wtorek, 23 maja 2017

Czy sprzyjała nam Wambierzycka Pani? - Klasyk Radkowski 2017

Klasyk Radkowski to jeden z tych maratonow na które czeka się z niecierpliwością, ale też niepewnością i lękiem. Nie inaczej było i w tym roku.  Obie z Chudą ambitnie zapisałyśmy się na dystans giga liczący 200 km z przewyższeniami prawie 4000 m. (profil trasy)
Do Radkowa dojechałyśmy późnym popołudniem, po wielogodzinnej jeździe naszymi drogami w budowie.Upał, korki, przestoje, dziury, wykopy, czyli wszystko, czego można się spodziewać polskich drogach mocno nas wyczerpało. Przed 18 stawiłyśmy się w miejscu noclegu.  Tym razem zakwaterowanie miałyśmy w pensjonacie "Czarodziejski Młyn", gdzie przemiła właścicielka proponwała też wyżywienie. W czasie, gdy pałaszowałyśmy obiado-kolację nadjechał Krzyś. Dzięki temu na odprawę techniczną poszliśmy wspólnie. W bazie maratonu panował już ożywiony ruch i radosna atmosfera, którą tak bardzo lubimy.
Przywitaliśmy się z orgami oraz wszystkimi znajomymi, odebraliśmy pakiety startowe z bawełnianymi koszulkami i batonikami, pogadali z tymi i owymi. Głownym tematem rozmow była chyba pogoda, gdyż prognozy pokazywały dziwna anomalię- pomiędzy pogodnymi i ciepłymi piątkiem oraz niedzielą mieściła się zimna, deszczowa, wietrzna sobota. Będzie padało, czy nie będzie? W Radkowie wszystko jest możliwe. Prawie każdy ma tu swoją mrożącą historię z jazdy w deszczu, błocie, burzy.
Już w pokoju zastanawiamy się, komu złożyć ofiarę za jutrzejszą pogodę. Pada na... "Dziadka Janusza"- 20 maja mój tato obchodziłby 74 urodziny. Ciemnym piwem spełniamy toast, przez chwilę dywagujemy z Chudą, czy tu w Górach Stołowych włada też Karkonosz, a może jest jakieś inne lokalne bóstwo. Nasze rozważania kończymy stwierdzeniem, że zostaje nam jeszcze Wambierzycka Pani, której wizerunek zdobi tegoroczne medale.
Poranek wydaje się rześki, ale pogodny. Jednak z chwili na chwile chmurzy się, a słońce znika za chmurami. Zjadamy pozywną jajecznicę i ruszamy na start. Chuda startuje o godz. 8.00. Krzyś i ja o 8.08- kolejny raz zostaliśmy wylosowani wspólnie. Zarówno orgowie , jak i my same zasokoczeni jesteśmy ilością pań zapisanych na giga - zazwyczaj na Pętlę Stołowogórską w wersj ekstremalnej decydują się dwie, trzy kobiety, tym razem jest to siedem pań.
Organizacja maratonu jak zwykle dopięta w najdrobniejszym szczególe, więc planowo i bez zaskoczeń ruszamy na trasę. Moja grupa startowa odjeżdża natychmiast, co nie jest niczym nowym.
Toczę się swoim tempem przed siebie, mijając doskonale znane punkty: ruiny pałacu w Ratnie, Bazylikę w Wambierzycach, pierwszy podjazd. (refleksje z 2015) na koło. Trochę jedziemy wspólnie. Podjazd mam mocniejszy, więc panowie jadą za mną. Potem zjazd i... tyle ich widziałam. Na pierwszym okrążeniu jest jak zwykle tłoczno, bo mijają mnie po kolei kolarze z dystansów mega, a potem i mini. Witamy się serdecznie, pozdrawiamy, czasem na podjeździe zamienimy kilka słów (już po maratonie Chuda stwierdzi, że kilkakrotnie ktoś informował ją w jakiej odległości od niej jestem, co za każdym razem mile nas zaskakuje ("mamo, znasz Agatę?( Agatko, pozdrawiamy!))  Podjazd na Batorowie wydaje się równie dziurawy, co rok temu, natomiast zjazd jest lekko połatany, co sprawia, że zamiast dziur są... góreczki świeżego asfaltu.
Jedzie mi się dobrze, temperatura w granicach 10-12 stopni wydaje się idealna na forsowne podjazdy, wystarczy rozpiąc bluzy i jest ok. Potem na zjeździe szybko się zapinam i nie marznę. W doskonałym humorze dojeżdżam do punktu żywieniowego. Mam trochę nadziei, że spotkam na nim Chudą lub mojego stałego towarzysza Krzysia, który wyjechał na trasę w grupie Chudej. Niestety są jedynie ludzie z z innych dystansów. Zatrzymuję się na moment, zjadam banan, przekomarzam z obsługą (oczywiście przypomina mi się wszystkie poprzednie akcje- nawet farelkę chcą mi podłączyć ;) )
Teraz czeka mnie zjazd do Kudowy, 8 km podjazdu pod Karłów, chwila na pokłonienie się Szczelińcowi i szalony zjazd do Radkowa. Pierwsze okrążenie zaliczone... Nie jestem zachwycona czasem, ale mieszczę się w tym, co założyłam. Jadę dalej. Za Wambierzycami doganiam kolarza z mega- znów chwila rozmowy, potem ja robię podjazd, kolega zostaje. Góra-dół, góra- dół. Na serpentynach pod Batorowem zauważam kolejnego kolarza. Krzyś??? Po chwili okazuje się, że mam przed sobą dwie osoby. Budzi się we mnie myśliwy. Przyspieszam, jednak podjazd się kończy, co chwilowo zmniejsza moje szanse na dogonienie znajomych. Widzę, jak Krzyś szybko jedzie po wyboistej drodze, druga osoba jest znacznie mniej odważna i po chwili już wiem, że to Iwona. Witam się i lecę dalej. Iwona za mną. Przez chwilę jedziemy obok siebie. Wymieniamy się spostrzeżeniami- Iwona marznie na zjazdach, ale chce jechać trzecie krążenie. Kolejny podjazd i łapiemy Krzysia. Przez chwilę jest nas troje, ale Iwona zostaje w tyle. Mija nas za to Orgowie Agnieszka i Andrzej samochodem. Uśmiecham sie do zdjęcia. Samochód nas wyprzedza, by za kilka kolometrów czekać na nas. Dowiaduję się, że na ostatnim kółku będą na nas czekać na punkcie o godz. 18.00. To dobra wiadomość, bo mamy spory zapas.
Wspólnie z Krzysiem dojeżdżamy do punktu. Z przyjemnością piję przygotowaną dla gigantów pepsi (to dziwne, bo nie przepadam za tym napojem, ale teraz smakuje jak nektar i ambrozja razem wzięte). Na podjeżdzie pod Karłów Krzyś znów odstaje. Jadę sama, licząc, że dogonie mnie na zjeździe. Tak też się staje, ale... dopiero w Radkowie. Krzyś wahal się, czy jechać trzecie okrążenie, teraz widzę, jak smiga prosto, nie skręcając do mety. Potem powie, że... się zagapił! Drugie okrążenie daje mi ogromną satysfakcję i radość. Czuję się silna i pewna swoich możliwości. Spokojnie sunę na trzecie kółko. Drogi są puste. Zaskakująco puste... To, że nie ma tu już kolarzy jest zrozumiałe, ale nie ma tez samochodów... Nagle uświadamiam sobie, że ruch na pierwszym okrążeniu spowodowany był przez... "samochody techniczne" - to krewni i znajomi kolarzy chcąc pomóc swoim, utrudniali jazdę pozostałym... Trochę przykre.
Do podjazdu pod Batorów Krzyś jeszcze jedzie ze mną. Potem zostaję sama i tym razem właśnie tak wjeżdżam na punkt żywieniowy. O dziwo, jest dopiero 17.20. Mam wiec spory zapas czasowy. Nim zjem, pogadam, odpocznę, nadjeżdża i Krzyś. Punkty kontrolny i żywieniowy mogą zakończyć pracę- nikogo juz nie ma na trasie. Iwona zdecydowała się skrócić dystans. Org Andrzej żegna nas słowami: "jedźcie ostrożnie, ale tak, żebyście zdazyli na dekorację!".
No to jedziemy... Wspólnie tylko do Kudowy, bo potem znów jest podjazd. O 18.30 zaczyna się ceremonia zakończenia. Słysze ją, gdy mijam tablicę z napisem Radków.
Wpadam na metę witana okrzykami. Przez moment nie wiem, o co chodzi... okazuje się, że znów dodałam dekoraacjom dramaturgii- własnie dekorowana była moja kategoria, czyli wjechałam w sam raz, by odebrać puchar za drugie miejsce - pierwsza była bezkonkurencyjna w Radkowie -Iza.
Nim zdażę odetchnąć mam przed sobą talerz gorącego ryżu z potrawka i herbatę. Jeszcze osozłomiona rozmawiam ze znajomymi, przymuję gratulacje... Siadam przy Chudej, bo mam mój koc, a teraz, gdy już nigdzie się nie spieszę zaczynam odczuwać zimno. Zimno, które zmusiło kilka osob do zmiany planów. Z siedmiu pan na naszym dystansie zostałyśmy we trzy. Góry Stołowe kolejny raz pokazały, że trzeba się z nimi liczyć.
Podsumowując:
Klasyk jak zwyle doskonale przygotowany, oznakowany i zabezpieczony. Na trasie policja, straż i klubowicze KKZK. Na asfalcie strzałki, słoneczka, wykrzykniki, buźki i ludziki- z roku na rok wzrasta inwencja twórcza "malarzy asfaltowych" . Dziury połatane, choć w dziwny sposób.  Punkt żywieniowy zaopatrzony tak, że nie chce się z niego odjeżdzać, samochód techniczny na trasie.
Pogoda idealna, wiatr wyczuwalny tylko na odkrytym "równym" terenie, czyli np. w Karłowie.
Plan wykonany w 100%- Chuda dołożyła mi 20 minut, a ja i tak poprawiłam swój czas z ubiegłych lat!
P.S. O Wambierzycach napiszę osobny post.
P.S.2. Wrazenia Chudej można znaleźc na jej blogu rowerowym 
P.S. 3 Zdjęcia z trasy dzięki uprzejmości organizatorów


11 komentarzy:

Aleksandra pisze...

Gratulacje.

Krzysztof Gdula pisze...

To już rok minął od poprzedniego maratonu w Radkowie?? A kiedy?
Ponad rok temu szedłem częścią Twojej trasy, był zmierzch śnieżnego dnia, teraz musi być tam pięknie i tak bardzo odmiennie.
Toasty okazały się być skuteczne, skoro nie padało, a mówią, że alkohol szkodzi… :-)

Anna Kruczkowska pisze...

Aleksandro, dzięujemy!
Tak, Krzysiu, to już rok. Czas bardzo szybko biegnie... Wiosna w Górach Stołowych, zwłaszcza ta tegoroczna, gdy wszystko kwitnie na raz, jest czymś niesamowitym. Feria barw i zapachów, festiwal odcieni zieleni i ... wysyp grzybów! Po prostu bajecznie!
Gdyby ktoś zobaczył, jak zaklinałyśmy w piątek pogodę, to nie uwierzyłby, że robią to dwie dorosłe, raczej inteligentne kobiety w pierwszej połowie XXI w.

Agata pisze...

Dziękuję za pozdrowienia. Dodam jeszcze, że dzięki Twojemu wpisowi z 2014 roku o Liczyrzepie, zdecydowałam się tam na start w 2015 i w ogóle w Supermaratonach. Chyba nawet wspomniałam Tobie Aniu po drodze, ale to był podjazd na Miedziankę i można było zapomnieć:)
Lubie czytać wasze wpisy, bo piszecie o rowerach i o górach (nie tylko!), a w tych historiach znajduję dużo siebie.
W moim osobistym rankingu zawodów jest Zieleniec, Radków i Liczyrzepa. Może to dzięki górom, może dzięki super organizacji, gdzie jest wszystko, czego mi trzeba: bardzo dobre oznakowanie trasy, jedzenie na punktach i na mecie, fajna atmosfera, szybkie i sprawne dekoracje i losowanie nagród;)
Ale przede mną Choszczno i może w rankingu będą zmiany:)

Pozdrawiam Was serdecznie, robicie fajne rzeczy i za to Wam dziękuję:)

Andrzej pisze...

No to pojechałaś Anno. Super. Skąd w Tobie tyle sił?

Anna Kruczkowska pisze...

Agato, pamiętam naszą rozmowę Na Miedziance, zrobiło mi się wtedy bardzo miło :) Fajnie, że w naszych postach odnajdujesz takze i swoje emocje, w końcu o to chodzi w pisaniu bloga- by do kogos trafiał :) Po Choszcznie Twj ranking najlepszych maratonów może ulec zmianie, bo jesli jeszcze tam nigdy nie jechałaś, to zobaczysz, jak można karmić maratończyków i jaką zrobić imprezę nad jeziorem (jak zdażysz, my po "giga" nie zdążymy, ale pamiętamy z czasów, gdy jeździłyśmy krótkie dystanse) Nasz ranking wygląda różnie w różnych latach. Radków i Zieleniec są w czołówce, bo tam faktycznie dba się o zawodników. Karpacz lubię, bo lubię ( o czym już wiesz) Lubimy też Nietążkowo i Świnoujście, a żal nam maratonu w Kołobrzegu, którego już nie ma (tam to były imprezy!)

Anna Kruczkowska pisze...

Andrzeju, to pytanie pada pod moim adresem bardzo często, w którymś poście pisałam, że aby przejechać wiele godzin samotnie, nie wystarczy być dobrze przygotowanym kondycyjnie, o wiele ważniejsze jest przygotowanie psychiczne, mentalne- umiejętność jazdy we własnym towarzystwie. Ja siebie po prostu lubię i mogę wiele godzin spędzić tylko ze sobą.

Agata Korczyńska pisze...

Tak sobie teraz pomyślałam,że w Twoich historiach widzę świat, który chcę dostrzegać, ale pochłania mnie zadaniowość. Zapominam spojrzeć na kolory wiosny, na te drobne rzeczy dookoła, które dają piękno, bo pochłania mnie zakręt na drodze. Uważność, tego uczę od Ciebie. Jak pisałaś o Czesi,która ma przejechać 100 km i to jest priorytet dla niej. Ja mam podobnie:) Pozdrawiam serdecznie:)

Andrzej pisze...

Anno wiele pokonałaś wiele ograniczeń i trudności. Bycie we własnym towarzystwie nie jest chyba najtrudniejszą z umiejętności jakie posiadłaś. Mam tylko nadzieje że samotne spędzanie czasu nie jest konsekwencją faktu że nie wszystkiego udało Ci się do końca nauczyć tak jak postanowiłaś dawno temu. Teraz kiedy Twoje wspaniałe dzieci urosły może bardziej to czuć? Mnie ostatnia osiemnastka po wakacjach zniknie z domu. Zobaczymy jak będzie.

Anna Kruczkowska pisze...

Agato, cieszę się że tak to odczuwasz. Mnie meczy Czesi zadaniowość- lubię mieć choć iluzoryczny cel, inny niż przejechać 100 km. Szukam pretekstów :)
Andrzeju, źle ująłeś temat: między samotnością a byciem ze sobą jest ogromna różnica. Samotność najczęściej jest konsekwencją czegoś i traktuje się ją pejoratywnie. Bycie ze sobą samym jest wyborem. Jeśli nie mam ochoty na wyjazd sama, to jadę z którąś z dziewczyn albo odpowiadam na zaproszenie znajomych.
Rozumiem, że obawiasz się syndromu opuszczonego gniazda? Dla nas wyjazd dzieci był nowym początkiem, zachłysnęliśmy się wolnością. Teraz mieszka z nami Chuda.

Andrzej pisze...

Dobrze że się pomyliłem. Nawet mnie to cieszy. Póki co dużo pracuję i nie odczuwam braku dzieci. W końcu robię to głównie dla nich. Może z czasem się to zmieni.