piątek, 23 września 2016

Ziołologia cz. 3 - Cudze chwalicie... - O modach i nazwach.

Następne zioła, których temat poruszę bardziej mnie bawią, niż przerażają. Dziś będzie o szarłacie i szałwii hiszpańskiej. Mimo, że obie nazwy brzmią swojsko, to raczej nieczęsto je usłyszymy. Szukając tych roślin prędzej natkniemy się na Amaranthus i Chia. Obie rośliny pochodzą z Ameryki Południowej, a wiadomo, jak coś pochodzi z Ameryki Południowej i przez tysiące lat uprawiane jest przez Indian, to musi być zdrowe i „łał!”. Niemniej, mimo swej wielotysiącletniej historii w uprawie popularne stały się dopiero niedawno na fali mody na zdrowe odżywianie. Co więcej modna nie jest szałwia hiszpańska a „nasionka chia” - to brzmi tak światowo! Podobnie nikt z nas nie kojarzy cudownej mąki z amaranthusa z babcinym ogródkiem i charakterystycznymi (amarantowymi właśnie) kwiatami ze specyficznym „wiechciem”.


Nie chcę tutaj podważać ich właściwości, bo nie można zarzucić im szkodliwości, jak w przypadku wrotycza. Bawi mnie jednak zegzotyzowanie obu produktów. Co więcej – w czasie boomu na chia zapominamy zupełnie o naszym swojskim siemieniu lnianym, posiadającym bardzo podobne właściwości. Obecnie różnica w cenie obu rodzajów ziaren nie jest już aż tak rażąca, ale jeszcze jakiś czas temu cena chia potrafiła wielokrotnie przewyższać cenę siemienia lnianego (dziś jest już tylko dwukrotnie wyższa, jeżeli kupuje się duże opakowania).
Słów kilka o siemieniu – brązowe, błyszczące i drobne nasiona lnu goszczą w polskiej kuchni i apteczce od dawna. Sama znam glutowatą herbatkę bez smaku od dzieciństwa. I o ile wówczas potrafiła wzbudzić mój wstręt i sprzeciw, o tyle dziś smakuje mi coraz bardziej (szczególnie z łyżką miodu). Herbatę przygotować można na dwa sposoby – albo zalewając porcję nasionek gorącą wodą albo zagotowując nasionka w wodzie. Często po wypiciu płynu same nasiona zalewam raz jeszcze (a na końcu wypijam razem z otaczającą je mazią). Napój taki pomaga podczas bólów gardła, gdy zmuszona byłam dłużej mówić (w pracy nauczyciela to nieuniknione). Siemię jest także sprzymierzeńcem odchudzających się. Zawiera wprawdzie sporo tłuszczu, ale są to tłuszcze nienasycone, a same nasionka wpływają pozytywnie na perystaltykę jelit usprawniając i regulując proces wypróżniania. W siemieniu znajdziemy także przeciwutleniacze, witaminy (np. B1), mikro- i makroelementy (np. magnez, miedź i mangan w dość słusznych ilościach). Obecnie w kuchni stosuję je jako dodatek do pieczonego chleba, do koktajli (np. z chwastów), składnik owsianki, posypkę do różnych potraw, a także jako przekąskę między posiłkami (wówczas, gdy po wypiciu naparu, wypiję też 1/3 szklanki rozmoczonych nasion).


Wróćmy jeszcze na chwilę do szałwii hiszpańskiej i szarłatu – z jednej strony cieszy mnie ich popularność – świadczy o tym, że społeczeństwo coraz większą wagę przywiązuje do własnego odżywiania i dbania o zdrowie także poprzez zbilansowaną dietę. Z drugiej jednak strony bawi mnie i trochę przeraża bezkrytyczne podążanie za modą, gdy w grę wchodzi zdrowie. Dlaczego orkiszowe bułeczki nie zalewają instagrama, facebooka i blogów taką falą, jak pudding z chia? Dlaczego ze sklepowych półek zdejmujemy produkt z amaranthusa, mimo że po polsku nazywa się tak pięknie (naprawdę, uwielbiam słowo „szarłat”)? Czy zawsze to, co przyszło do nas zza granicy jest lepsze, fajniejsze, zdrowsze? Czy tak trudno zastanowić się, poczytać, znaleźć informacje, do których przecież mamy teraz niemal nieograniczony dostęp? Chodzi tylko o to, że na insta hashtag #chia jest popularniejszy niż #siemielniane? 

5 komentarzy:

Jenovia Dżemson pisze...

Spożywam siemię lniane, gotuję sobie w rondelku i pomaga mi na żołądek^^

Krzysztof Gdula pisze...

Chwalenie cudzego przy jednoczesnym niedocenianiu swojego jest naszą cechą narodową, stąd powiedzenie. Chyba mamy kompleksy.
Bezkrytyczne podążanie za modą widzę w strojach – o zwyczajach żywieniowych trudno mi cokolwiek powiedzieć. Gdy widzę chłopaków w tych okropnych spodniach z krokiem na wysokości kolan, to myślę sobie, że odrobina własnego myślenia i gustu przydaje się zawsze.
Siemię lniane. Muszę kupić, mimo pamiętanej z dzieciństwa glutowatości, jak trafnie określiłaś cechę wywaru z tych nasion. :-)

Dreptak Zenon pisze...

Najpierw amarantus, bo kupiłem i testowałem w różnych wersjach - smak nie powala z cała pewnością, na pewno jest ciężkostrawny i zawiera dużo błonnika - to powoduje, że nadaje się do odchudzania. Niestety skutki uboczne powalają (dosłownie)- ta roślinka potwornie nagazowuje jelita!!!! Powoduje tak potworne wzdęcia, że czasami trudno oddychać!!!
W związku z tym nie tyle odradzam, co zalecam niejaki umiar i zdrowy rozsadek. :)
Szałwia hiszpańska - nie zaobserwowałem negatywnych skutków (żadnych!)- może śmiało służyć jako wypełniacz przewodu pokarmowego! Osoby, które nie potrafią przełknąć siemienia często mogą ziarenka Chia, tym bardziej że gama potraw może być znacznie większa niż z siemienia. Natomiast uważam, że siemię ma więcej pozytywnych właściwości, w tym przede wszystkim zbawienny wpływ na proporcje cholesterolu. Używam siemienia głównie do robienia chleba, natomiast w sezonie, oleju lnianego. Ten ostatni dość szybko się utlenia i traci zarówno smak jak i właściwości.
Chia z całą pewnością może służyć jako środek odchudzający. To ostatnie tłumaczy popularność obu produktów.

Anna Kruczkowska pisze...

My uwielbiamy siemię lniane! A jego konsystencja jest jednym ze wspomnień dzieciństwa!

Anna Kruczkowska pisze...

Nas odstrasza cena amarantusa, teraz już wiem, że nie będę eksperymentować (chyba, że zbiorę gdzieś sama)