poniedziałek, 12 czerwca 2017

360 km jazdy towarzyskiej- Ultramaraton w Świnoujściu

Ultramaraton w Świnoujściu od zawsze był dla nas bardzo ważną impreza w maratonowym kalendarzu. To własnie tu w 2012 r. przejechałyśmy z Gui swój pierwszy maraton zaliczany do Pucharu Polski w Supermaratonach Szosowych. Tu swoje rekody w długości przejazdu biła Chuda, a ja rekord prędkosci przejazdu. Wreszcie to tu jest rewelacyjna, zgrana ekipa przygotowująca imprezę (od tego powinnam zacząć!) Zatem i w tym roku nie mogło nas zabraknąć, zwłaszcza, że to jedyny w tym roku ultramaraton cyklu.
Noclegi zamówiłam na wyspie Wolin, żeby nie martwić się przeprawą promową o świcie. Naszej kwaterze poświęcę osobny post, gdyż miejsce nas zauroczyło!

Nasz pobyt w Świnoujściu rozpoczęłiśmy od szwendania się po mieście, leżenia na plaży i... zaprzyjaźniania sie z mewami, które dzięki dokarmianiu ich przez Krzysia nie chciały sie od nas odczepić ( myślę, że Krzyś uczył się u Hitchcocka) Późnym popołudniem zameldowaliśmy się w biurze zawodów, by odebrać pakiety startowe i posłuchać odprawy technicznej. Przed dwudziestą w biurze wreszcie zrobiło się gwarno, mogłyśmy przywitać znajomych (niektórych dawno nie widziałyśmy, więc powitania były gorące). Trasa maratonu w porównaniu z ubiegłym rokiem zmieniła się tylko nieznacznie. Mnie ucieszyło, że ominiemy bruk w Stolcu, na którym rok temu zgubiłam towarzyszy jazdy. Po odprawie wróciliśmy na drugi brzeg Świny, gdzie w domku czekała już nocująca z nami Iwona. Na rozmowy nie było zbyt wiele czasu, ponieważ starty przewidziane były od 5.00.  Przed zaśnięciem przeżyliśmy jeszcze gwałtowną burzę, której pojawienie się przywitaliśmy  z... radością, bo zgodnie z prognozami miała być o świcie. Istaniała szansa, że nie będzie kolejnej w czasie naszych startów.
Obudziłam się nim zadźwięczały budziki. Śniadanie, poranna toaleta, spojrzenie na pogodę (będzie dobrze) i ruszamy na linię startu. Cała nasz czwórka wybrała dystans 355 km. Jeszcze tylko przypięcie nadajników GPS (takie novum na maratonie) i możemy ruszać. Iwona wylosowała pierwszą grupę. My z  Krzysiem kolejny raz jesteśmy w tej samej, drugiej grupie startowej. Jest w niej także Teresa, której jeszcze w tym roku nie widziałam. Chuda startuje kilka minut później w grupie z Romkiem, co oznacza, że znów będzie miała dobry czas.
Grupa startuje i od razu układa się w podgrupki. W ostatniej jest nasz dwuosobowy team: Terenia i ja. Od początku jedzemy po równych zmianach. Mamy dobrą prędkość i jedzie się naprawdę dobrze. Po godzinie mijamy Wolin. Zaraz potem dobija do nas maratończyk z kolejnej grupy startowej. Jedzie tylko odrobinę szybciej niż my, więc łapiemy się "na koło"  i lecimy! Teraz jest nas już troje do zmian. Nim się spostrzeżemy dojeżdżamy do Stepnicy, gdzie... zaczynamy się udzielać towarzysko. Nie przesadzamy z tym jeszcze, ale i tak kilka minut mija nim ruszamy dalej. Szybkość i dobra rowerowa pogoda sprawiają, że mam wyśmienity humor. Co jakiś czas z Tereską zamieniamy kilka słów, ale na prawdziwe plotkowanie dopiero przyjdzie czas. Przez krótką chwilę grupkę zasila Mirek, ale ma inny styl jazdy, więc na razie zostaje w tyle. Prawdę mówiąc, nim się spostrzegam mamy Załom i wjeżdżamy do Szczecina. Znam trasę, wszak jechałam nią rok temu, wychodzę więc na zmianę i prowadzę przez miasto. Tylko raz mam chwilę zastanowienia, ale Tereska potwierdza, że jedziemy dobrze. Sama jestem zaskoczona, że tak dobrze zapamiętałam wszystkie newralgiczne miejsca- oznakowanie na słupkach jest, ale nie zawsze dobrze widoczne i jak dowiemy się na mecie niejeden zbłądził własnie w Szczecinie. Za miastem nasz towarzysz słabnie, do Kołbaskowa nie jest jednak już daleko, więc udaje mu sie dotrzeć razem z nami. Tu czeka na nas z gościną Ela, zatrzymujemy się na kawę, bułkę i chwilę relaksu, zostawiamy tez nadmiar ubrań, bo robi się przyjemnie ciepło. Okazuje się, że nasz kompan ma na imię... Krzyś! No, ja już chyba skazana jestem na jazdę z Krzysiem ;) W sumie, nieźle mieć w drużynie kogoś, kogo patronem jest opiekun kierowców. Można czuć się bezpiecziej? W czasie naszej pogawędki na punkt żywieniowy wjeżdża  grupa Chudej- są w niej Romek, Marek, Krzyś K. (nie mylić z Krisem od Czesi) i Iwona. Pojawia się także Mirek, ale on nawet się nie zatrzymuje tylko jedzie dalej, zabierając ze sobą swoją córkę Kamilę.  Powitaniom i dowcipom nie ma końca. No ale trzeba ruszać w dalszą drogę. Krótką chwilę w głowie kołacze mi się nadzieja, że stworzymy spory pociąg i dociągniemy sie do Nowego Warpna. Plonne są jednak moje nadzieje, gdyż zaraz za Kołbaskowem Terenia traci rytm na krzywym bruku pod górkę i zostaje. Grupa Czesi, z racji szerokich opon lepiej radzi sobie na kamieniach i odjeżdża. W pogoń rusza Krzysiu. Ja czekam na Terenię. Znów jesteśmy we dwie. Jedziemy równym tempem, co jakiś czas robiąc sobie "sesję dialogową". Czas mija nam szybko. Z naprzeciwka zacznają nadjeżdżać nasi koledzy, którzy minęli już Nowe Warpno i wracają. Machamy sobie, coś pokrzykujemy. Udaje nam się też dogonić Krzyśka, a nawet Mirka, który zagapił się i nie skręcił. Na szczęscie nasze krzyki sprawiają, że zawraca. Jedzie jednak mocno i nie łapiemy się na koło. Za Dobieszczynem zaczyna się długa droga lasem, a las wygląda na niekończący się i po pewnym czasie mamy go już dosyć- zwłaszcza, że trochę nam wieje w twarz.
Nowe Warpno witamy z ulgą, zaplanowałyśmy tu kilkuminutowy odpoczynek. Miejsce jest ku temu idealne- można usiąść i spokojnie wypić herbatę, posilić się a nawet strzelić sobie pamiatkowa fotkę. Na punkcie odpoczywa już Chuda z grupą. Oni jednak kończą postój. Ze zdziwieniem stwierdzamy, że... niegdzie nie ma Iwony, która powinna być przed nami! Chuda jedzie, my jeszcze dowcipkujemy z osługą punktu: Jasiem i Teresą. Krzysiek przebąkuje coś o lawecie, ale udaje się go przekonać do dalszej jazdy w naszym towarzystwie i na naszym kole. Zaraz po wyruszeniu zauważamy Iwonę- pobładziła, ale do punktu na już blisko. Dalej ma ostatni na trasie zawodnik, ale też powoli dojeżdża.
Humory nas nie opuszczają- wiatr wieje w plecy, słoneczko przygrzewa. Krajobraz zmienia się jak w kalejdoskopie- las, którym dotyczas jechaliśmy- piękny sosnowy, pachnący ciepłymi igłami zostaje za nami. Teraz jedziemy wśród wielobarwnych łąk i pól. Pachną przydrożne zarośla czarnego bzu, dzikiej róży. Co jakiś czas pojawia się słodki, upojny i jakże ulubiony przeze mnie zapach akacji.Tak! To już ten akacjowy czas! Nasza droga to wznosi się, to opada. Na podjazdach prowadzę,mając czas, by ze szczytu podziwiać rozległe widoki, w tym genialną panoramę Szczecina. W pewnym momencie dogania nas Iwona. Jest niesamowicie zadowolona, bo dosyć ma błądzenia i zapewnia, że będzie się nas trzymała, by nie zginąć w Szczecinie. Z punktu w Kołbaskowie ruszymy więc wspólnie, po tym, jak nas Ela "wygania":
- ja was lubię, ale jedźcie już do tej mety! O dwudziestej chcę was tam widzieć. (optymistka... z moich wyliczeń wynika, że dokulamy sie przed 21)
Wspólnie z Terenią przeprowadzamy team przez Szczecin. Trochę się martwiłam jak poradzimy sobie w godzinach szczytu, ale nie było źle. Za miastem na zmianę wychodzi Iwona. Jedzie mocno, czasem zbyt mocno, ale staramy się utrzymać.  Tylko Krzysiek odpada. W Goleniowksiej Strefie
Ekonomicznej kolejny raz podziwiam ogromne śmigła wiatraków, które właśnie tu są produkowane. Około 18.30 ruszamy ze Stepnicy, gdzie znów chwilę odpoczywaliśmy (Krzysiek zdązył dotrzeć). Powoli widać już nasze zmęczenie... Iwona prowadzi, czasem na zmianę wychdzę ja lub Terenia. Ale coraz częściej słyszę, jak Terenia twierdzi, że na kolejnej górce odpuszcza. Wiem, że to tylko takie jej gadanie, a przy tym nie zostawię jej! Wreszcie za Wolinem pozwalamy Iwonie odjechać. Nasze tempo jest słabsze, ale do mety pozostało niewiele... Jeśli ktoś zapytałby mnie o najdłuższą godzinę życia, to chyba ta godzina między 20 a 21 maratonu w Świnoujściu była wyjątkowo długa. Jednostajna ruchliwa szosa przez las, w górę w dół i końca nie widać... Nasze ślimacze tempo odpowiada też Krzysiowi, który ciągnie się za nami. Jeszcze tylko trochę... Za zjazdem na Międzyzdroje rozczulają mnie... żółte kosaćce rosnące na wąskim pasie bagna między ruchliwą trójką a równie ruchliwym traktem kolejowym. Niesamowicie wyglądają tu owe delikatne jaskrawe kwiaty.
Jeszcze tylko 10 km... ciągnę te swoje dwa wagoniki, co jakiś czas sprawdzając, czy wszyscy są. mamy już tak niewiele do mety, że nie chciałabym nikogo z nich zgubić. Tyle przeceiz wspólnie przejechaliśmy... Rondo w Świnoujściu, zjazd w stronę latarni, wreszcie skręt w lewo... Chyba wszystkim nam sie wydaje, że czujemy woń świeżo smażonej ryby, która czeka nas na mecie... Z Teresą bramki mijamy po... 15 godzinach, 59 minutach i 44 sekundach- jednocześnie! Krzysiek wjeżdża zaraz za nami.
Ledwo udaje nam się przełknąć wymarzoną rybkę, gdy zaczynają się dekoracje zawodników na naszym dystansie. Komary tną jak opętane. Nie ma zbyt wiele czasu na rozmowy, bo nikt nie chce zostać kolacją tych krwiopijców.
Trochę mi żal, że to już... Żegnamy się ze znajomymi i wracamy do domku...
W tym roku Ultramaraton w Świnoujściu miał dużo skormniejsza oprawę- zamkniecie imprezy w sobotę, bez zwyczajowego spotkania w marinie sobotnim wieczorem i ceremonią w Domu Kutury pozostawia niedosyt. Wetereani maratonów kolejny raz wspominają te huczne imprezy sprzed kilku lat, gdy był czas na integrację i nawiązywanie przyjaźni. Ech.. ech, coś nam umyka niepostrzeżenie...
relacja Chudej
zdjęcia


8 komentarzy:

Andrzej pisze...

Witaj
Ciekawa opowieść zwłaszcza dla pasjonatów. Wymaga to sporo dyscypliny i potwornej kondycji.
Całkowicie nie dla mnie. Co innego praca to tak ostatnio często przez 16 godzin- ale to kwestia wyboru.

Anna Kruczkowska pisze...

Tak, Andrzeju, to kwestia wyboru. Dla mnie to najlepszy relaks i odskocznia od wszystkich trosk.

Krys Tek pisze...

355 km.... wariatka ;) Oczywiście gratuluję dystansu. Ponoć apetyt rośnie w miarę jedzenia lecz ja jakoś zatrzymałem się na 200 z małym haczykiem i nie ciągnie mnie by to poprawić... Ale co kto lubi...

Tunia Korniak pisze...

jestescie niesamowite ! gratulacje !!

Teresa Ostrowska pisze...

Fajnie napisane ! Ale Masz pamięć Aniu , wręcz fotograficzną . Ja już bym połowę z tego zapomniała.
Było fantastycznie.
Dzięki Aniu
Może jeszcze kiedyś pojedziemy razem ?

Anna Kruczkowska pisze...

Krys Tek, wiem, że wariatka :) Gdybym nie miała kiedyś marzenia o przejechaniu z jednego domu do drugiego, pewnie bym się na 200 zatrzymała.
Tuniu, dziękuję w imieniu swoim i Tereni.
Teresko, dziękuję :) Staram się, żeby dobrze się czytało. Też liczę że jeszcze razem gdzies pojedziemy.

Andrzej pisze...

Sporo musi być tych trosk żeby odskakiwać trzeba było na 355 km.
Tak czy inaczej, wielki szacunek Anno.

Krzysztof Gdula pisze...

Aniu, Janek przysłał mi link wspominając o niespodziance. Była, chociaż szybko zorientowałem się, kto pisze: to była relacja Chudej. Teraz przeczytałem Twoją.
16 godzin na rowerze! Kruszynko, jesteś stworzona z jakiegoś lepszego materiału niż wielu innych ludzi, mnie nie wyłączając.
Gratuluję pokonania zmęczenia, rezultatu i dojechania na metę w dobrej kondycji – pewnie tak było, skoro zaraz poleciałaś na rybkę :-)