piątek, 21 października 2016

Ślunski łobiod na niedziela

Jeśli w niedzielne przedpołudnie słyszysz dziwne dźwięki dochodzące z kuchni sąsiadów, możesz być pewnym, że sąsiadka tłucze kotlety na obiad. Typowo polski obiad niedzielny to nadal schabowe. No, chyba, że mieszkasz w śląskim bloku, bo wtedy tłuczona jest wołowina na rolady.

Ilekroć znajduję ładną wołowinę w promocji, zmuszam sąsiadów do słuchania jednostajnego tłuczenia. Moje jednak dźwięczy w sobotę, żeby w niedzielę mieć czas na przygotowanie czornych kluzek.
Tak było i w ubiegłym tygodniu. Promocja w markecie sprawiła, że nabyłam spory kawałek pięknej wołowiny. Potem z radością przekonałam się, że konieczna do ślunskigo łobiodu modro kapusta leży na półce (podejrzewam, że w śląskich marketach nie ma możliwości, by nie było czerwonej kapusty, na Pomorzu jednak się to zdarza).
Zaopatrzona w wołowinę i kapustę mogłam przygotować rodzinie tradycyjny niedzielny śląski obiad czyli: wołowo rolada, modro kapusta, czorne kluzki i kumpot z krauzy.
Do przygotowania rolady (zwanej z polska zrazem) potrzebujemy:
ładny kawałek wołowiny
ogórki kiszone
grzybki suszone
boczek wędzony
cebulę
musztardę
sól
pieprz
nici
smalec do smażenia.
Wołowinę kroimy w plastry i tłuczemy z obu stron. Ogórki kroimy wzdłuż na ćwiartki, boczek kroimy w słupki, cebule w piórka. Każdy plaster wołowiny smarujemy musztardą, solimy i pieprzymy. Nakładamy nań kawałek ogórka, cebuli, boczku i grzybek. Zawijamy roladkę i owijamy nicią (uwaga- nie jesteśmy Briggite Jones i nie używamy niebieskich nici!) w brytfannie rozpuszczamy smalec lub olej. Układamy rolady jedna obok drugiej i smażymy z każdej strony. Następnie podlewamy wodą, bulionem lub... woda z ogórków kiszonych i dusimy do miękkości (czas zależy od wieku krowy, z której była wołowina)
W czasie, gdy rolady się duszą, szykujemy czerwona kapustę. Główkę kapusty siekamy lub trzemy na tarce, gotujemy aż zmięknie (ja lubię, jak jest trochę chrupka). Wodę odlewamy zostawiając trochę do zasmażki. Zakwaszamy kwaskiem cytrynowym lub octem jabłkowym, solimy, pieprzymy. Na wędzonej słoninie przygotowujemy zasmażkę. Dodajemy ją do kapusty.
Teraz czas na czorne kluzki, czyli kluski z tartych surowych ziemniaków. Każda śląska gospodyni robi je inaczej. Moje najczęściej są w proporcji pół na pół. Połowę ziemniaków gotuję, połowę trę ( a raczej Ślubny trze, bo to jego działka) Gotowane ziemniaki mielimy lub przeciskamy przez praskę, surowe odciskamy na sitku z nadmiaru wody. Mieszam, dodaje jedno jajko i mąkę ziemniaczaną bądź pszenną ("na oko") doprawiam solą. Z ciasta formuje kluski z dziurką. Wrzucam je na gorącą wodę i pilnując, by nie gotowały się zbyt gwałtownie, czekam aż wypłyną. Na koniec zabielam wołowy sos. Otwieram słoik z kompotem i gotowe.( tym razem kompot był śwież gotowany z dzikich gruszek, ale w zimie konieczne są cześnie z krauzy!)


7 komentarzy:

Sol (Blog Włóczykijów) pisze...

Mam ciocię, która pochodzi z Podlasia, ale wiele lat temu osiedliła się z mężem na Śląsku. Mieli troje dzieci, te dzieci mają już swoje dzieci i wnuki, więc mam teraz mnóstwo rodziny na Śląsku właśnie. Gdy odwiedziliśmy jakiś czas temu ciocię, poczęstowała nas identycznym obiadem... :D I naprawdę pyszny był! :)

Krzysztof Gdula pisze...

Wygląda smakowicie. Jadłem trzy Twoje dania, Anno, i wszystkie smakowały mi, mimo iż były takie… niewymyślne. Ty inaczej przyprawiasz, niż moja żona i ja, inaczej zestawiasz dodatki. Dla mnie rezultaty są ciekawe, oryginalne i smaczne.

Aniu, na moim blogu wspomniałaś o życiowych zmianach, zapewne są one tak ważne dla Ciebie i tak wyczekiwane, że oczekiwanie dłuży Ci się. Mogę tylko domyślać się, o jakie zmiany chodzi i trzymać kciuki za powodzenie, a tutaj chciałem wspomnieć – jak i Ty – o upływającym właśnie roku, tym kalendarzowym, któremu niewiele już zostało, i tym wyznaczonym datą 22 października. Gdy nieoceniony Janek przypomniał mi wczoraj o dzisiejszej rocznicy, ze zdumieniem uświadomiłem sobie, iż ledwie miesiąc temu, co najdalej dwa miesiące, pisałem urodzinowe życzenia dla Ciebie, ale nie, minął rok i mamy kolejną rocznicę.
Gdy przeżywamy dobry czas, dni pędzą szybko, wypełnione nie tylko codzienną krzątaniną, ale i realizacją naszych pasji; gdy mamy plany, spodziewamy się zmian w naszym życiu, czas odczuwamy inaczej: tym bardziej zwalnia, im silniejsze jest w nas oczekiwanie. Co ciekawe, nie odczuwamy tutaj sprzeczności spowodowanej dwojakim upływem naszych dni.
Anno, życzę Ci odczuwania tej wspaniałej ambiwalencji upływu Twojego czasu. Życzę radowania się chwilą i patrzenia z ciekawością i optymizmem w przyszłość. Życzę umiejętności pochylania się nad każdym Twoim dniem i doceniania go. Uśmiechu życzę.
Anno, wspominam pewną chwilę z sierpnia: szliśmy aleją wzdłuż wydm, Ty i Chuda szłyście pierwsze, ja i Gui z tyłu. Patrzyłem na was, a po łepetynie kołatało mi się zdziwione „to ona jest ich matką?”
To nie tyle komplement, co moje rzeczywiste zdziwienie i niedowierzanie. Przyjmij je, proszę, jako mój męski dodatek do urodzinowych życzeń.

Anna Kruczkowska pisze...

Ślaski obiad musi być pyszny! ( Chociaż bywa ciężki i tuczący)

Anna Kruczkowska pisze...

Dziękuję Ci, Krzysztofie, za życzenia! Mam nadzieję, że wszystko potoczy się po mojej myśli, a czas nadal będzie moim sprzymierzeńcem!

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Pracochłonny ten obiad, ale na pewno smaczny; kiedyś takie kluchy rozpadły mi się podczas gotowania, pewnie za długo wrzały z wodą:-) i potem już nie odważyłam się próbować; robię czasami takie śląskie z ziemniaków gotowanych, co to je dzieli się w garnku na ćwiartki, jedną wybiera, dodaje mąkę ziemniaczaną, na pewno znasz ten sposób; ale bez zrazików i modrej; pozdrawiam serdecznie.

Anna Kruczkowska pisze...

Mario, robiłaś gumikleizy, czyli białe kluski. Te serwowałam ostatnio z indyczą giczą w jabłkach. Czarne wymagają albo dużej ilości maki kartoflanej, albo odpowiednich ziemniaków no i oczywiście przypilnowania- miałam już okazję łowić pozostałości po rozgotowanych kluskach sitkiem!

Marchevka _ pisze...

Jam jest wszystkożerna, ale czerwona (haha, no właśnie, to w końcu jaka?) kapucha w tej wersji u mnie nie przechodzi. Nie i ju. Tylko na surowo i na zimno. Ale taką roladą zdecydowanie bym nie pogardziła. Ach!