niedziela, 25 czerwca 2017

Trzebiatowskie Sąsiady po raz dwudziesty!

"Sąsiady" to jedna z tych imprez, które w kalendarzu wydarzeń trzebiatowskich niesamowicie lubię, ponieważ pokazuje ona wielokulturowość naszego miasta z jednej, a stopień integracji z drugiej strony. Pamiętam początki tej imprezy z korowodem zespołów folklorystycznych- bardziej festiwal niż festyn, gdzie muzyka była najważniejsza. Z czasem formuła się zmieniała, tak, by trafić w gusta uczstników i widzów.

W tym roku oprócz koncertów nacisk został położony na zajęcia warsztatowe: można było nauczyć się haftu krzyżykowego, uszyć maskotkę, przygotować biżuterię, zbudować dom dla Kłapouchego, ulepić cegłę lub... wydoić krowę. W taki sposó promowały się pobliskie gospodarstwa agroturystyczne i stowarzyszenia. Serwowano zupę sąsiada, którą w tym roku był pyszny barszcz ukraiński. Karmiono ciastami i chlebem ze smalcem.
My tradycyjnie wystawiłyśmy stoisko rękodzielnicze, jednak to nie ono przyciągało do nas uczestników, a... stos chwastów.
Kilka dni temu jako stowarzyszenie zostaliśmy poproszeni o przygotowanie warsztatów wyplatania wianków sobótkowych i tym zajmowałyśmy się całe sobotnie popołudnie. Przez nasz kram z ziołami przewinęło się kilkadzisiąt osób chcących uwić sobie wianek na bazie bylicy, wielu przystawało, by zapytać o zioła albo po prostu popatrzeć jak pracujemy. Przyznam, że niektóre wianki wyszły imponujące! Przed dwudziestą z naszej sterty ziela nie zostało praktycznie nic. Za to o dwudziestej pierwszej Regą spłynęło kilkadzisiąt cudnych wianków i tradycji świętojańskiej stało się zadość.
Trochę brakowało mi  Chudej która w tym czasie startowała w maratonie w Wolsztynie, ale nasze wolontariuszki Marysia, Klaudia i Werka stanęły na wysokości zadania i dzielnie mi towarzyszyły.
Trochę zawiodła pogoda, która ciemnymi chmurami straszyła cały dzień, a chwilami rosiła drobnym deszczem- dzieci chowały się wtedy pod folią mararską rozłożoną wokół niewielkiego krzewu.
O pechu może natomiast mówić gwiazda wieczoru- zespół Lemko Tower. Zaraz na początku występu lunęło i widzowie w popłochu opuszczali krzesła rozstawione przed sceną. Pozostała zaledwie garstka. A szkoda, bo grupa gra niesamowicie energetyczny folk i w innych warunkach na pewno porywa do tańca całą widownię.
Pod koniec występu wyszło słońce, ale tyło za późno, by ludziom chciało się wracać. Najwytrwalsi zostali jednak do końca i uczstniczyli w barwym wiankowym korowodzie. Na Regę spuszczone zostały dwa wielkie wieńce przygotowane przez Stowarzyszenie Aramis ( na jednym zapłonęły sztuczne ognie) oraz kilkadzisiąt wianków uplecionych na naszych warsztatach.
Była to kolejna nieźle przygotowana impreza, Można jedynie żałować, że niepewna pogoda odstaszyła widzów i nie było ich tak wielu, jak bywało w innych latach. Dopisały dzieciaki, które przed kilka godzin doskonale się bawiły.
P.S. Za piękne zdjęcia dziękuję Dorocie- mamie Werki :)




4 komentarze:

Aleksandra pisze...

Świetna sprawa. Super są takie imprezy plenerowe. Bardzo często aura lubi płatać nieprzyjemne figle. Jednak myślę, że w rezultacie było dobrze patrząc na zdjęcia. Pozdrawiam

Andrzej pisze...

Dziarska minka, kwiaty we włosach słowem udana impreza - jak co roku.
pozdrawiam

Krzysztof Gdula pisze...

Na zdjęciu zobaczyłem wcielenie jednej z odwiecznych bogiń przyrody. Wyglądem przypomina Anię K., ale zdradziła się zielnym wiankiem na głowie.
Ciekawe, jak się bawiła wśród ludzi…

Anna Kruczkowska pisze...

Aleksandro, bardzo lubię ten typ imprez, zwłaszcza jeśli mają czytelny motyw przewodni. A tak się w przypadku "Sąsiadów" w Trzebiatowie, czy Izerskiej Gali w Mirsku (oraz w wielu innych mało znanych miejscach)
Andrzeju, tak, całkiem udana.
Krzysiu, bawiła się całkiem nieźle- nawet pląsała pod sceną w takt łemkowskich dumek.