niedziela, 16 kwietnia 2017

Na spotkanie z Górą

Poranna łuna rozświetlała wschodnie niebo. Pomarańczowiało... zewsząd jednak ciągnęły ciemne deszczowe chmury, które przekonały mnie do pozostania w ciepłej izbie. Przez umyte okna obserwowałam sloneczny spektakl. Chmury podbarwialy się różowo, a później żółto. Cały lekko zamglony świat stał się nagle żółtozłoty, by po chwili zszarzeć i ściemnieć. A potem nagle i niespodziwanie znad wielkiej sinej chmury wystrzeliły słoneczne promienie.
Po śniadaniu ruszyłam przed siebie. Wszak w zaleceniach mam dużo ruchu. Poszłam oczywiście przywitać Górę. Obeszłam ją zachodnim zboczem aż do południowego stoku. To tu pozostawiono ją samej sobie. 





Gołoborze porośnięte jest rzadkimi brzozami. Pomiędzy wielkimi głazami leżą powalone lata temu olbrzymy. Przyglądam się potężnym korzeniom, które mimo upływu kilkudziesięciu lat nadal trzymają w objęciach oderwane od ziemi łupki i kwarce. Zastanawiam się, co powiedziałby mi ten niemy świadek tragedii. Padł jako ostatni żywy w czasie gwałtownej nawałnicy? Czy może był już martwy, gdy silny wiatr powalił go i jego kompanów? Skłaniam się ku tej pierwszej wersji, bo martwe świerki łamały się jak zapalki, gdy przechodził huragan, a żywe wyrywane były z korzeniami. Podchodzę coraz wyżej, przede mną ściana młodnika pod samym szczytem. Tu słychać radosny ptasi śpiew, który przywraca mnie teraźniejszości. Już nie idę martwym lasem sprzed wielu lat, lecz współczesnym młodnikiem, zza którego widać już moje ukochane skały.
Gdy siadam na szczycie, oświetla go przedpoludniowe słońce. Słychać szum wiatru w gałęziach, jakieś szelesty, skrzypienia i wielogłosowe trele. GÓRO, JESTEM!
Schodzę ostrożnie zachwycając się zieleniejącym już dywanem leśnych traw, porostami na gałązkach. Nagle pod nogami zauważam dziwną gałąź... Ach! To nie gałąź, to prezent Góry dla mnie! Poroże! Pierwsze, jakie kiedykolwiek znalazłam! DZIĘKUJĘ CI, GÓRO.
Potem spadł śnieg i deszcz... i znowu śnieg. O zachodzie, gdy wydawało się, że szarość niepostrzeżenie przejdzie w ciemność, nagle rozbłysło coś czerwonego w oknach. Zdażyłam wbiec na Kufel, zobaczyć niepowatarzalny zachód słońca.



6 komentarzy:

Anonimowy pisze...

Pięknie piszesz Anno. U nas też padało, ale tak ładnie nie było.
pozdrawiam

Anna Kruczkowska pisze...

Dziękuję, A. W Gierczynie dobrze mi się pisze. Teksty powstają jakby samoistnie.

Aleksandra pisze...

Lubię wędrować to i tutaj zawędrowałam i zaciekawił mnie ten wpis. Pozdrawiam

Anonimowy pisze...


Może to dlatego że dużo samotnie spacerujesz. Masz czas na przemyślenia.

Anonimowy pisze...


Może znajdziesz teraz czas na jakiś mały wiosenny obraz. Dawno nic nie wystawiałaś:)

Krzysztof Gdula pisze...

Aniu, zupełnie inaczej czyta się o górskiej wędrówce, gdy można przypominać sobie opisywane miejsca, próbować dociec, w którym stoisz w tej chwili.
Ta góra nie jest w taki sposób moją, jak jest dla Ciebie, to oczywiste, ale zwykłem nazywać moimi te góry, na których byłem i które pamiętam w szeregu scen i obrazów. W takim sensie jest i moją.
Zachód miałaś piękny, bo przecież taki z chmurami jest barwniejszy, bardziej urozmaicony, niż ten z idealnie czystym niebem.