wtorek, 11 marca 2014

Filiżankowa gawęda- tym razem z kwiatami w tle.

Zaparzyłam zieloną herbatę, przy jej aromacie opowieść snuje się łatwiej, a będzie o to opowieść o filiżankach w kwiaty. Mam ich sporo w kolekcji, bo sama takie wybieram , gdy przeczesuję bazarki i sklepy, a i moi bliscy właśnie takimi najczęściej mnie obdarowują.

Zacznę jednak od filiżanki, która znalazła się w mojej kolekcji za przyczyną moich uczniów. Otóż od wielu lat było wiadomo, że pani od polskiego to lubi książki i kolejne pokolenia absolwentów biegały do naszej bibliotekarki po radę, co też sprezentować na zakończenie roku szkolnego. Z tej dziecięcej wdzięczności mam kilka pięknych albumów o Polsce , słowników i zbiór aforyzmów. Jednak pewnego razu uczniowie nie pobiegli do biblioteki, ale do mojej koleżanki, która zdradziła im sekret mojej filiżankowej kolekcji .  I tak w czerwcu pewnego roku stałam się posiadaczką śniadaniowego kompletu z uroczym serduszkiem (przez które czasami ulatuje nadmiar pianki) .


Kolejna filiżanka została mi sprezentowana na urodziny przez mojego męża. Było to w Gdańsku, w czasie naszej tradycyjnej podróży urodzinowej.  Spędziliśmy cudowny weekend zwiedzając miasto, a w ostatnim dniu mąż zaciągnął mnie do sklepu z porcelaną i poprosił, bym sama wybrała. Wybór był bardzo trudny, ale ze sklepu wyszłam z taki cackiem rodem z Japonii (sygnatura głosi: Yamasen Fine Porcelain  24 Gold Collection Japan ):


O naszej wyprawie piszę na innym blogu, a o późniejszej wyprawie do Gdańska z Gui można przeczytać tu.
Następne cacko jest prezentem moich przyjaciółek. Wszystkie trzy mamy to samo imię, więc spotykamy się z okazji imienin i obdarowujemy to tym,. to tamtym.

Jeżeli ktoś zna mnie odpowiednio długo wie, że moim ulubionym nurtem w sztuce jest impresjonizm, a obrazy Moneta mogłabym podziwiać godzinami, czego doświadczyła najpierw moja szwagierka a  Chuda w czasie naszej wyprawy do Londynu.  Wówczas to w Tate Modern Gallery trudno było mnie odciągnąć od ostatnich Nenufarów malarza, tych namalowanych po 1916 r. gdy Monet był już prawie ślepy. Wspominałam już tym przy okazji pewnego egzaminu. Warto tu dodać, że uwielbiam także lilie wodne uwiecznione przez mistrza i gdy tylko mam okazje fotogafuję je w naturze, co jeśli ktoś śledzi bloga, dało się zauważyć. 

W czasie jednej z naszych wspólnych eskapad po szczecińskich galeriach handlowych zawitałyśmy do sklepu z porcelaną Rossenthal. Oczywiście nie stać na tę porcelanę, ale w sklepie była też kolekcja sygnowana  przez firmę Goebel.  Myślę, że już wówczas dziewczyny zaczęły się umawiać, by mi ją sprezentować.


Jak widać jest to filiżanka do espresso  i trochę nie pasuje do pokazanych wcześniej, ale dzięki temu stanie się zapowiedzią kolejnej gawędy o moich najmniejszych filiżaneczkach. 

6 komentarzy:

Anonimowy pisze...

Powinnam zająć się czymś innym ..ale uległam pokusie i z przyjemnością oddałam się gawędzie niż sporządzaniu umów. Rzeknę...mam słabość do "Rudej" i lubię jej "świat"

Kalina pisze...

A ja mam słabość do pogawędek i filiżanek... i lubię tu zaglądać :) Monetowa filiżanka zachwyca!

ptyś pisze...

Filiżanki piękne, też je lubię, pozdrawiam wiosennie :)

Ruda pisze...

Oj, jak mi miło :)

Ruda pisze...

Prawda? Jest piękna...

Ruda pisze...

Wiosna wokół!.