sobota, 26 listopada 2016

Dzień z życia blogerki (na wesoło)

Sobota! Weekend! Laba! Ta.... laba ... Ciekawe, kto wczoraj wpadł na pomysł, że ma ochotę na galaretkę drobiową? A że placki na obiad? A pierniczki, że będziemy piec w sobotę?
No ok... blogerka. Więc będzie laba po blogowemu...
Wstaję o świcie ( ha, ha, ha, o świcie? Za oknem ciemna noc!) Zegar w kuchni wyświetla godzinę 5.45. Idealny czas, by się porozciągać w ciszy i spokoju- ostatnio z niedowierzaniem stwierdziłam, że niektóre ćwiczenia sprawiają mi trudność, więc koniec z odpoczywaniem po sezonie- trzeba się za siebie wziąć (choć kilka minut dziennie). Rozciągam więc mięśnie, a pies patrzy z dezaprobatą, po czym wraca do ciepłej, ciemnej i przytulnej sypialni.

Za oknem mgliście i deszczowo, nie będzie bajecznego wschodu słońca- pies chyba jest zadowolony- blogerka nie wyciągnie go na spacer za miasto, by wschód słońca sfotografować. Można spać dalej. Oczywiście dotyczy psa, bo blogerka po rozciąganiu jest gotowa do działania.
Najpierw kawa... zaraz, zaraz! Trzeba wyjąć z szafki tę nową, co ją należy przetestować. Najpierw zapach... no... kawa... świeżo palona... Można usiąść i wypić... ej! Jeszcze nie! Najpierw zdjęcie na Instagram! I odpowiednie hasztagi!
Teraz można... kawa pachnie. Blogerka odpala laptop, to czas prasówki. Pocztę trzeba sprawdzić. A... no tak! Przecież VITAY ma konkurs na opis jesiennego poranka z kawą. To coś dla mnie! Snuje się opowieść. Jeszcze tylko wyślij! I gotowe. Teraz czas na opis testowania na platformie testowej... , lektura ulubionych blogów...
Nadal ciemno. Może bym trochę powyszywała? Skoro mam już przygotowane płótno...
Za oknem coraz jaśniej, ale nadal mgliście. Blogerka zabiera się za robienie galaretki drobiowej...Zaraz, zaraz... chyba trzeba zmyć lakier z paznokci, przecież z takimi odrapańcami nie będzie można zrobić zdjęcia z przebiegu gotowania! No! Jeszcze tylko sprzątnąć ze stołu pozostałości po pierwszym śniadaniu, filiżankę po kawie i laptop. A... i przebrać się, bo przecież ok. ósmej przyjdzie kobieta z wiejskim nabiałem. Głupio byłoby wyskakiwać piżamie w różowe kwiatki na klatkę schodową (tydzień temu paradowała w szlafroku, drugi raz mnie nie zaskoczy) Cóż... o tym, że założyła t-shirt na lewą stronę, przekona się dopiero gdy w kuchni zrobi się za ciepło i zdejmie dresową bluzę...
Produkty, zdjęcia, kubeczki, rodzina wstała, komu kawę? Tak, tak galaretki robię... Pies wstał. Powąchał smakołyki. Zjadł.
 -No... pańcia! Teraz chcę już wyjść!
Blogerka zabiera psa na spacer (mokro, szaro, wieje... telefon zostawiam w domu, żadnych zdjęć mokrych liści!)
Galaretki gotowe, można wynieść na balkon. Ojej! Nie zrobiła zdjęcia na Instagram! Trudno. Jutro przed śniadaniem wrzucę fotkę przedśniadaniową. Co to??? A... burzenie w brzuchu- organizm domaga się drugiego śniadania... dobrze, że zostało trochę zielonej zupy brokułowo-jarmużowej z wczorajszego obiadu. Można nalać do kubka i wypić, jednocześnie sprzątając ze stołu resztki produktów.
Na stole zmiana dekoracji. Dynia, jabłka, ziemniaki... no przecież blogerka nie je "zwykłych placków'! Muszą być jakieś wymyślne, np. z dynią. Normalna gospodyni pewnie obrała by to wszystko, starła i zrobiła obiad. Ale przecież pisząc przepis na placki, trzeba gramaturę podać. Ups... waga blogerki niefotogeniczna... wysłużona jak małżeństwo blogerki- bo przecież i waga i malakser kupiono ze ślubnych pieniędzy... Trudno.
-Kiedy obiad? - Ślubny nieco spłoszony zagląda do kuchni, w której blogerka międli  coś w wielkim garnku.
- Za 15 minut, tylko wyrobię ciasto na pierniki, bo przecież na 15.00 blogerka umówiona na babskie pieczenie pierników, a ciasto musi swoje odpocząć (jakby kto pytał, przepis blogerka zamieściła 4 lata temu)
14.00- placki dyniowe gotowe, podane ze śmietaną i dżemem czereśniowym (- Nie jedz jeszcze, zdjęcie zrobię, będzie do wpisu)
Kolejna zmiana kuchennej dekoracji. Chwila oddechu przy filiżance herbatki. Korzystając z listopadowej bezsłoneczne aury chlipiemy antydepresyjny dziurawiec (przyda się na trawienie po plackach).
Nim pojawi się przyjaciółka, blogerka sprząta kuchnię, włącza zmywarkę. Domofon oznajmia gościa...
Trzy kobiety, trzy godziny, 1/5 litra grzanego cydru (przepis ), kilogram piernikowego ciasta, kilkadziesiąt wzorów foremek... Efekt? Góra pierników, wygrzebane z pamięci rodzinne anegdoty i stworzone nowe, jak choćby ta o pingwinach ( wśród foremek jest kurczak wielkanocny, na Boże Narodzenie jakoś nie pasuje- to przecież nie kurczak a pingwin! Pingwin z Madagaskaru!) i ustalony termin kolejnego spotkania- lukrowanie pierników, a potem gotowanie moczki.
O 18.00 spotkanie dobiega końca, ale wcześniej jeszcze fotka na fb z wnętrza piernikowego pudła, wysłanie kilku wiadomości z przebiegu sabatu czarownic i zaopatrzenie przyjaciółki w trochę domowych smakołyków.
 Blogerka może zebrać materiał zdjęciowy, zapisać przepisy, przygotować notki...
W ramach relaksu kąpiel z pilingiem kawowo-kokosowych, który Chuda przygotowała z fusów tej świeżo palonej kawy...

A potem może jeszcze sprawdzić kilka wypracowań???


9 komentarzy:

Marchevka _ pisze...

No, ale sama przyznaj, że takie zmęczenie jest baaaardzo przyjemne? A blogerki tak mają, że pod pojęciem "wolny dzień" kryje się to, co normalny człowiek wyrabia cały tydzień :D I to jest fajne :) :)

Anna Kruczkowska pisze...

No, ba! Bardzo przyjemne zmęczenie :) A dni wolne od tego są, by żyć jak najintensywniej najpełniej!

Olimpia Werol pisze...

No i przypomniałaś mi, że pora pomyśleć o pieczeniu pierniczków... Pozdrawiam :)

Anna Kruczkowska pisze...

Pierniczki trzeba upiec wcześniej, żeby zdążyły "dojrzeć" na święta. Cieszę się, że Ci o czymś ważnym przypomniałam , bo dla mnie pierniczki są ważne- budują świąteczny nastrój bardziej niż choinka.

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Ufff! i zajęta cała sobota, ale jak miło i przyjemnie:-) czy towarzystwo do pitraszenia też blogerskie? nastawiłam ciasto piernikowe dojrzewające, tylko żebym o nim nie zapomniała przed świętami; pozdrowienia ślę.

Anna Kruczkowska pisze...

Tak, było bardzo miło, Mario. Towarzystwo było mieszane- Chuda, czyli moja córka blogerka oraz przyjaciółka rodziny niezblogowana ;) No o cieście nie zapomnij, bo będzie jak u Babci Kasi- pierniki na Wielkanoc!

Krzysztof Gdula pisze...

Czytałem o ranku blogerki i myślałem, jaki byłby ranek blogera, gdyby nie musiał nastawiać budzika. Byłoby jakoś tak: wstał, ziewnął i zrobił obiad, bo południe już minęło :-)
A kto zrobił zdjęcie tej ładniutkiej dziewczynie wśród garnków?

Anna Kruczkowska pisze...

Twój ranek blogera- wstałem, gdy spora część Polaków własnie kładła się spać i dwie godziny później stawiałem auto na polnej drodze. Na niebie pojawiła się nikła łuna jutrzenki.
Zdjęcie zrobiła Chuda- kilka razy poprawiając i strofując, żebym się nie ruszała.

Krzysztof Gdula pisze...

Tak, masz rację pisząc o takim moim ranku, ale tylko wędrówki są w stanie nakłonić mnie do wstawania o porze właściwszej do kładzenia się spać :-)