilka minut po czternastej. Wiem, ze mam szansę skończyć maraton przed osiemnastą i osiągnąć bardzo dobry czas. Wkrótce doganiają mnie Irenka i Edek. Irenka proponuje:
- siadaj na koło i odpocznij!- zaczynam się śmiać:
- a jak myślisz co robiłam dotychczas? Po szalonej jeździe na poprzednich krążeniach, gdy mi język prawie wpadał w szprychy, właśnie odpoczywałam!
Śmiejemy się obie.
Z oferty jednak korzystam i teraz jedziemy w troje, dając takie zmiany, na jakie nas stać.  Wspólnie dojeżdżamy do punktu żywieniowego w Świerznie, gdzie po królewsku obsługują nas dwie małe dziewczynki- obserwowały pracę swojego taty i teraz go naśladują- są rozczulające!
Przed nami jeszcze tylko 25 km! Zbieramy się i jedziemy. W Paprotnie Irenka wjeżdża pod górkę w tempie, które dla mnie jest za szybkie i odpuszczam. Oboje z Edkiem chcą jeszcze na mnie czekać, ale wołam, by jechali dalej. mam tyle czasu, że mogę jechać moim tempem. W Skrobotowie widzę biegnące dzieci, nie wróży to nic dobrego-już raz właśnie w tej miejscowości dzieci zachowały się niegrzecznie i niebezpiecznie. Tym razem niestety jest podobnie. Dzieci krzyczą: daj batona. Nie lubię takiej sytuacji!
Metę mijam o godz. 17.43. Poprawiłam swój czas na tej trasie o ponad godzinę! Nie wjechałam ostatnia. Na trasie maratonu jest jeszcze kilka osób... Trochę żałuję, ze nie dotrzymałam koła Irence i Edkowi, gdyż na Irenę na mecie czekała niespodzianka- był to jej setny maraton, więc mąż, koleżanki i koledzy przywitali ja szampanem i transparentem!
Prawda, że Dawid i Goliat?
Dziękuję, Krzysiu!
Na wieczór umawiamy się w Robinsonie, gdzie w sporym towarzystwie spędzamy bardzo miło czas opowiadając maratonowe przygody. Jest to możliwe, ponieważ zakończenie maratonu zaplanowano na niedzielę, więc nikt nigdzie się nie spieszy...
W niedzielny poranek wypoczęci meldujemy się w bazie maratonu. Odbieramy puchary i imienne medale, w losowaniu nie otrzymujemy głównych nagród, jakimi są rowery, ale torebki pełne kosmetyków do opalania też nas satysfakcjonują. Impreza się kończy czas się pożegnać.
W czasie pożegnalnej rozmowy okazuje się, że Irenka i Beata zostają w Rewalu jeszcze kilka dni, umawiamy się więc na kawę w Trzebiatowie.


Zdjęcia, jak zwykle w galerii

15 komentarzy:

Jan Łęcki pisze...

Piszesz, że masz szczęście do Krzysztofów.
Krzysztof, to patron będących w podróży. Dziwisz się?

Guitarowa pisze...

Musiałaś mi przypomnieć o tych bułach...

Adam Gulbinowicz pisze...

gratki...będziemy czekać w Nowym Warpnie..

Marchevka _ pisze...

Co za współpraca i atmosfera! No i ten dystans... Gratuluję! :)

Teresa pisze...

Gratulacje Aniu !!!:) jesteś coraz mocniejsza . Brawo ,brawo, brawo !!

Dreptak Zenon pisze...

O kurcze!!! :)

Krzysztof Gdula pisze...

Faktycznie, utrzymać taką średnią na dziewięćdziesięciu kilometrach, to wymaga niemałej kondycji.
Aniu, uśmiałem się z tego języka wkręcającego się w szprychy; gdyby ktoś pstryknął Ci wtedy zdjęcie, to ja prosiłbym o kopię :-)
Jeśli dobrze pamiętam, to rok czy dwa lata temu miałaś tremę przed dystansem dwustu kilometrów, a teraz proszę: trzysta. Gratuluję.

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Trwam w nieustającym podziwie, Aniu, i kobiecość Twoja nie cierpi wcale na wizerunku, bo zawsze występujesz na zakończenie w kolorowej sukienusi, butkach, z uśmiechem, jakbyś wcale nie zmęczona:-) tak, ten język w szprychach też mnie rozśmieszył bardzo:-) pozdrawiam serdecznie.

Anna Kruczkowska pisze...

Patrząc z tego punktu widzenia, to nawet logiczne. Zamiast Anioła Stróża- Krzyś ;)

Anna Kruczkowska pisze...

Sorki, ale one są takie pyszne!

Anna Kruczkowska pisze...

Trzymam za słowo! Do zobaczenia na trasie!

Anna Kruczkowska pisze...

Oj, tak! Atmosfera była świetna!

Anna Kruczkowska pisze...

Dzięki !

Anna Kruczkowska pisze...

Wiesz, Krzysztofie, przekraczanie kolejnych granic mam we krwi ;) Chcieć to móc!

Anna Kruczkowska pisze...

Owe sukienki są naszym znakiem rozpoznawczym. Po przejechaniu linii mety usłyszałam pytanie: a sukienkę w jakim masz kolorze?