wtorek, 24 listopada 2015

Czy Bond obroni się sam?

Czego by nie mówić o Bondzie, Bondem pozostanie. By sprawdzić, czy to twierdzenie jest zasadą stuprocentową wybrałam się w zeszłym tygodniu do kina, by zobaczyć Jamesa na dużym ekranie. 



Nie zawiodło mnie to, czego się spodziewałam - stroje kobiet Agenta 007 były śliczne, a Monica Belluci to klasa sama w sobie. Srebrną suknię i komplet z gabinetu Pani Psycholog chętnie widziałabym we własnej szafie. Garderoba samego bohatera prezentowała się nie mniej dobrze - doskonale skrojone garnitury, dodatki i broń, z której naprawdę(przynajmniej udaje!) celuje. I samochody...samochody Bonda to coś, co naprawdę warto zobaczyć. Wprawdzie najdłużej widziany w filmie pojazd i tak dość szybko ląduje w rzece, ale zapoznajemy się uprzednio z jego niezwykłymi możliwościami. 
Nie zawiódł również humor Agenta Jej Królewskiej Mości - nie ma to jak poderwać kobietę wjeżdżając samolotem w stodołę, a co! 
Z zapartym tchem przyglądałam się także scenom przedstawiającym meksykańskie uroczystości, uliczne święto - niezwykle barwne i tak zupełnie odmienne od tego co znamy z naszych tradycji. 
 Niesamowite wrażenie zrobiły na mnie górskie zimowe krajobrazy przed wkroczeniem Bonda tchnące niesamowitym spokojem. Po jego pojawieniu się spokój szybko zostaje wygnany widmem śmierci lub hukiem wystrzałów, ale przecież po to idzie się do kina na tę serię. 
Mam też pewne "ale". Po pierwsze - David Craig niestety nie jest już mężczyzną, na którego chciałabym patrzeć. Filmy o 007 przyzwyczaiły nas do przystojnych mężczyzn i pięknych kobiet i niestety tym razem pierwszy z tych warunków nie został już spełniony. Doskonale zdaję sobie sprawę z faktu, że jest to zapewne kwestia gustu, ale był to jeden ze szczegółów uparcie odwracających moją uwagę od akcji. Drugą kwestią, o której chcę wspomnieć w kontekście uwagi negatywnej jest muzyka - rzecz dla mnie w filmie niesłychanie ważna. I w tym filmie po prostu sobie była - nic nie wnosiła, nic nie zmieniała, wypełniała czas miedzy dialogami - odczuwam spory niedosyt mając w pamięci Skyfall z doskonałym utworem Adele. 

Mimo wysadzenia ogromnej ilości paliwa w scenie wybuchu - fajerwerków nie było. Film dobry, ale nie wybitny. Co by jednak nie mówić - Bond, to Bond - jest częścią popkultury, tkwiąc w niej silnie i oddziałując wielokierunkowo. Wyznacza i pokazuje trendy, rozpala wyobraźnię, jest rodzajem współczesnej baśni, w której bohater nonszalancko ratuje świat w doskonale skrojonych garniturach. I jedyną rysą na jego baśniowości jest fakt, że trochę za często zmienia królewny...

P.S. Zapraszamy do udziału w naszym jubileuszowym konkursie!

3 komentarze:

Krzysztof Gdula pisze...

„Na Bonda” wybrałbym się (chociaż pewnie na chceniu skończy się, a film kiedyś obejrzę w telewizorni), głównie dla tych scen, które na filmie trwają sekundy, a nakręcane są tygodniami. Tutaj moja opinia o tych filmach jest dobra. Chuda, napisałaś coś, co i ja zauważyłem i też mi nie pasowało: uroda Bonda jakby nie ta, co dawniej. Podobał mi Bond w poprzednim wcieleniu, nie pamiętam nazwiska aktora, ten do tej roli nie pasuje właśnie brakiem tej ujmującej przystojności, którą miał tamten, i którą nawet ja, facet, zauważałem – tutaj nie.

Chuda pisze...

Daniel w poprzednich częściach jeszcze mi nie przeszkadzał, nie jest może Brosnanem, ale był ok. W tej części już po prostu wiek zrobił swoje, co było naprawdę widoczne. Jeśli zaś chodzi o ogólny typ urody Bonda, to nie jestem do niego przywiązana, blondyn w tej roli mi nie przeszkadzał. :)
Trudno mi powiedzieć, czy jest to film na który warto iść do kina, czy lepiej czekać i obejrzeć na małym ekranie. Jest kilka scen, które niewątpliwie robią wrażenie w większym formacie, ale do arcydzieła tej produkcji jednak dość daleko.
Pozdrawiam :)

hegemon pisze...

Mnie nigdy Craig w roli Bonda nie przekonywał (chociaż w wielu innych filmach bardzo mi się podobał). Zbytnio zafiksowałem się na pierwszych Bondach i już tak zostało...