niedziela, 16 lipca 2017

"Król Artur", czyli o Arturze, który nie chciał być królem

W sobotnie popołudnie wybrałam się z Krzysiem na randkę. Taką prawdziwą - z kwiatami, szykowaniem się, butami na obcasie, dobrym jedzeniem i kinem. I rozmowami. O filmach, jedzeniu i życiu. 

Zjedliśmy na wrocławskim rynku pizzę, pospacerowliśmy wokół ratusza (po nierównym bruku, co wywoływało w moim chłopaku niesamowitą radość - sadysta - miał trampki!), chwilę oglądaliśmy pokaz fireshow (aż zatęskniłam za moimi POI). Wczesnym wieczorem ruszyliśmy do CH Arkady, by kupić bilety do kina i usiąść jeszcze na coś słodkiego w którejś z pobliskich kawiarenek. I o ile strona multikina wyświetlała repertuar dla tej lokalizacji, o tyle miła pani z obsługi stwierdziła, ze kino zamknięte do odwołania i niestety ale tylko Pasaż Grunwaldzki. Za tę niedogodność dostaliśmy vouchery na zakup biletów w niższej cenie i ruszyliśmy na przystanek w poszukiwaniu czegoś, czym dojedziemy do Pasażu. Po dotarciu na miejsce kupiliśmy bilety i poszliśmy jeszcze na lody. 
http://www.impawards.com/2017/posters/king_arthur_legend_of_the_sword_ver5_xlg.jpg


Przepisywanie na nowo legend arturiańskich chyba nigdy się nie znudzi. Nie żebym miała coś przeciwko - lubię ten klimat - baśniowy, legendarny, udający historyczny, ale z ochotą sięgający do fantastyki. "Król Artur. Legenda miecza" jest całkiem udaną produkcją oparta na znanych motywach. Chętnie opowiem Wam, dlaczego oceniam dobrze ten film.
https://www.flickeringmyth.com/2017/04/charlie-hunnams-arthur-pendragon-featured-on-new-poster-for-king-arthur-legend-of-the-sword/

Po pierwsze MUZYKA! Już od pierwszych chwil filmu porywa, zatrzymuje, chwyta za serce i każe przytupywać do rytmu. Po pierwszych kilku scenach sprzed napisów początkowych wiedziałam, ze to nazwiska twórcy muzyki będę wypatrywać przede wszystkim. Daniel Pemberton, który jest odpowiedzialny za to dzieło od strony muzycznej był mi zupełnie nieznany - i nic dziwnego - nie widziałam prawdopodobnie żadnego filmu przy którym pracował. Nie mniej - sądzę, że powinnam zapamiętać to nazwisko (bo muzyka w filmach jest dla mnie dość istotną kwestią). 


Po drugie gra z konwencją. Poznajemy Artura, który nie chce być królem - dużo bardziej pasuje mu rola wykidajły w burdelu. Facet jest atrakcyjny, ale w sposób nieoczywisty, daleko mu do wymuskanych książąt, ale widać u niego dbałość o wizerunek (np. garderobę). W dodatku to typ aroganckiego cwaniaka, który jednak budzi naszą sympatię. Mimo swojego za uszami jest lojalny i obdarzony poczuciem humoru oraz dystansem do siebie. I ma uratować świat (no dobra, baśniowo-legendarną Anglię) z rąk tyrana. Do tego złośliwa młoda wiedźma z podkrążonymi oczyma, które wypełniają się czernią, gdy używa magii (nie mogłam pozbyć się skojarzeń z Lucynką z Legend Allego - swoją drogą bardzo polecam ten projekt. Bardzo bardzo. Cały.), banici (niemal jak z Robin Hooda), widoczne moim zdaniem inspiracje filmowym "Władcą Pierścieni" (monstrualne słonie bojowe czy rękawice złego króla niemal 1:1 z rękawicą z odciętej dłoni Saurona). 
http://themillimetre.com/2016/09/04/king-arthur-legend-of-the-sword-trailer/

Po trzecie montaż. Dynamiczny, wprowadzający ciekawe zabiegi narracyjne - rzecz jednocześnie opowiadana rozgrywa się w innej płaszczyźnie czasowej, wyjaśniając niedopowiedzenia, wprowadzając silne elementy komiczne, a jednocześnie dynamizując akcję. 

Po czwarte brak romansu! Serio. Da się! Mamy coś zasygnalizowane, mamy zamordowaną "przyjaciółkę", ale wszystko to jest ledwie sygnalizowane, pozbawione romansowej nachalności, romantycznych uniesień w świetle księżyca, nie miesza w akcji. I właściwie nie wiemy, czy nasze doszukiwanie się pewnych sygnałów nie jest spowodowane tylko przyzwyczajeniem do takich wątków, a nie zamiarem reżysera. 
http://www.liveforfilm.com/2017/03/16/jude-law-stares-into-your-soul-on-the-new-king-arthur-legend-of-the-sword-poster/

To nie jest pozycja obowiązkowa. Nie jest to jeden z tych filmów, które "trzeba obejrzeć". Nie stracimy przesadnie wiele, jeśli go nie obejrzymy. Ale jeżeli szukamy dwóch godzin dobrej rozrywki i konwencja nam odpowiada, to warto. Z kina wyszłam zadowolona całokształtem i oczarowana muzyką - niesamowita mieszanką brzmień zupełnie współczesnych i dawnych, ludowych, celtyckich i elektronicznych. Film jest ciekawy, w swoim zakończeniu oczywisty, ale nie pozbawia go to uroku. Podchodzi do legend arturiańskich zdecydowanie luźno, okrasza je czarnym humorem i serwuje dobrą popkulturową rozrywkę. Raczej bez aspiracji do czegokolwiek więcej. 

A w niedzielę pojechaliśmy w góry! <3 

Brak komentarzy: