poniedziałek, 15 maja 2017

II Maraton Szosowy dookoła Jeziora Miedwie

W momencie, gdy pojawił się kalendarz tegorocznych Supermaratonów Szosowych  nie zaznaczałam w swoim prywatnym kalendarzu daty 13 maja - II Maratonu Szosowego dookoła Jeziora Miedwie. Raz, że dystansem maksymalnym było króciutkie Mega - 130 km - toż to niemal szkoda rower z piwnicy wyciągać, dwa - zeszłoroczni uczestnicy bardzo nieprzychylnie wypowiadali się o stanie asfaltów na wytyczonej w okolicach Stargardu trasie, a trzy - mama nie jechała, to samej mi się nie chce. 
Okazało się jednak, że jedzie Krzyś. Początkowo miałam w związku z tym plan, że pojadę z nim w roli nadwornego fotografa - porobię zdjęcia, pobyczę się nad jeziorem, pokręcę, porozmawiam ze znajomymi. Ostatecznie jednak wystartowałam na dystansie 130 km. Wprawdzie organizatorzy zapomnieli chyba, że ideą maratonu jest pokonanie jego dystansu, a nie wkręcenie sobie języka w szprychy ścigając się z czasem i ustawili wyśrubowany czas na przejazd tego odcinka - 5 godzin (co wymagało utrzymania średniej 26 km/h - dla mnie - nierealnej na takim dystansie). Było to dla mnie o tyle dziwne, że na mini (65km) uczestnicy dostali 3 godziny - dlaczego więc nie można było na mega dać dwa razy tyle czasu? Wprawdzie, gdy przekroczyłam wyznaczony czas o 15 minut nie robiono mi problemów, ale co nadenerwowałam się przed startem, to moje. 


13 maja pojawiliśmy się więc z Krzysiem z samego rana w Morzyczynie pod Stargardem, by odebrać pakiety, przygotować się, a następnie wystartować. Krzyś chciał przepisać się do innej grupy, ale usłyszał zdecydowany sprzeciw - było to o tyle niesprawiedliwe, że rotacje zawodników pomiędzy grupami były widoczne zarówno na grupach startowych (teoretycznie alfabetycznych, w rzeczywistości niekoniecznie...), a później także na starcie. Ej! Tak się nie robi! Skoro ktoś dopuszcza możliwość przepisywania się pomiędzy grupami, to albo (zgodnie z regulaminem) ustala dla tych osób osobną klasyfikację, albo bez konsekwencji pozwala na to wszystkim - zawodnicy powinny być traktowani równo. 
Wystartowałam o 9:02. W grupie startował także kolega Krzysztof, z którym często jeździ mama. Na początku jednak udało mi się przez kilka kilometrów utrzymać za grupą. Panowie jechali ok 30 km/h i wiedziałam, że prędzej, czy później i tak odpadnę, ale udało mi się utrzymać za nimi na prostym kawałku, gdzie miałabym pod wiatr. Później wprawdzie odpuściłam, ale kilka km miałam już przejechane. Niedługo także dogonił mnie Krzysztof i już niemal do końca jechaliśmy razem - czy to dając sobie zmiany, czy jadąc obok siebie i rozmawiając. 
Trasa maratony była bardzo malownicza i dosyć zróżnicowana - wiodła wokół Jeziora Miedwie, które czasem majaczyło po prawej stronie pomiędzy polami i drzewami. Przez znaczną część maratonu wokół rozciągały się pola - często intensywnie żółty i pachnący rzepak (który nareszcie postanowił zakwitnąć!), mijaliśmy także kilka wsi. Droga miejscami biegła prosto i płasko, by po jakimś czasie zacząć się wić lub wspiąć się na kilka niewielkich wzniesień. Niestety urozmaicony był także asfalt - dwa odcinki wiodące głównymi drogami były super (szczególnie jeden z wyznaczonym szerokim poboczem/pasem awaryjnym), ale pozostała część trasy w wielu miejscach pozostawiała wieeeele do życzenia. Najbardziej rozbrajały mnie komunikaty napisane przez organizatorów na drodze "dziury 3 km", po 3 km następowały dwa metry całego asfaltu, na których napisano "dziury 5 km". Osób zmieniających dętki naliczyłam chyba kilkanaście, w przyszłym roku, jeżeli przyjdzie mi do głowy jechać w tym maratonie tą trasą, to biorę rower górski na grubej szerokiej oponie i z amortyzowanym przodem - na tę drogę szkoda zarówno lżejszego roweru, jak i nadgarstków. Warto jeszcze wspomnieć o świetnym zabezpieczeniu trasy przez służby - przy dwukrotnym wjeździe na główną drogę stały spore obstawy złożone ze strażaków i policjantów, którzy nie tylko kierowali zawodników, ale także wstrzymywali na chwilę ruch. Co ważne - także w czasie drugiego z moich przejazdów, co zdarza mi się niezmiernie rzadko. Byli także widoczni w kilku innych newralgicznych miejscach na trasie. 
Dojechawszy w 5 godzin i 14 minut zdążyłam jeszcze przebrać się i ogarnąć przed zakończeniem oraz spędzić z Krzysiem chwilę nad jeziorem. Mój chłopak zajął 1 miejsce w swojej kategorii oraz 14 w open (jechał trzy i pół godziny) <3 
Zakończenie przebiegło sprawnie, ale jakież było moje zdziwienie, gdy wyczytano mnie na podium za klasyfikację open kobiet na rowerach innych. Zajęłam w niej 3 miejsce ( i wcale nie było ono ostatnie!), wprawdzie szybko się okazało, że po wejściu na podium i nagrodzeniu nas pucharami (Ania z 1 miejsca otrzymała także wartościową nagrodę) musimy zwrócić trofea, gdyż klasyfikacja ta miała nie być wyczytywana i nagradzana i organizatorom zabraknie później trofeów dla kolejnych planowych klasyfikacji. W swojej kategorii jak zwykle byłam bezkonkurencyjna (czyli jedyna). 

Po zakończeniu imprezy wybraliśmy się jeszcze z Krzysiem na spacer po Stargardzie, a niedzielne popołudnie upłynęło nam na zwiedzaniu Szczecina, o tym jednak więcej wkrótce... ;) 

2 komentarze:

Krzysztof Gdula pisze...

Trzy godziny na przejechanie 65 km, a pięć na 130? Faktycznie, dziwna logika.
Cóż, można powiedzieć, że szosa nie była najgorsza, skoro najdłuższy odcinek z dziurami nie przekraczał pięciu kilometrów :-)
W wtorek, za tydzień, mam być w Stargardzie, tyle że przyjadę ciężarówką.

Chuda pisze...

O samym Stargardzie parę słów będzie jutro - warto przejść się po mieście, jakbyś miał wolną chwilę, zachowało się całkiem sporo miejskich fortyfikacji. :)