sobota, 29 października 2016

Niespodziewana wycieczka na Jaworowy Wierch

Lubię nieplanowane, zupełnie spontaniczne wycieczki. Taka przytrafiła nam się pierwszego dnia pobytu na Śląsku. Wstaliśmy trochę po wschodzie słońca. I...o dziwo słońce było! Dla mnie widok błękitu był czymś zaskakującym- cały październik był mokry, szary i pochmurny. Przez wiele dni słońce nie pokazywało się, a złota polska jesień była niespełnionym marzeniem.
Wiedziałam, że muszę z tego słonecznego dnia wycisnąć jak najwięcej. Stwierdziłam, że na pewno pójdę do lasu na spacer. A potem od słowa do słowa zaczął w nas kiełkować szalony plan: wsiąść do samochodu i pojechać w góry. Jakiekolwiek.

- To co? Jedziemy na Jaworowy?- zaproponował Brat.
- Jedziemy.- odpowiedziałam.
Reszta rodziny spoglądała na nas z powątpiewaniem, ale i oni powoli zapalali się do pomysłu wyjazdu z domu.
I tak godzinę później siedzieliśmy w aucie i jechali w stronę Czech.
U stóp góry zaparkowaliśmy samochód i podeszliśmy do zabudowań kolejki linowej. Ze względu na obecność Marysi- bratanicy, zdecydowaliśmy na wjazd wyciągiem krzesełkowym. Wiało straszliwie, ale kolejka na Jaworowy Wierch sunie nisko nad ziemią, między drzewami, podmuchy wiatru nie są jej straszne. Zaskoczyło mnie, że mimo weekendu jest tu cicho i pusto. Na wjazd było niewielu chętnych- my oraz dwóch rowerzystów - miłośników downhillu.
Kilkanaście minut później byliśmy już na szczycie. Wiało niesamowicie, chwilami trudno było utrzymać się na nogach. Widoki jednak rekompensowały wszystkie niedogodności. Panorama ze szczytu jest rozległa i praktycznie na wszystkie strony.
W schronisku zamówiliśmy gorące napoje- zimny wiatr trochę nas sponiewierał na krzesełkach, teraz więc z lubością ogrzewaliśmy dłonie o gorące kubki.
Z bratem wspominaliśmy naszą szalona eskapadę rowerową sprzed kilku lat, gdy w dżdżysty dzień zdecydowaliśmy się na tę ponad stukilometrową trasę z wjazdem na sam szczyt.
Powrót planowaliśmy także kolejka, jednak ja, spragniona lasu i powietrza, zdecydowałam się na samotne zejście wzdłuż trasy wyciągu. Spacer po rudych liściach, wśród buków, klonów i jaworów był cudowny! W pewnym momencie nad głową usłyszałam radosne krzyki: to moja rodzina dyndała na swoich krzesełkach. Zrobiłam kilka zdjęć. Oni pojechali w dól, a ja zeszłam spokojnie lasem, potem łąką. Rodzina czekała na mnie w restauracji na dole. To był cudowny dzień!

5 komentarzy:

Krys Tek pisze...

Super. I zgadzam się z Tobą iż tegoroczna jesień nas rozpieszcza ;) W moich stronach taka prawdziwa złota zagościła... na jeden dzień. Wybrałem się wtedy w Dolinę Prądnika i było ekstra. Oczywiście następnego już wszystko wróciło do normy czyli szaro, buro i ponuro :'( Mimo paskudności za oknem pozdrawiam cieplutko :)

Anna Kruczkowska pisze...

Widziałam relację z Doliny Prądnika. Fajnie, że Ci się udało. Mam nadzieję, że może w listopadzie jesień się poprawi.

Krys Tek pisze...

Moja optymistyczna "inaczej" natura coś mi mówi, że może być z tym ciężko ;)

Marchevka _ pisze...

Świetny wypad. Coraz bardziej przestawiam się na to, że zamiast spędzić tydzień na tułaczce po naszym województwie, pojechać w góry. Jakiekolwiek, aby góry, a Twój wpis jeszcze bardziej pcha mnie w tę stronę ;)

Anna Kruczkowska pisze...

Jeszcze trochę i będziesz mogła zajrzeć do mnie w Izery. Połączymy spotkanie blogowe z wędrówką po górach i degustacją rolady wołowej😋