niedziela, 9 lipca 2017

III Supermaraton Szosowy "Szlakiem Don Kichota"

7 lipca do pracy bladym świtem ruszyłam samochodem z zapakowanym już rowerem i wszystkimi potrzebnymi na trasie rzeczami. Po pracy zjadłam coś na szybko i wyjechałam z Wrocławia do Krotoszyna. Tam przepakowałam z Krzysiem samochody, mój troskliwie wstawiłam do garażu i ruszyliśmy do Nietążkowa na III Supermaraton Szosowy Szlakiem Don Kichota.

Impreza organizowana przez Leszczyński Klub Kolarski co roku wzbudza we mnie pozytywne emocje - nie inaczej było tym razem. Zaczęliśmy od powitań w biurze zawodów. Wyściskałam Natalkę, przedstawiłam jej Krzysia, obejrzałam pakiet startowy (naklejki na rower nakleję, jak tylko go...umyję!), porozmawiałam z kilkorgiem znajomych. Później przejechaliśmy pod internat znajdujący się o rzut kamieniem od hali, zameldowaliśmy się i rozpakowaliśmy w pokoju - zakwaterowano nas w nowiutkim budynku z przestronnymi pokojami - to był dobry wybór. 

Wieczorem jeszcze odprawa techniczna, kilka przygotowań do sobotniej jazdy i spać. I tu pojawił się zgrzyt...gdy część maratończyków chciała odpocząć, inni postanowili imprezować, za nic mając pewne obowiązujące społecznie zasady (cisza nocna, te sprawy), u nas pomogło zamknięcie drzwi na klatkę schodową, bezpośredni sąsiedzi imprezowiczów mieli jednak kilka nieprzespanych godzin przed sobą zanim zabawowe towarzystwo łaskawie poszło spać. 

Ranek przywitał nas szary i mglisty, ale w miarę ciepły. Zjedliśmy z Krzysiem śniadanie, ubraliśmy się, sprawdziliśmy ostatni raz rowery i ruszyliśmy na start. Kilka krótkich rozmów ze znajomymi, kilka powitań i czas stanąć na starcie - ruszałam w pierwszej grupie, więc miałam 9 godzin na pokonanie 210 km. 

Trasa wiodła dwoma niewielkimi pętlami łączącymi się w Śmiglu i miała trochę ponad 70 km. W zdecydowanej części płaska, na niezłych asfaltach (miejscami tylko gorszej jakości lub połatanych), dobrze oznakowana i w wielu miejscach zabezpieczona. Kilka drobnych wzniesień na pierwszym kółku nie dawało się jeszcze we znaki. We znaki dawała się za to mgła/mżawka osiadająca wilgotną warstewką na okularach i kierownicy - nic przyjemnego. 10 km utrzymuję się za swoją grupą, gdy mija nas pierwsza grupa szosowa i panowie przede mną ruszają za nimi zostaję wraz z zawodnikiem z nr 3. Przejeżdżamy to kółko wspólnie, kilkakrotnie udaje mi się nawet wyjść na zmianę. 

Utrzymujemy zawrotne tempo i nawet udaje nam się na kilka ostatnich km złapać na koło Gosi, Izie i Jackowi! Wprawdzie w Śmiglu odpadam i grupa mi odjeżdża, ale i tak pierwsze kółko pokonuję ze średnią powyżej 30 km/h! Odchoruję to na pierwszych 20 km drugiego okrążenia, gdzie prędkość znacznie spadnie. Jest pod wiatr, solo i po gorszej nawierzchni. W dodatku zawodnik z wyprzedzającej mnie dużej grupy na szosach wpada w oznakowaną wyrwę (tak to jest, jak patrzy się tylko na swoje koło, a nie drogę przed sobą) i gubi bidon, który wpada mi prosto pod koła. Utrzymuję rower, ale przez pewien odcinek przyglądam się z niepokojem kołu - czy przypadkiem czegoś nie uszkodziłam. Na szczęście jest ok, jadę dalej. Za punktem żywieniowym dojeżdża do mnie najpierw zawodnik na szosie z mini, a później Tata Oli i jakiś czas jedziemy po zmianach. Pan na szosie w pewnej chwili odpada, natomiast z Tatą Oli dojeżdżamy do końca drugiego koła - on kończy, ja jadę dalej. Trzecie kółko pokonuję samotnie. Łapię się na oberwanie chmury, które zmywa ze mnie uciążliwe meszki i colę, którą się pochlapałam otwierając puszkę. Przez chwilę widzę niewiele i jadę zachowawczo, ale deszcz szybko ustępuje i mogę jechać dalej. Ostatecznie wyrabiam się w 8 godzin.

Na mecie czeka na mnie Krzyś - robi zdjęcia (w galerii sporo zdjęć zrobionych własnie przez niego <3 ) , przytula, prowadzi do pokoju. Gdy ja biorę prysznic, on biegnie m po obiad (w ulewie, która zaczęła się chwilę po moim przyjeździe). Przebieram się, jem, wychodzi słońce i idziemy na dekorację. Mój chłopak zajmuje pierwsze miejsce w swojej kategorii i 9 w open, ja jestem pierwsza (bo jedyna) w kategorii. Oboje także dostajemy drobiazgi w losowaniu. Dekoracja mija nam na rozmowach ze znajomymi, z którymi już po chwili żegnamy się, gdy impreza dobiega końca. 

Wracamy do internatu, pakujemy się i ruszamy w drogę do domów. W głowie pozostają mi wspomnienia przydrożnej cykorii (o której Krzysiowi niedawno opowiadałam), charakterystycznych wiatraków i ogromnej sympatii, z którą spotykamy się w tym miejscu za każdym razem. 

2 komentarze:

Aleksandra pisze...

Gratuluję kolejnego maratonu. 200km to nie lada wyczyn. Jazda na rowerze to fajna pasja. Pozdrawiam

Angela Pe pisze...

200 km? wow ja wysiadam po 20 :D