poniedziałek, 27 kwietnia 2015

Trzebnica pachnąca czeremchą

Czy znacie wewnętrzne drżenie, miły niepokój i uporczywą myśl, czy wszystko spakowane? Podejrzewam, że każdy, kto z niecierpliwością czeka na kolejną przygodę, przywołuje ją lub wręcz wywołuje, bo bez niej nie potrafi żyć, zna to niesamowite uczucie oczekiwania.
Nam towarzyszyło ono już od kilku tygodni, czyli od momentu, gdy należało zamówić noclegi, zapisać się na maraton i za niego zapłacić.
Nie obyło się od drobnej wpadki- Gui szykująca się do podróży poślubnej na Kubę nie zdążyła na czas uzupełnić formularza zgłoszeniowego i przez kilka dni żyłyśmy w niepewności, czy uda się jej jednak na listę startową dostać. Jednak dzięki uprzejmości kilku osób udało się problem rozwiązać i w piątkowe popołudnie mogłyśmy się spotkać w Trzebnicy.
Gui przyjechała pociągiem z Wrocławia, my samochodem z Trzebiatowa. Po drodze zgarnęłyśmy jeszcze w Szczecinie Roberta i Ewę- naszą koleżankę, z którą na wspólną podróż i noclegi umówiłyśmy się na rowerowym dniu kobiet.
Do Trzebnicy docieramy pod koniec odprawy technicznej. Niestety, nie udało się wcześniej. Szkoda, bo lubię wiedzieć, jakie niespodzianki czekają mnie na trasie i mimo, że Orgowie już dużo wcześniej wrzucali na fanpagu informacje o zmianach w porównaniu z ubiegłym roku, to wolałabym wysłuchać, co mają do powiedzenia. Trudno, ludzie właśnie zaczynają się rozchodzić, witamy się z dawno niewidzianymi znajomymi, a potem odbieramy pakiety startowe.Mamy chwilę na przywitanie z Orgiem Zenonem i Gretką- dobrym duchem maratonu.
W parkiecie startowym znajdujemy oprócz numerów startowych gorzką czekoladę i sportowe skarpety (niestety rozmiar 43-44, czyli mogłabym w jedną włożyć obie nogi i obie ręce, a miejsce nadal by było- synowi podaruję).
Nocujemy tradycyjnie w pensjonacie "Zdrój", gdzie nie tylko można się wygodnie wyspać, ale i zjeść o poranku solidne śniadanie. Jak zwykle w pensjonacie już roi się od kolarzy i rowerów, bo wielu znajomych wybiera tę miejscówkę.

W sobotę kilka minut po ósmej meldujemy się na starcie. Pogoda zapowiada się cudowna. na razie czuć jeszcze poranny chłód, ale z minuty na minute robi się cieplej. Zastanawiam się, czy nie zdjąć bluzy z długim rękawem, ale jako zmarzluch wole nie ryzykować utraty ciepła.
Na trasę wyruszam kilka minut przed dziewiątą, Chuda kilka minut po mnie, a Gui dużo później, bo jedzie na krótszym dystansie.
Zjazd przez Trzebnicę to niesamowite uczucie- pędzisz ze wszystkich sił, bo wiesz, że musisz trzymać się grupy eskortowanej przez motocyklistów.
Po starcie ostrym zostaję na drodze sama- to logiczne, przecież ja jadę podziwiać widoki na trasie, a nie ścigać się.
Bardzo szybko dojeżdża do mnie Terenia i teraz przez kolejne ponad 90 km będziemy jechać wspólnie. Chwilami udaje nam się zaczepić komuś na koło, (przez chwile jedziemy z Heniem) ciągle ktoś nas wyprzedza, w pewnym momencie miga mi niebieska koszulka Roberta. Większość Doliny Baryczy pokonujemy jednak we dwie. I chociaż jadąc w parze trzeba być bardziej skupionym na jeździe, bo przecież odpowiada się nie tylko za siebie, ale także za towarzysza, udaje mi się chłonąć urokliwe piękno rozlewisk Baryczy.Podziwiam soczystą zieleń ledwo rozbitych pączków liści, wchłaniam zapach kwitnących śliw, tarniny i... czeremchy. Ta ostatnia wprawia mnie w zdumienie- na Wybrzeżu jest jeszcze w maleńkich pączkach i rozwinie się dopiero za kilka dni. Na pobliskich łąkach cieszą oczy dorodne, żółte kaczeńce, niebieskofioletowe fiołki i białe zawilce. Wiosna jest tu w pełnym rozkwicie.
Mijamy kolejne wioski i miasteczka, rozpoznaję miejsca, które oglądałam już na zdjęciach. W Prusicach na moment zostaje z tyłu za Terenią- nie lubię bruku, więc jadę po nim bardzo asekuracyjnie. Potem znów jedziemy razem. Z utęsknieniem czekam na punkt żywieniowy. Nie dlatego, ze jestem głodna, spragniona bądź zmęczona- nie- mnie jest gorąco, więc muszę spokojnie zdjąć nadmiar ubrań. Terenia się posila, a ja upycham garderobę w przepastnych kieszeniach koszulki rowerowej.

Możemy jechać dalej. Dotychczas jechałyśmy albo z górki, albo po praktycznie płaskim terenie umożliwiającym podziwianie rozległych łąk, pól i rozlewisk. Za Sułowem Milickim teren zaczyna się wznosić, a my powoli pniemy się w górę. 
W Złotowie mijamy drewniany kościół. dociera do mnie ledwo wyczuwalny w powietrzu zapach drewna. Myśli uciekają mi do mrocznego wnętrza rozświetlonego tylko nikłym wielobarwnym światłem witraży i migotliwym, pełgającym po ścianach blaskiem świec. Drewniane kościoły mają niesamowita aurę, w półmroku zapada się w zadumę, a nasz prawie niesłyszalny szept łączy się tysiącami modlitw, zamkniętych w starym drewnie, w belkach i filarach, w poczerniałych ze starości obrazach i rzeźbach.
Wjeżdżamy w kolejny las.Terenia coraz bardziej się oddala. Nie chcę jej gonić, chcę kontemplować zieleń. Gdy koleżanka znika mi z oczu zatrzymuję się w środku rozćwierkanego  lasu. Siadam na trawie. Niesamowite! Pierwszy raz w tym roku siedzę na nagrzanej słońcem trawie, zapach ciepłego igliwia nie jest wiosenny lecz prawie letni. Pięciominutowe wakacje! Akurat tyle, by coś przekąsić i zdjąć zbędne już skarpetki. Jestem tylko ja i majestatyczny las. Nie podejrzewam, ze jeszcze ktoś mnie dogoni, bo chyba wszyscy, którzy mogli, już to zrobili. No, chyba, że Chuda będzie w dobrej kondycji. 
Ruszam dalej. Jestem coraz bliżej Kocich Gór. Powoli dopada mnie zmęczenie i odczuwam boleśnie brak treningu. Gd właśnie zaczynam się zastanawiać, po co ja w ogóle ruszałam w trasę, ze zdziwieniem witam Krzysia- na nowym rowerze udało mu się mnie dogonić. Pytam o Chudą- starowali w tej samej grupie i liczyłam, ze może pojadą razem. Wiem, że  została w tyle. Kryzys mija, bo zamiast myśleć o swojej głupocie- gawędzę z kolegą. I tak na rozmowie o rowerach i  planach na następny maraton dojeżdżamy do legendarnej Prababki. 
Cóż... górka jak górka. Podjazd zajmuje mi dwie minuty. potem śmigamy w dół. Przez następne 30 km będziemy się kręcić po Kocich Górach. Dół- góra- dól -góra. Trasa została wytyczona tak, jakby Org Zenon (bo to ponoć jego dzieło) chciał nam każdy podjazd na tym terenie pokazać (i nie pozwala się zgubić, ustawiając na każdym skrzyżowaniu strażaków, a na ruchliwych drogach nawet policjantów).Wpadamy w rodzaj pętli czasoprzestrzennej, bo mamy uczucie kręcenia się w kółko, gdy Trzebnica jest "o rzut beretem". Dwukrotnie na horyzoncie majaczy nam Sky Tower i Ślęża. Wokół pofałdowane pola, łąki, zagajniki. Wreszcie w okolicach Zaprężyna wjeżdżamy w niesamowity wąwóz, zadzieramy głowy, by spojrzeć na zwisające nad nami...korzenie drzew. Niesamowity widok. Powoli Góry wypuszczają nas ze swoich objęć i wracamy do Trzebnicy. Metę mijamy wspólnie. 150 km z nami...
Gui już na mnie czeka i gdy ona zostaje na linii mety, by sfotografować finiszującą Chudą, ja rozmawiam z Krzysiem, Tereską, Gosią, Robertem i wieloma innymi znajomymi, których z roku na rok i z miesiąca na miesiąc i przybywa. 
Wiecie już, że jestem gadułą? W czasie posiłku rozmawiam z Orgiem Andrzejem:
- Zamówiłem pogodę do Radkowa i kupiłem koce, żebyś nie zmarzła.
Robi mi się ciepło koło serca... Na maratonach najważniejsi są ludzie, nie wyniki...
Nim  dokończyłam zupę, na metę dojeżdża Chuda. Mamy prawie dwie godziny do ceremonii zakończenia. spokojnie zdążymy się umyć i przebrać
Przed osiemnastą już na galowo meldujemy się w bazie maratonu. Pogoda nadal nam sprzyja- biesiadujemy więc na świeżym powietrzu.

Najpierw słuchamy duetu gitarowego i obserwujemy bawiące się beztrosko dzieci, obok kolega stwierdza:
- zobacz, nikt tu nie tańczy (to aluzja do Kołobrzegu)
- Uważaj, bo mnie nie trzeba dwa razy powtarzać- ostrzegam ze śmiechem.
Dekoracje zaczynają się prawie punktualnie. Gretka i Zenon świetnie radzą sobie w roli konferansjerów (uwielbiam cięty dowcip Greten). Chuda odbiera puchar (Ewa też), a raczej kufel,bo w takim nietypowym kształcie są trzebnickie trofea. 
Jeszcze tylko kilka zdjęć, kilka pożegnań... na drogę zabieramy po pajdzie chleba ze smalcem.
Jest ciepły wieczór, pachnie czeremcha... 
Do Trzebnicy wrócimy za rok...


P.S. Zdjęcia są już w mojej galerii.

17 komentarzy:

LogMeein123 pisze...

Wspaniały opis całej imprezy.Mogę to czytać bez końca .

Anna Kruczkowska pisze...

Bardzo mnie to cieszy, bo za każdym razem, gdy piszę, zastanawiam się, czy nie przesadziłam.

Sol (Blog Włóczykijów) pisze...

Ale super. Zazdroszczę Wam takiej wyprawy. W ogóle godny pozazdroszczenia jest sam wyjazd w gronie znajomych. Dawno już nie miałam okazji... Teraz z małym dzieckiem to czekają mnie tylko wyjazdy ze znajomymi, którzy również mają małe dzieci, jeżeli w ogóle uda nam się wyjechać gdziekolwiek... ;)
Pozdrawiam serdecznie,
Sol

Sol (Blog Włóczykijów) pisze...

PS. Podoba mi się określenie "rozćwierkany las".

Anna Kruczkowska pisze...

Znam dobrze dylematy młodej matki. Teraz, z perspektywy czasu, zdarza mi się żałować, że uległam schematom, dałam sobie wmówić, że z dziećmi to tego i tamtego nie można. (choć na nasze małomiasteczkowe warunki i tak postrzegano mnie jako postępową i nieszablonową matkę) Myślę, Sol, że jeśli tylko zechcecie, to dziecko będzie Waszym partnerem w podróżach, a doświadczenia związane z takim podróżowaniem wzbogacą Wasz blog.

Krzysztof Gdula pisze...

Znam, znam te wrażenia, Anno: mam je w czasie szykowania się do wyjazdu w góry:) Właśnie! Jedyny człowiek, który czasami towarzyszy mi w górach, mieszka w pobliżu trasy maratonu, bo w Obornikach; kiedyś przeszedłem z nim spory kawałek Gór Kocich.
Ty sezon zaczęłaś, ja skończyłem, niestety. Ale może kiedyś obejrzę moje góry wiosną?..
Po raz kolejny zwróciłem uwagę na pięknie opisane chwile związane z wiarą – jak tutaj myśli o drewnianym kościele. Szczerze gratuluję – takich słów i takiej wiary.
LogMeein napisał (czy napisała?) o wspaniałym opisie. Przyłączam się do tych słów uznania. Tekst jest ciepły i wiosennie pogodny, czyta się go naprawdę z przyjemnością, a to oznacza, że nasyciłaś go swoim odczuwaniem. Po prostu sobą.

Krzysztof Gdula pisze...

Anno, jaki miałaś numer startowy?

Anna Kruczkowska pisze...

Dziękuję, Krzysztofie. Góry wiosną są niesamowicie piękne i dotyczy to pewnie wszystkich gór :)
A jechałam z nr 220. Były plany, aby stali bywalcy Supermaratonów mieli zawsze ten sam, niejako własny numer, ale na razie się to nie udaje.

adatoniewypada pisze...

Zazdroszcze Tobie tej aktywności fizycznej, ja chetnie, ale raczej bbilioteka, teatr, sportowo niestety jestem zbyt leniwa. Pozdrawiam

Krzysztof Gdula pisze...

Dwieście dwadzieścia. Taką miałem nadzieję. Dlaczego? Och, po prostu zobaczyłem na zdjęciach wyżej zgrabną dziewczynę z uroczym uśmiechem i pomyślałem, że chciałbym, aby to była Anna. Nie poznałem Cię w kasku i w okularach.
Odpowiedziałaś, więc ośmielam się zapytać o numer noszonego obuwia i od razu, uprzedzając pytanie, odpowiem skąd takie moje pytanie. Dwa mam powody. Fajnie napisałaś, obrazowo, o mieszczeniu stóp i rąk w otrzymanych skarpetkach – i dlatego moje zaciekawienie. Drugi powód jest dziwniejszy. Otóż jestem miłośnikiem butów w góry wykonanych tradycyjnie, to znaczy tylko szyta skóra i nic więcej, oczywiście poza gumową podeszwą. Mam takich butów chyba z osiem par; żona wie o połowie, a i tak puka się w czoło. Gdyby dowiedziała się o wszystkich, zabiłaby mnie jak nic, a mnie po prostu podobają się takie buty i już. Ty, kobieta, chyba zrozumiesz mnie, co, Anno? No i któregoś dnia, było to w zimie, zobaczyłem licytację na allegro takich butów renomowanej firmy niemieckiej, niemal nowe, bo ledwie parę razy założone, za kwotę 50 zł z wysyłką. Cena sklepowa takich butów z reguły przekracza tysiąc, skąd więc taka cena? Bo są to buty rozmiaru 4,5. No i kupiłem je jako… maskotkę. Wiszą mi na ścianie tak, jak serduszko pluszowe albo kalendarz. No i gdy przeczytałem o tych wielkich dla Ciebie skarpetach, pomyślałem, że Anna ma pewnie tak małą stopę, że kupuje buty takie, jak te moje maskotki.

Anna Kruczkowska pisze...

Pasję do butów mogę zrozumieć, choć ja kupuję inaczej: ze sklepu wychodzę z KAŻDĄ parą butów na koturnie, jeśli tylko jest na nie dobra ( a to zdarza się rzadko). Mam za to pełną szafę sukienek... w kolorze zielonym.I jeśli zobaczę na wieszaku zieloną sukienkę, to muszę ją przymierzyć, chociaż w domu mam już 4 w identycznym zielonym kolorze.
Obuwie sportowe kupuję w dziale dziecięcym, bo Twoje buty-maskotki byłyby na mnie za duże o... 2 rozmiary ;)

Anna Kruczkowska pisze...

Teatr i bibliotekę też lubię, ale podejrzewam, że czytam inaczej: wolniej, skupiając się na brzmieniu słów ;)

Krzysztof Gdula pisze...

Moje malutkie buty-maskotki są dla Ciebie dużymi buciorami? Niesamowite, Anno.
Podobny problem ma moja córka, która, dorosłą będąc kobietą, też czasami nie może dobrać butów. O ile dobrze pamiętam, buciki typowo kobiecie kupuje w rozmiarze 35, zimowe chyba 36.
A co dalej jest z taką przymierzoną sukienką? Nie kupujesz, przymierzasz tylko dla przyjemności zobaczenia jej na sobie? Już miałem napisać, że trudno mi to zrozumieć, ale przypomniałem sobie, że parę razy tak zrobiłem ze skórzanymi butami…
Więc jednak rozumiem i pasję podzielam:)

Anna Kruczkowska pisze...

Noszę wiec taki sam rozmiar buta jak Twoja córka :) A jeśłi chodzi o mierzenie sukienki to jest to czysto hedonistyczne zajęcie- dotknąć tkaniny, wygładzić wzdłuż ciała, obejrzeć się z wszystkich stron w lustrze... A potem, jeśli nigdzie nie odstaje, nie zwisa smętnie tu czy tam lub nie wrzyna się w którąś część ciała, idę do kasy i z przyjemnością używam karty kredytowej. W domu wieszam ją obok kilku podobnych w kroju lub kolorze- podejrzewam, że o moich sukienkach krążą już anegdoty ;) (szczytowym zakupowym osiągnięciem było zakupienie w ciągu godziny trzech sukni- dwóch w kwiaty i jednej jednolicie zielonej)

Johny Kowalski pisze...

Aniu jak zawsze i tym razem czekałem z nieukrywaną niecierpliwością na Twój wpis o wrażeniach z kolejnej edycji Żądła Szerszenia. Miód - malina. Z miłą chęcią uściskam Cię w Gryficach już w tę sobotę na kolejnym maratonie. Pozdrawiam cieplutko ze ściany wschodniej. Janek
www.roweroza.pl

Anna Kruczkowska pisze...

Odliczam już godziny do gryfickiego maratonu :) Do zobaczenia!

Krzysztof Gdula pisze...

Przez chwilę widziałem Cię przed lustrem oglądającą się w przymierzanej sukience. Kobiety wykonują wtedy charakterystyczne, bo tylko im właściwe, ruchy. Przed końcem roku widziałem Małgosię, córkę, tak się wyginającą przed lustrem, przymierzała takie coś na zabawę sylwestrową. To było czarne i takie… oj, na córce wszystko jest ładne.
Także w zakupach bijesz mnie na głowę, Anno, bo moim szczytowym osiągnięciem jest zakup czterech, bodajże, par butów w ciągu roku. Teraz wziąłem na wstrzymanie, a może stałem się bardziej wybredny, dość, że ostatnie buty kupiłem w grudniu. Pech chciał, że gdy przyszła przesyłka, w mieszkaniu była żona… Ale nic to!, buty okazały się być super, bo w pierwszym dniu ich używania przeszedłem 28 km Górami Stołowymi i nie dokuczyły mi wcale.
Ach, powiem Ci jeszcze o córce i o butach. Kupiła sobie śliczne, maleńkie pantofelki, takie coś małe, że właściwie nie ma tego wcale, tylko kawałek obcasa jest. Z jakichś powodów postanowiła to cacko sprzedać po jednorazowym użyciu. No i okazało się, że tak małe pantofelki sprzedać jest trudno. Jeden, dwa numery większe, owszem, ale nie 35.
Życzę Ci, Anno, dużo najczystszego hedonizmu przed lustrem!