poniedziałek, 5 czerwca 2017

Rodzinny weekend

Nieczęsto zdarza nam się ostatnio siadać w pięcioro przy naszym kuchennym stole. Tym bardziej są to chwile cenne i drogie. W piątkowy wieczór taka chwila nam się przytrafiła. Do domu zawitały dzieci. Pretekstem był udział w weselu mężowskiego chrześniaka.

Przed 19.00 w domu zrobiło się gwarno i głośno, Koki oszołomiony tłokiem nie wiedział, kogo obskakiwać i witać najpierw. Gdy się już nacieszył, zaległ na posadzce w kuchni blisko stada. A my? My usiedliśmy nad miską świeżych truskawek, z kubkami gorącej czekolady z piankami, która okazała się najlepszym napojem na wieczorne rozmowy. A tematów jak zwykle nam nie brakowało. Każdy dorzucił swój Były więc i trasy rowerowe i hydrobudowy, zakupy na Aliekspressie, kozy, alpaki, urządzanie mieszkania, plany, plany, plany i marzenia. Nim się spostrzegliśmy zrobiło się bardzo późno.
Sobota przebiegła pod znakiem przygotowań do wyjścia. Sukienki, garnitury, buty, prasowanie, makijaż, fryzury... Samo wesele było typowo polskie: panna młoda w śnieżnobiałej sukni z welonem, pan w czarnym garniturze. Młodzi i szczęśliwi. Widać było, że są zadowoleni, choć spięci nową sytuacją. Sala weselna Impresja w Nowielicach duża i przestronna, jedzenie pyszne. Zespół grał jak to na weselu: czasem tak, że tylko najwytrwalsi, którym muzyka nie przeszkadza w tańczeniu wytrzymywali na parkiecie (nawet mój Ślubny wymiękał , nie dając rady tańczyć czegoś, co tylko z nazwy było piosenką do tańca) Po północy zaczęły się zabawy oczepinowe, w których wziął udział Syn i nawet muchę złapał... oj, oj...
Nie dotrwaliśmy do końca wesela. Mnie wymęczył hałas, Gui z Chudą chyba zarwały poprzednią noc na rozmowach i teraz prawie przysypiały. Przy tym Gui w niedzielę o 10.00 już wracała do Wrocławia i należało ją na dworzec odtransportować bezpiecznie.
Krótkie było to nasze wspólne bycie razem, ale jak zwykle przyniosło nam mnóstwo radości. Z dziewczynami zrobiłyśmy sobie oczywiście selfie, przy czym okazało się, że podobne zrobiłyśmy dokładnie 4 lata temu, w czasie rodzinnego wypadu na lody.

P.S. W ramach zakupów na Aliekspressie zamówiłyśmy kalkomanię do paznokci, która idealnie pasowała do mojej sukienki ;)


8 komentarzy:

Andrzej pisze...

Ładny wzorek mają te paznokcie choć odrobinę staromodny :)

Anna Kruczkowska pisze...

Andrzeju, staromodny, czy staroświecki ;) Mnie się po prostu gust nie zmienia. Może pamiętasz moje dziewczęce kreacje? Były przeszyte z kwiecistych babcinych sukienek ;) I to zamiłownaie do kwiatowych wzorów mi pozostało.

Andrzej pisze...

Masz rację gusta się rzadko zmieniają a te sukienki jak wiersze, prześliczne. Zresztą lubisz je nadal widać to na zdjęciach z wręczania nagród. Dobrze to wszystko wygląda przynajmniej z tego co publikujesz, choć zdaje sobie sprawę że to tylko ułamek Twojego świata. Niech będzie jak najbardziej kolorowy jak letnie, zwiewne sukienki.

Aleksandra pisze...

Każde spotkanie nawet najkrótsze z najbliższymi jest miła chwilą, która krótko trwa - samo życie. Pozdrawiam

Krzysztof Gdula pisze...

Fajne te Wasze zdjęcia, pynio przy pyniu :-)
Spojrzałem na drugie zdjęcie i przez głowę przeleciała mi myśl (sama, niekierowana, nieproszona, całkiem sama, więc ja nie winien): pocałowałby je.
Na początku tekstu miałem nadzieję zobaczenia też zdjęć Twojego syna.

Jan Łęcki pisze...

Obejrzałem Wasze zdjęcie na fejsie i stwierdziłem, że wszystkie trzy jesteście posiadaczkami fajnych usteczek - takich całuśnych. A gdy otworzyłem ten temat, przekonałem się, że Krzysiek pomyślał o tym samym! No, no...

Anna Kruczkowska pisze...

Tak, Aleksandro, dlatego te małe chwile trzeba celebrować.
Krzysiu, Janku- od razu widać, że prawdziwi mężczyźni 😄

Krzysztof Gdula pisze...

Janek tak był poruszony naszą podobną reakcją, że zadzwonił do mnie. Uśmiałem się słysząc jego nowinę z facebooka :-)