niedziela, 17 listopada 2013

Wspólna sobota

Sobotę rozpoczęłyśmy o ósmej rano kawą z pianką i grzankami. To było prawdziwe celebrowanie poranka. Rozmawiałyśmy o zalanej szkole we Wrocławiu i planach matrymonialnych Gui. O kredycie studenckim i  ostatniej sesji zdjęciowej Chudej. O przerwie świątecznej i planowanym wyjeździe w góry. O bractwie wczesnośredniowiecznym i kiermaszu świątecznym.
- Ależ ja się za morzem stęskniłam- westchnęła Gui, gdy już zjadłyśmy wszystkie grzaneczki, a wskazówki zegara niebezpiecznie przesunęły się za 9. 
- No to czas ruszać nad Bałtyk.
- Pewnie, choćby wiało i padało...
No w złą godzinę to powiedziała, bo... wiało i padało. Nam to oczywiście nie przeszkodziło w realizacji planu na przedpołudnie. Do Niechorza dotarłyśmy mokre. Krótki spacer plażą, kilka fotek wzburzonego Bałtyku i powrót do domu. Na szczęście z wiatrem. Ależ brakowało mi takiego wypadu z Gui! Jest świetnym kompanem rowerowym, rozmumiemy się bez słów, uzupełniamy się. Wspólna jazda to frajda, nawet jeśli warunki są tak ekstremalne jak tym razem.


Gdy my podziwiałyśmy morze, Chuda uzupełniała dokumentację kredytową. 
Po powrocie zaaplikowałyśmy sobie grzane piwo cytrynowe z korzeniami (przyprawę do grzańców mieszam samodzielnie). 
Na obiad zaserwowałam wspomniane w poprzednim poście spagetti z sosem rukolowym. Popołudnie spędziłam z Chudą, Gui umówiła się z przyjaciółmi. 

Siedziałam w kuchni malując kolejne butelki , gdy Chuda stwierdziła:
- przychodzę do ciebie ze swoją robótką.- po czym wyłożyła na kuchennym stole pudełeczka, woreczki, słoiczki a w nich korale, bigle, druty, szpilki, czyli zestaw do wyrobu biżuterii. 
- Muszę wreszcie wykorzystać te koraliki, by... móc kupić inne. 
Rozmawiałyśmy przy tym o książce Elżbiety Cherezińskiej "Korona lodu i krwi". Mamy co do tej pozycji mieszane uczucia , więc dyskusja była na tyle gorąca, że wygnała z kuchni Ślubnego, który na chwilę wszedł sprawdzić, co robimy. 



Koło 19.00  Chuda zainteresowała się, co z kolacją, a raczej z pieczonymi jabłkami.
Posprzątałyśmy więc nasze robótki, wydrążyłam pokaźną ilość jabłek, przygotowałam smakołyk. W tym samym czasie grzałam juz wino z korzeniami, a dziewczyny przygotowywały "seans filmowy".
Zasiadłyśmy we trzy w mojej sypialni, rozłożyły laptop i zajadać się jabłkami, popijając gorące wino obejrzałyśmy "Tajemnicę Zielonego Królestwa". Dziewczyny były na tym filmie w kinie, o czym pisała Chuda (tu) i już wówczas stwierdziły, że koniecznie chcą obejrzeć tę baśń wspólnie ze mną. Miały rację. Nasz śmiech słychać było w całym domu.
A niedzielne przedpołudnie minęło tak szybko... za szybko i znów trzeba się było pożegnać... Następne wspólne pogaduchy w realu dopiero na Boże Narodzenie. 
Dobrze, że mamy internet i telefony...

6 komentarzy:

kethryveris pisze...

No nieciekawie się wydarzyło, a najgorsze, że sporo pomieszczeń było świeżo po remoncie:/ Ale pani dyrektor jest zaradną i przebojową osobą i na pewno zbierze fundusze na remont. Już ja ją znam :) Pozdrawiam z Wrocka :)

Ruda pisze...

Mam taką nadzieję, bo Gui polubiła sją nową szkołe.

kethryveris pisze...

Będzie dobrze. Jak po dobroci jej nie dadzą kasy to znając panią dyr. uruchomi swój "dar przekonywania" i dostanie te pieniądze - ręczę :):) A poza tym, cieszę się że akurat ta szkoła się jej podoba :) Jedna z lepszych, a dla mnie w pewnym sensie bardzo bliska :)

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

A co tam znalazło się w tych wydrążonych jabłkach? już myślałam, że poszłyście na piechotę nad morze ... dla mnie to takie nierzeczywiste, ot! stęskniłam się za morzem - powiedziała Gui, i już jest morze; pozdrawiam serdecznie.

Ruda pisze...

przepis na jabłka:
http://rozmowki-kobiece.blogspot.com/2013/01/o-urokach-zimy.html
pozdrawiam znad morza

Marchev ka pisze...

Aaahhhh, cudowny weekend za Wami. Ja dzisiaj łażąc po mieście doszłam do wniosku, że na urlopie deszcz i wiatr mi nie przeszkadza, ale na co dzień to przesada i wróciłam do domu. Za zimno i za sztormowo.
Bransoletki są przecudne, ale ta jedna jedyna najlepsza! :D