wtorek, 11 listopada 2014

Gui przyjechała- celebrujemy rodzinność

Odkąd Gui zamieszkała we Wrocławiu jej pobyty w rodzinnym domu są sporadyczne. Spotykamy się na maratonach lub  innych miejscach. Przyjazd do Trzebiatowa staje się zatem rodzinnym świętem.
Kilka dni wcześniej omówiłyśmy, co i kiedy chcemy robić, a nawet zdecydowałyśmy o menu.
Gdy wreszcie w piątek późnym wieczorem odebrałyśmy ja z Chudą z dworca w Dąbiu, mogliśmy zacząć radosne świętowanie. Mimo nocy długo jeszcze rozmawiałyśmy przykryte jedną kołdrą, bo zdecydowałyśmy się na wspólne spanie. Rozmawiałyśmy o znajomych i przyjaciołach Gui i o jej życiu we Wrocławiu, o studiach.  Z tych kobiecych rozmów nad długo zostaną mi w pamięci słowa mojej córki:
- Ale i nic nie przebije naszej przyjaźni, która jest starsza ode mnie o 9 miesięcy.
Myślę, ze każda matka chciałaby słyszeć takie wyznanie.











W sobotni poranek szukałam... namiotu, bo wspólne spanie z Gui kojarzy mi się z naszymi letnimi wypadami rowerowymi.
Sobotę spędziłyśmy niesamowicie intensywnie. Zaczęłyśmy od kawy z pianką, potem wspólne zakupy- trzeba było znaleźć mleczko kokosowe i imbir, bo wymyśliłyśmy sobie zupę dyniową.
Dynia jednak nadal rosła na działce, więc pojechałyśmy pozbierać zieleninę, bo na działce wciąż rośnie mnóstwo warzyw.
Wspólne gotowanie obiadu, także było pretekstem do rozmów już nie tylko z Gui, ale także z Chudą, Robertem i Ślubnym.

Zupa według przepisu znalezionego w necie - oczywiście zmodyfikowanego na nasze potrzeby- wyszła rewelacyjnie! Nawet nie zauważyliśmy, kiedy w wielkim garze kremu dyniowego pokazało się dno.


A do przygotowania zupy dyniowej użyłyśmy:
3 dyń ozdobnych z białym miąższem

1/2 puszki mleczka kokosowego

5 małych marchewek

3 litrów rosołu z indyka

startego świeżego imbiru

ząbka czosnku

2 małych cebul

1/2 zielonej papryczki chilli

5 łyżek kwaśnej śmietany.

Podałyśmy go z tartym żółtym serem, grzankami i prażonym siemieniem lnianym.

Po obiedzie stwierdziłyśmy, że przy tak pięknej pogodzie nie można siedzieć w domu i pojechałyśmy rowerami  nad morze.  Praktycznie nie wiało, a słońce chyliło się ku zachodowi.Do Mrzeżyna dojechałyśmy akurat wtedy, gdy słońce chowało się za widnokrąg. Plaża nabrała bursztynowej barwy. Zdążyłyśmy zrobić kilka fotek, pospacerować wzdłuż brzegu, zaobserwowałyśmy morsa kąpiącego się w zimnej wodzie i zaczęło szarzeć. Trzeba było wracać do domu. Dotarłyśmy już o zmroku.
Z Gui zazwyczaj milczymy w czasie jazdy, tym razem jednak chciałyśmy wykorzystać czas, który miałyśmy dla siebie, więc gadałyśmy i gadałyśmy. 
Wieczór spędziłyśmy we dwie- Chuda i Robert pojechali do Niechorza na koncert charytatywny, a Ślubny oglądał walkę bokserską. 
Objadałyśmy się smakołykami, piłyśmy czerwone wino i... oglądałyśmy baśń filmową: Kraina Lodu. Zauważyłyśmy przy tym, że ostatnio sporo pojawiło się produkcji apoteozujących rodzinną miłość. Wysnułyśmy wniosek, ze jest to spowodowane narastającym kryzysem rodziny i takie pozytywne wzorce po prostu są potrzebne.


A potem była niedziela, równie ciepła i rodzinna z godzinnym śniadaniem, śląskim obiadem, wizytą w dziadków i prababci. W poniedziałek Chuda z Robertem wrócili do Szczecina, zaś my ze Ślubnym szliśmy do pracy. Celebrowanie rodzinności kontynuowaliśmy dopiero po południu i we wtorkowe przedpołudnie, zwłaszcza, ze o poranku umówiłyśmy się z moją przyjaciółką na porannej kawie. 
Potem gotowałyśmy wielowarzywną zupę- Gui uwielbia zupy, więc dla niej przywiozłam z działki jarmuż, fasolę i inne jarzyny. 
Gdy zupa dochodziła wybraliśmy się na krótki spacer do parku, bo zaplanowałyśmy sobie jeszcze sesję rowerową na konkurs. 

Czas szybko minął, ani się obejrzeliśmy, a trzeba było odwieźć Gui na dworzec do Płotów. 




5 komentarzy:

Lucia pisze...

I ani się obejrzałyśmy mamy środek kolejnego tygodnia. czas z córka bezcenny. A zupa z dyni z pewnością pyszna. Serdeczności

Inkwizycja pisze...

Wspólny czas zasługuje na celebrowanie... nawet w zwykłych, codziennych czynnościach. To cudowne uczucie, gdy jest się przyjaciółką dla swojej córki - i wzajemnie ;)
Uściski!

Ruda pisze...

Tak, wspaniałe uczucie- Ty pewnie też coś o tym wiesz, Inkwi.

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Byłam tu już wcześniej, tylko nie zdążyłam nic napisać; bardzo lubię czytać, jak opisujesz swoje relacje z córkami, przyjazne, ciepłe i bardzo rodzinne, wspólne pasje rowerowe, codzienne sprawy; jestem blisko z moimi synami, ale oni bardziej z mężem, mają te swoje sprawy z narzędziami, śrubkami, smarami, ja im tylko dobre jedzonko szykuję, z dziewczynami to jednak inaczej; mieszkam teraz z synową, to i modzie porozmawiam, i o makijażu, o różnych nowościach, dziewczyny to dziewczyny; pozdrawiam.

Ruda pisze...

Wiesz, Mario, ja mam po prostu dużo szczęścia, bo z synem też mam świetny kotakt- o movie makerze pogadamy i o muzyce, i polityce, i nauce.
A rozmów z synową Ci zazdroszczę, bo moja prawie synowa to taka delikatna i nieśmiała istota i chyba trochę się mnie jeszcze boi :(