poniedziałek, 3 lipca 2017

Jedziemy do Wisły!

Niemal za samym oknem szemrała nam Wisła <3 
Właściwie, to pojechaliśmy. Przełomowy weekend czerwca i lipca spędziłam wraz z Krzysiem i Damianem spędziliśmy w górach. Główny zamiar był jeden - pojeździć na rowerach. Panowie startowali w Road Maratonie - Krzyś na dwóch pętlach, Damian na jednej. Zanim jednak pętle i maratony, był piątek. W piątek rano wsiadłam w golfa i z Wrocławia ruszyłam do Krotoszyna. Zjadłam wczesny obiad przygotowany przez tatę Krzysia, przepakowaliśmy samochody, zamknęliśmy moją limuzynę w garażu (w ogłoszeniu o sprzedaży nie omieszkam o tym wspomnieć) i ruszyliśmy do Ostrowa po Damiana. Najpierw jednak zahaczyliśmy o kawiarnię w centrum handlowym i uzupełniliśmy poziom czekolady. 


Nawet na nieostrym zdjęciu widać, jak się szczerzę
po pierwszym podjeździe na Salmopol :D
Do Wisły dojechaliśmy wczesnym wieczorem. Zakwaterowaliśmy się w domku, zamówiliśmy na rano śniadanie i po szybkim przebieraniu ruszyliśmy wykorzystać ostatnie promienie słońca. Podjechaliśmy pod Przełęcz Salmopolską i jechaliśmy do domu - zaczęło się ściemniać. Wzięłam ze sobą biały rower o twardym napędzie i bałam się, jak sobie na nim poradzę w górach, ale nie było źle.


W sobotę wstaliśmy rano (ale tak przyzwoicie - starty zaczynały się dopiero o 10). Zjedliśmy spokojnie śniadanie i zaczęły się przygotowania. Ja wprawdzie nie startowałam w wyścigu, ale postanowiłam przejechać jego trasą niemal w całości (odpuściłam sobie tylko ostatni podjazd pod samą metę). Zanim jednak ruszyłam zrobiłam Krzysiowi zdjęcia niedługo po starcie. Później na trasie zatrzymywałam się jeszcze kilkakrotnie i robiłam zdjęcia - niestety tylko telefonem - żałowałam, ze nie zabrałam plecaczka, w który mogłabym wrzucić aparat - moje postoje byłyby wówczas jeszcze lepiej usprawiedliwione :p 

Po jednym z podjazdów - zatrzymałam się
przecież na zdjęcia, a nie złapać oddech!
Stąd w ALBUMIE  zdjęcia różnej jakości - z początku trasy długiego dystansu wykonane aparatem, z trasy robione telefonem trzymanym w trzęsących się po podjazdach dłoniach, z ostatniego zakrętu - znów aparat. 


I tu też - stanęłam tylko z powodu
przepięknego kościółka w Stecówce!
Udało mi się przejechać trasę, nie prowadziłam roweru, ale umęczyłam się nieziemsko. Wciąż jeszcze wiele mi brakuje i długa droga przede mną. Po zakończonym wyścigu ogarnęliśmy się i ruszyliśmy na obiad do Czech - smażony ser i frytki na uzupełnienie kalorii! I zakupy czekolady studenckiej - nie obyłoby się bez tego. Po powrocie mieliśmy w planach jeszcze jakąś pizzę albo coś, dzień jednak okazał się tak męczący, że zasnęliśmy jak dzieci. 

Niedzielny poranek przywitał nas chłodem i szarością. Panowie jednak zarządzili jeszcze dwie godzinki na rowerze. Głupio byłoby mi tak zostać w łóżku, więc chcąc nie chcąc ubrałam się i ruszyłam z nimi pod górkę. Jeszcze raz, na pożegnanie podjechałam Salmopol. Wróciłam do domku pierwsza, zdążyłam się więc niemal ogarnąć przed powrotem chłopaków. Później zostało już tylko pakowanie auta i droga powrotna. Na trasie fast food i czekolada, w Krotoszynie znów domowy obiad <3 


A później jeszcze samotna jazda do Wrocławia. Jeszcze trochę i zacznę znać tę trasę. ;) 

To był dobry weekend. Męczący, ale i satysfakcjonujący. Wróciłam do Wrocławia z bolącymi nogami i spokojną głową. 

2 komentarze:

Aleksandra pisze...

Jak zawsze kondycja wyśmienita. I niech tak zostanie. Ciekawe zdjęcia. Pozdrawiam serdecznie

Chuda pisze...

Dziękuję Aleksandro :) również pozdrawiam!