niedziela, 30 lipca 2017

Święto Kaszy po raz dwudziesty

Są takie święta w kalendarzu imprez, na których nie może nas zabraknąć. Takim wydarzeniem jest niewątpliwie Trzebiatowskie Święto Kaszy. Trudno sobie wyobrazić, aby odbyło sie ono bez Słowian z Baszty Kaszanej.
W tym roku mniej zaangażowałysmy się w święto, gdyż Chuda przyjechała dopiero w piatkowy wieczór, a ja myślami jeszcze siedzę w Izerach. Obowiązki "ogarnięcia" Chąśby przejęła koleżanka i całkiem nieźle jej to poszło, ale o tym za chwilę.

Nasza obecność ograniczyła się do wystawienia stoiska rękodzielniczego, na którym królowały w tym roku zioła. Wystawiłam octy, syropy i swoje aromatyczne saszetki, ale przebojem okazała się... herbatka pokrzywowa (pewnie byłaby jeszcze bardziej rozchwytywana gdyby dopisała pogoda) .
Scenariusz mojej obecności napisała pogoda. Dopóki było sucho mogłam  sobie siedzieć przy stoisku i wyszywać, jednak, gdy zrobiło się deszczowo, trzeba było się zwinąć - szkoda aby zioła zawilgotniały. Chociaż popyt na nasze wyroby był niewielki- deszcz nie skłaniał do zakupów, to sam udział w święcie mogę uznać za udany, gdyż dostałyśmy nowe zlecenia na słowiańskie stroje, a to znaczy, że do mojego słoiczka skarbonki na książkę wpadnie kolejna sumka.
Tegoroczna impreza wróciła do schematu dwudniowego świętowania. W piątek przez pałacową scenę przwinęło się kilka miejscowych zespołów, które umilały czas biesiadnikom pod parasolami licznych ogródków piwnych, bo przecież tego na festynie nie może zabraknąć. Jadła wszelakiego było pod dostatkiem i niejeden miał pewnie dylemat: pajda ze smalcem, szaszłyk, oscypek czy wielki kawał ciasta. Nie zabrakło wszechobecnej chińszczyzny, baloników z helem oraz rękodzielników. Królowały stoiska z tzw. uszytkami: poduszki, maskotki, torby oraz biżuterią. Niestety tym razem zabrakło czegoś, co złapałoby za serce i trzymało. W piatkowy wieczór tak się rozpadało, że nie zostałam do końca imprezy.  Ale słynnej kaszy po rycersku zdążyłam spróbować. Żal mi, że nie obejrzałam nowego pokazu tańca z ogniem, ale trudno.
Sobota zapisała się w mojej pamieci dwojako: rano przez chwilę dołączyłam do Chudej kibicującej naszym koleżankom i kolegom startującym w maratonie Tour de Pomorze. Kolarze mijali Trzebiatów przed południem i Chuda stała z transparentem i fotografowała zawodnków.
Przed piętnastą ustwiłam się znów pod Pałacem. Początowo pogoda była znośna. Wiało, ale nie padało, a nawet chwilami świeciło słońce. Jednak samo targowanie miało charakter umowny i polegało na towarzyskich rozmowach z innymi wystawcami i znajomymi, których sporo się pojawiło. Kilka serdecznych powtań, zwłaszcza tych dziecięcych, trochę mnie rozczuliło.
 Udało mi się zobaczyć próbę Urszuli   gwiazdy wieczornego konceru (bo do koncertu już nie dotrwałam)  O 16. 30 dołączyłam do Chąśby pod Basztą Kaszaną, by tradycyjnie uczestniczyć w inscenizacji rzucania kaszy. Przed Basztą dzieci przygotowane przez chąśbowych wolontariuszy odtańczyły słowiański taniec, jedna z najmłodszych dziewczynek odczytała legendę o Baszcie Kaszanej, a wojowie z Mohorta zainscenizowali atak na miasto udaremniony przez Burmistrza, którzy rzucał miską kaszy. Potem barwnym korowodem ze słoniem przeszliśmy spod Baszty do Pałacu. Towarzyszyłam zaprzyjaźnionej z nami p. Dyrektor TOK, która w tym roku wystąpiła w naszej słowiańskiej sukni.
Niestety krótko po inscenizacji zaczęło kropić i z któtkimi przerwami padało aż do chwili, gdy podjełam decyzję o powrocie do domu ( a wtedy zaczęło się przejaśniać, ale my już byliśmy spakowani i gotowi do drogi)
Jak co roku każdy znalazł na święcie coś dla siebie i pewnie, gdyby pogoda nie płatała nam figli, to można byłoby uznać imprezę za bardzo udaną.
O poprzednich edycjach można przczytać tu: 2016, 20152014

5 komentarzy:

Krzysztof Gdula pisze...

To niesprawiedliwe: człowiek się stara, przygotowuje, rozkłada, liczy, a tu zaczyna padać i ludzie się chowają. Ech i już.
Anno, a Twoja herbata pokrzywowa co zawierała poza pokrzywą? Pokrzywą, czyli liśćmi? Pewnie głupio pytam, ale wiesz, jaka jest moja wiedza o ziołach. Chyba ludzi zainteresował zapach? A może wygląd? Napisz.
Jak podają kaszę po rycersku? Bo ja wyobrażałbym ją sobie jako sypką i podaną z roztopionym tłuszczem i z pokaźnymi, mięsistymi skwarkami….

Jan Łęcki pisze...

Krzysiek urzęduje o północy.
Aniu, podziwiam Ciebie jako słowiankę... whau...!!!

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Tyle przygotowań i pogoda potrafi zepsuć imprezę; doświadczyliśmy tego w Głuchołazach już nocą, kiedy lunęło, i zadaszenie nie pomieściło wszystkich widzów, część po prostu zrezygnowała; tajemna moc ziół jest fascynująca, ostatnio zbieram je na łąkach i w ogródku ziołowym, podajemy napar w pokarmie dla pszczół, zwłaszcza ziółka na trawienie, bo pszczoła zostaje całą zimę w ulu:-) pozdrowienia ślę na drugi koniec mapy.
P.s. Aniu, jak Twoje nauki dojenia kóz, nauczyłaś się?

Aleksandra pisze...

Pogoda nie jedną imprezę z torpedowała, natury nie przechytrzysz. Ciekawe święto. Mam wrażenie, że podobne święta są coraz częściej tylko z nazwy konkretnymi. A tak królują stragany z chińszczyzną itp. handlem. Jednak dobrze, że są entuzjaści którzy organizują takie tematyczne święta. Pozdrawiam

Anna Kruczkowska pisze...

Wiesz, Krzysiu, też tak sobie pomyślałam= to niesprawiedliwe... ale w sumie i tak wyszłam na swoje. Herbatka była z liści pokrzywy, cytryny i miodu. A kasza po rycersku to sypka kasza z mięskiem :)
Janku, dziękuję :)
Mario, tak zioła sa fascynujące i odkrywam coraz nowe ich właściwości i spososby przetwarzania. Dojenia kóz będę się uczyć jesienią, jak już skończą się prace ogrodowo- łąkowe.
Aleksandro, no właśnie pogoda w czasie imprez plenerowych jest bardzo ważna, a utrzymanie odrębności święta, jego indywidualnego charakteru jest bardzo trudne i wymaga nie tylko chwytliwego pomysłu, ale także konsekwencji i odpowiedniej atmosfery zrozumienia u władających pieniędzmi ;)