czwartek, 18 sierpnia 2016

Blondynki na Rugii cz.2- dzień latarni

2.00 w nocy... budzi nas jednostajnie narastający terkot silnika. Korony drzew i czubek naszego namiotu omiata silne światło reflektorów. Coś jedzie drogą... Zaraz, zaraz... tu nie ma drogi, jest tylko zaorane pole i las! Coś jedzie polem... Zawraca. Pół godziny później sytuacja się powtarza... Po naszym polu jeździ wielki gąsienicowy traktor z... bronami. To ostatnia rzecz, jakiej mogłyśmy się tej nocy spodziewać! Gui jest trochę zdeprymowana sytuacją, jednak moje tłumaczenie, że po pierwsze rolnik ma inne zajęcie niż patrzeć w krzaki, a nawet gdyby spojrzał, to nasz namiot zamaskowany szarą folią malarską zlewa się z ciemnym tłem zarośli, pozwala jej się uspokoić . Zatyczki do uszu i możemy spać dalej. Ok. 5.00 traktorzysta kończy pracę, a my powoli się rozbudzamy. Dzień wstaje leniwie i powoli, niebo zasnute gęstymi chmurami nie wróży ładnego dnia. Przygotowuję nasz tradycyjne biwakowe  śniadanie składające się z kaszki ryżowej (z gruszkami zerwanymi poprzedniego dnia) oraz kawy. Gui w tym czasie składa śpiwory, karimaty, namiot. To nasz stały podział obowiązków.

Do Schaprode mamy tylko 5 km, ale wolimy wyjechać tak, by nie denerwować się, że nie zdążymy na pierwszy prom na Hiddensee. Zaraz na początku próbując jechać "skrótem" nadrabiamy kilkaset metrów, bo wiadomo, ze na skróty zawsze dłużej. Wzbogacamy się jednak o dojrzały słonecznik rosnący pod lasem.  Po wydostaniu się na główną drogę przekonywujemy się, że silny wiatr wcale nie zelżał (między drzewami nie był odczuwalny), natomiast zmienił kierunek i teraz wieje nam prosto w twarz skutecznie opóźniając podróż.
W Schaprode meldujemy się pół godziny przed promem. Przystań łatwo znaleźć-przed nią znajdują się ogromne parkingi-wszak na Hiddensee nie można poruszać się samochodem, więc letnicy i mieszkańcy zostawiają swoje auta po tej stronie przeprawy.
Kupujemy bilety, siadamy na ławeczce i czekając na prom obserwujemy podróżnych z walizami, O tej porze pasażerów jest niewielu. Spokojnie ładujemy swoje rowery, wchodzimy na górny pokład, by móc podziwiać wody Schaproder Bodden i szukać wzrokiem obu latarni morskich, które są naszym głównym celem. Pół godziny później dopływamy do Neuendorf. To najmniejsza z osad na Hiddensee. Składa się zaledwie z kilku domów, niewielkiego portu i przystani jachtowej. Nie zatrzymujemy się tu, wiedząc, że znajdziemy jeszcze czas przed powrotem na Rugię. Oznakowanym szlakiem poruszamy się w kierunku Suderleuchtturm (udogodnieniem jest wyłożenie piaszczystej ścieżki trzcinowymi matami, dzięki czemu koła nie ślizgają się nie zakopują w piachu). Latarnia okazuje się malutka, ale bardzo ładna. Nie można jej zwiedzić, więc robimy kilka pamiątkowych fotek, podziwiamy zupełnie płaski, porośnięty trawa i trzcinami południowy cypel wyspy. Plaża jest tu wąziutka, ale z ładnym piaskiem i całkowicie pusta. Ludzie plażują bliżej osad.
Wracamy tą sama drogą (innej nie ma), mijamy Neuendorf, kierując się na północ, gdzie mamy nadzieję zwiedzić druga z latarni. Po drodze "stolicę" wyspy: Vitte. Tu port jest większy, a w osadzie panuje duży ruch pieszy i rowerowy. Tu przekonujemy się, że na wyspie istnieje regularny transport publiczny w postaci... wozu konnego. Pejzaż ulega zmianie- pojawiają się pagórki, wrzosowiska i rokitnikowe zarośla. Kolejną osadą jest Kloster- wieś wije się pomiędzy wzniesieniami, w jej centralnej części stoi średniowieczny kościół, a wcześniej dom Hauptmanna. Robi się całkiem stromo. Zostawiamy rowery na parkingu rowerowym i pieszo pniemy się w stronę latarni z wysokości wydm panorama wyspy robi oszałamiające wrażenie. Z zarośli wychyla się koziołek sarny, ale zaraz znika spłoszony głośną rozmową dwóch Niemek. Jeszcze jedno podejście i na wprost widzimy smukłą sylwetkę białej latarni. Z jej szczytu widać całą wyspę. Niespiesznie wracamy rozglądając się i snując refleksje o codzienności wyspy- robieniu zakupów, chodzeniu do szkoły. Najbardziej ciekawi nas, jak zamawia się większe sprawunki, np. meble. Odpowiedź pojawia się później, gdy dopływając do Rugii widzimy prom samochodowy do Vitte- po prostu samochód przeprawia się do Vitte a stamtąd zakupy rozwożone są konno. Zachwycamy się ciszą i czystym powietrzem, malowniczymi pejzażami. Moje serce kradnie mały biały domek z widokiem na niewielkie wrzosowisko. No własnie. Na Hiddensee wszystko zda się być miniaturowe (oprócz latarni Dornbusch), jakby dostosowane do niewielkich rozmiarów wyspy, co dodaje jej uroku. Dodatkowo mamy dużo szczęścia- wiatr cichnie i wygląda słońce, a w słonecznym blasku świat wydaje się piękniejszy.
W Neuendorf mamy trochę czasu. kręcimy się po przystani, zamawiamy fiszbułę i piwo bezalkoholowe. Mimo słabej znajomości języka dogadujemy się, a gesty i uśmiechy pozwalają przełamać wszelkie bariery. Czas na cudownej wyspie Hiddensee dobiega końca. Szkoda, bo posiedziałoby się na wrzosowisku...
My jednak tego dnia chcemy dotrzeć na północ Rugii. Teraz naszym celem jest mityczna słowiańska Arkona.
Przed nami kolejna przeprawa promowa, gdyż od tej strony półwysep Wittow oddzielony jest od Rugii wąską cieśniną, nad którą nie zbudowano mostu. Potem z grupą kilku rowerzystów ruszamy wybrzeżem w stronę Wiek. Nadal jest dosyć ciepło, choć wietrznie, co wykorzystują miłośnicy windsurfingu i kitesurfingu. W pewnej chwili zatrzymujemy się przy śliwie mirabelce. Jej żółte pachnące owoce kusza niesamowicie. Słyszę złowieszczy syk i zaczynam się martwić o powietrze w kole. O dziwo jednak, koło jest całe, choć mam wrażenie, ze syczy. No... syczy... żmija zygzakowata bojowo nastawiona, bo kładąc rower obudziłam ją ze snu. Śmiejemy się, choć zdajemy sobie sprawę, że było groźnie. Nasz anioł stróż znów miał sporo roboty!
Wreszcie wjeżdżamy na wysokie klify. Wrażenia są nie do opisania. Gui jednak nie chce się zatrzymywać, bo myślami jest już przy latarniach morskich Arkony. Koniecznie chce je wszystkie zwiedzić i zobaczyć, a martwi się, że mogą być czynne jak ta na Hiddensee tylko do 16.00. Z daleka widzimy charakterystyczne wieże. Tu na Arkonie mamy rozbieżne priorytety- mnie interesuje słowiańskie grodzisko Ronów i miejsce kultu Świętowida, Gui zainteresowana jest latarniami. Na przylądku widzimy sporo ludzi, bo i trzy wieże przyciągają turystów. Okazuje się, że wszystkie latarnie udostępnione są dla zwiedzających. czeka nas więc spacer po setkach schodów... ( a schody w rugijskich latarniach są numerowane!) Okazuje się, że w jednej z latarni pracuje młody Polak, więc Gui dopytuje o interesujące ją sprawy. Cieszy się, bo dzięki pobytowi na Arkonie zdobędzie złotą oznakę Miłośnika Latarni Morskich.
Ciekawostką, o której nie wspominają przewodniki jest fakt, że na Cap Arkona jest jeszcze jedna latarnia- maleńka wieża przeniesiona z Ranzow na półwyspie Jasmund. Funkcjonującą latarnią jest jednak tylko najwyższa. Ciekawym obiektem jest wieża nawigacyjna ze szklana kopułą na szczycie. Mieści się tam atelier artysty wykonującego ozdoby w kamieniu. Niestety, w całym obiekcie obowiązuje zakaz fotografowania.
Z okiem tej latarni widać grodzisko Ranów. Niestety jest ono nieczynne. Tylko w pobliżu latarni znajduje się plac obrzędowy z walcem, który chyba kiedyś będzie repliką boga o czterech obliczach. Po osiemnastej zjeżdżamy z Arkony przy kolejnym zejściu na brzeg morza zostawiamy rowery i schodami udajemy się na krzemienną plażę. Podziwiamy wysoki, urwisty klif. To na nim przesiadywał Caspar Friedrich malując swe mroczne romantyczne obrazy... W jednej z latarni urządzono wystawę poświęconą m.in Friedriechowi i jego dziełom oraz budowniczemu tejże latarni Karlowi Schinklowi (jego dziełem jest także... zamek w Kamieńcu Ząbkowickim)
Wysoko w górze widać palisadę grodziska. Tak mi przykro, że nie mogłam go zobaczyć, ze nie dane mi było osobiście pokłonić się Świętowidowi, a przecież obiecałam to Chudej.
W Vitt wchodzimy do wnętrza maleńkiego kościółka z malowidłem przedstawiającym duszpasterza przemawiającego do ludzi na plaży w czasie sztormu.
A potem zaczyna kropić deszcz, zrywa się także porywisty, zimny wiatr, tak jakby zdegradowane bóstwo okazywało swoje niezadowolenie, że opuszczamy Arkonę.
Namiot rozbijamy na samej krawędzi klifu porośniętego drzewkami owocowymi (zauważamy ślady poprzedniego biwaku, widać nie tylko nam to miejsce wydaje się idealne). Zarośla tarniny osłaniają nas od drogi i wiatru, a rozłożysta jabłonka i stara powyginana wiatrem śliwa chronią przed zacinającym deszczem.
W czasie rozkładania obozowiska deszcz ustaje, ale potem będzie jeszcze kilkakrotnie uderzać kroplami o folię. Niestety jestem na tyle zmarznięta, że folię zakładam niedokładnie i w środku nocy coś kapie nam do środka namiotu. Musze wyjść z ciepłego śpiwora i poprawić folię. Niestety wilgoć w namiocie będzie nam towarzyszyć już do rana...
część trzecia


6 komentarzy:

Dreptak Zenon pisze...

Ale bym chciał spotkać kiedyś prawdziwą żmiję zygzakowatą!!! :)

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Dzielne dziewczyny:-) już obawiałam się przy poprzednim wpisie, że ktoś usłużny dał znać patrolowi policji, i to oni przegonią Was w nocy stamtąd:-) myślę, że od wieków mieszkańcy wyspy mają dobrze zorganizowane sprawy aprowizacyjne, że nic im nie straszne, a sama chciałabym mieszkać w takim zakątku; teraz to pewnie tylko turyści zakłócają im spokój, a może z kolei są jedynym źródłem utrzymania;
Uśmiech na twarzy i wytężona praca rąk pomaga porozumieć się wszędzie:-) pozdrawiam Was serdecznie i nie zapominajcie o Green Velo, a zwłaszcza o naszym płd.wsch, cypelku:-)

Anna Kruczkowska pisze...

W Izerach jest ich sporo, więc spotkanie ze żmiją jest nieuniknione. Ważne, żeby wiedzieć, jak się zachować ;)

Anna Kruczkowska pisze...

Myślę, że za rok właśnie tę część Green Velo odwiedzimy. Będziemy już wtedy miały "najbliżej". Hiddensee jest stworzone do spokoju, podejrzewam, że obecnie turyści zapewniają mieszkańcom dobrobyt- są odbiorcami wszystkich usług- od hotelowych przez transportowe, rybackie na rzemiośle i rękodziele kończąc.

Krzysztof Gdula pisze...

Opisujesz śliczne miejsca, wysepki jak z bajki. Przeczytawszy opis, wyobrażam sobie pogodnych mieszkańców i ich spokojnie, dostatnie życie w ładnej i zadbanej okolicy. Tylko pozazdrościć.
A wszystko to tak blisko nas, i mnie do tej pory zupełnie nieznane.

Anna Kruczkowska pisze...

Prawda? Zaskakujące jest to, ze w naszej zaganiane ucywilizowanej Europie sa miejsca bez samochodów. Miejsca oferujące zmęczonym Europejczykom prawdziwą ciszę. Tylko trzeba umieć te miejsca znaleźć. O Hiddensee marzyłyśmy od dwóch lat, gdy pierwszy raz stanęłyśmy na Rugii.